Kodokunayama 孤独な山

Kolejna z prowincji Wietrznych Równin o dość pokaźnych rozmiarach. Sakai zamieszkiwane i zarządzane jest przez Ród Akimichi. Prowincja sąsiaduje od południowego zachodu z regionem Samotnych Wydm, a od południowego wschodu z regionem Prastarego Lasu. Od południa Sakai z kolei sąsiaduje z terenami niezbadanymi, co niejednokrotnie powoduje zbrojne utarczki. W prowincji tak jak w regionie, od czasu do czasu dopatrzeć się można niewielkich zagajników leśnych, ale w przeważającej części dominuje ukształtowanie równinne, z wysoką trawą, które idealnie nadaje się do hodowli bądź uprawy roli. Nieopodal granic znajdują się również wioski pod zarządem Szczepu Kakuzu.

Re: Kodokunayama 孤独な山

Postprzez Senju Toshio » 26 lip 2016, o 21:04

Powstająca w napięciu intryga wzbudzała w młodym chłopcu uczucie podniecenia. Tajemnicze pomieszczenia, które warto odkryć dla samego efektu poznania były tym, czego zawsze pragnął od misji. Marzył być szkolony właśnie do takich zadań, gdzie infiltracja na terenie wroga groziła zarówno niebezpieczeństwem utraty życia, ale także niezwykle odpowiedzialną i pomocną rolą dla klanu. Różne opowieści mogłyby teraz przyjść do głowy Toshio, lecz ta była unikalna i nieporównywalnie odmienna. Nawet jeśli chodziło o te prawdziwe historie opowiadane przez przodków. Niewielki bagaż doświadczeń, jaki czternastolatek ze sobą dźwigał pomógł mu dotrzeć aż tutaj. Do miejsca, gdzie przypuszczalnie sterowało się całym procesem śmiercionośnego działa.
W miarę zagłębiania się w zaułkach i obserwacji pomieszczeń największy dech zaparł widokiem Juugo, którzy zostali bestialsko zniewoleni. Bycie potworem z wyboru nie wpływało na pogląd młodzika, lecz gdy ktoś wyzyskuje i ciemięży niczego winnych, wtedy staje się odrażający. Uchiha właśnie udowodnili ten stan rzeczy. Złość powoli wzbierała w młodym ciele i mógł jedynie patrzeć na obecny stan rzeczy. Jeśli wychyli się w nieodpowiednim momencie nic nie wyniknie z jego pobytu tutaj. Bazował jedynie na tym, co do tego pory udało mu się zrozumieć. Cały klan Uchiha był równie winny tej wojny i ciężko będzie zmienić tę kolei rzeczy. Wąska perspektywa, ale wystarczająca, żeby namieszać i spróbować wyjść obronną ręką.
Podczas, gdy udało mu się skrywać za różnymi przedmiotami dopiero teraz odczuł presję związaną z rozgrywaną akcją. Cały czas miał na oku wyraźnie rozczarowanego i przytłoczonego mężczyznę dowodzącego wieżą. Toshio mógł przypuszczać, że on stoi za skonstruowaniem machiny oblężniczej. To znaczyło, że miał obrany cel. Niemniej facet wyglądał na silnego, a on czekał pośrodku tej bezkresnej przestrzeni, w cieniu dookoła. Miał go na widoku, stojącego niczym w kręgu jasnej poświaty. Ninja w jego mniemaniu powinien być czujny i gotowy do skoku. Zadania śmiertelnego ciosu. Od rychłej porażki powstrzymały go ubiegające wydarzenia. Pomieszczenie zaroiło się od nowych przybyszy. Dwójkę z nich widział wcześniej przed wejściem. Za to druga grupa wniosła bardzo mącące informacje związane z jego niedoszłą ofiarą - Kazuyoshim. Domniemany dowódca Wieży stał się nagle zdrajcą swojego klanu. Zielonowłosy pechowo trafił, że znalazł się w pomieszczeniu pełnym wrogów, ale może w zaistniałej sytuacji Senju i Uchiha nie mieli już po co walczyć? W każdym razie czego by teraz Toshio nie zrobił będzie ryzykowne. Takim już ten świat uczynili i bycie świadomym powinno stanowić coś oczywistego. Odetchnął cicho, aczkolwiek głęboko. Unormowanie tętna pomoże w skupieniu. Miał przed sobą groźne przedsięwzięcie, ale rozwiązanie - ich kilka wariantów - tworzyło się w głowie młodzika już jakiś czas. Senju musiał wybrać odpowiednia kombinację w oparciu o swój ekwipunek. Nie posiadał za dużo przedmiotów, które wiele ułatwiały. Pojawiłby się i zniknął w bardzo spektakularny sposób. Na pewno skupi się na dywersji. Że też wcześniej nie zabezpieczył się na taka ewentualność. Nawet gdyby nikt się nie zjawił, to przydałoby się parę punktów, które odciągną uwagę przeciwnika. Zatem na ile czas pozwalał zamierzał wyciągnąć z kieszeni swoje specjalne bombki. Jedną pozostawił przy zbiorniku na chakrę. Nie wiedział ile czasu przeczeka reszta zanim rzucą się sobie do gardeł. Nie zamierzał zgadywać i wtedy dostosować swoją szansę na ucieczkę czy zaatakowanie. Nie byłby sobą, gdyby teraz odpuścił. Zostanie za to wszystko poważnie zganiony, jeśli zdoła wyjść cało. Drugi raz nikt go nie ożywi i wątpił w taką ewentualność. Zamierzał rzucić po jednej bombce w każdy róg pomieszczenia. W miarę bezgłośnie i poza widokiem kogokolwiek. Szukał newralgicznych miejsc w zakamarkach, a takie wydawały mu się być kondensatory wciśnięte u i ówdzie - jakkolwiek to brzmiało, bo niewiele znaczyło dla Toshiego. Miał nadzieję na pomocny rozkład elektroniki. Pozostała w pamięci procedura przełączania dźwigni rzuciła się najwyraźniej w oczy chłopcu i skupił uwagę na panelu. Mógł go uszkodzić kolejną bombką albo zrobić to własnoręcznie, doskakując. Nie chciał wiedzieć, jakie skutki będzie mieć eksplozja - nawet tak mała. Dla dobra osłabionych Juugo lepiej się powstrzymać.
Odczekał jeszcze moment i miał nadzieję, że wstrzeli się w rozgrywaną akcję. Skupił chakrę poprzez podstawowy znak z zamiarem detonacji trzech najbardziej oddalonych bombek. Każdą po kolei, tworząc reakcję łańcuchową. Wtedy zamierzał wychylić się z ukrycia i dopaść do dźwigni. Po szybkim pociągnięciu od razu skupi się na reakcji, jaką wywrze na najbliższych osobach. Druga dłoń trzymała bumerang i w razie czego Toshio był gotowy go zastosować. Do osłonięcia się lub ataku, co również stanowiło pewien element obrony.

W dłoni, którą zamierzał pociągnąć dźwignię powstrzymującą wystrzał w kryształu ukrył piątą z kolei bombkę. Chciał tym samym zabezpieczyć się na ewentualność, gdy już zostanie wykryty.

Walka, do której pewnie może dojść również miała swoje rozmieszczenie w głowie Toshio. Plan stanowił jego nieodpartą chęć wypróbowania do czego zdolny jest Mokuton. Problemem dość ważnym było to, że pomieszczenie mogło nie mieć w sobie ani trochę tak istotnego elementu, jakim jest drewno. Czymże jednak był element drewna, gdyby nie jego niezwykłe właściwości twórcze? Posiadał większość energii i zamierzał ją tu zmarnować odrobinkę. Jakieś szkody powinien zrobić. Toshio jednak interesowały bardziej przyziemne sprawy. Powolutku i do celu. W zależności od poczynań wroga na jego ruch mógł się zdecydować na rzut bumerangiem po łuku, aby ten go trafił. Oswobodzone ręce gotowałyby się wtedy do użycia Mokuton: Reberu Di i z oczywistych powodów drewniane pędy miały osłonić go przed niechcianymi elementami ataku albo zadziałać bardziej agresywnie i spętać w spiralnym uścisku główny cel Kazuyoshiego.
Akcję obronną, gdyby miała zostać użyta niezwłocznie, mógłby wtedy posłużyć się własnym ciałem do wytworzenia drewna. Toshio zmusi się następnie do przeskoku za panel i zdetonowaniu pozostałych dwóch bombek, wywołując ponowne zamieszanie. W przypadku brnięcia w ofensywę i udanym spętaniu przeciwnika dodaje do tego Doton: Doryūsō (D), żeby chociaż zranić nieprzyjaciela. Technikę Dotonu może także zastosować na ruchomym celu, wpierw od tyłu, a potem od boku albo od przodu, gdyby ten zamierzał zbliżyć się do młodego Senju. Ostatecznie nieunikniony będzie odwrót i zdetonowanie pozostałych bombek.


Spoiler: pokaż
Chakra: 80% - 10% (Mokuton) - 16% (2x Doton) = 54%

Użyte: 5 bombek wybuchowych, Bumerang.

Aktywne: Mokuton, Kawarimi no Jutsu (10% chakry).

ATRYBUTY PODSTAWOWE:
Siła 10
Wytrzymałość 10
Szybkość 25
Percepcja 31
Psychika 5
Konsekwencja 5

KONTROLA CHAKRY D
MAKSYMALNE POKŁADY CHAKRY: 100%
MNOŻNIKI: Percepcja: 31 | 51

POZIOM ROZWOJU DZIEDZIN NINPŌ:
BUKIJUTSU
Shurikenjutsu D
ELEMENTARNE
Suiton C
Doton D
KLANOWE
Mokuton D
Senju Toshio
 

Re: Kodokunayama 孤独な山

Postprzez Jiro » 27 lip 2016, o 02:33

Weszli do środka, Uchiha rozejrzał się, a mimo iż potrafił teraz zobaczyć chakrę, dzięki swojemu nowo obudzonemu Sharinganowi, oraz mimo ostrożności, nie zobaczył żadnego wroga, dzięki czemu nieco mu ulżyło, nie chciał kolejnej potyczki. Spojrzał na swojego towarzysza, pytającym wzrokiem, ale on najwyraźniej także niczego nie zauważył, odetchnął w końcu i postawił pierwszy krok, na stopniu krętych, pnących się w górę schodów, jako że była to jedyna możliwa droga dostania się do głównej izby, w której najprawdopodobniej zastaną autora tegoż działa, czyli stratega, który miał nieznajomego, dziwnego i potężnego za razem Sharingana, potrafiącego wywołać dziwną powłokę, coś w rodzaju bóstwa chroniącego użytkownika oczu, oraz robiące wrażenie, czarne płomienie, myśląc o tym, poczuł dziwne uczucie, mieszankę podniecenia i czegoś w rodzaju podziwu. Mimo iż nie zauważył żadnego nieproszonego gościa, a owy strateg mógł się takimi już zająć, to nadal był czujny i nie dezaktywował swojego dojutsu, ponieważ wiedział iż Senju, lub Kaminari, nie zawahaliby się skorzystać z okazji, by dowiedzieć się czegokolwiek o tej przerażającej broni. Mijając kolejne stopnie, sprawdził, czy aby opatrunek, który założył, był wystarczająco dobry, by powstrzymać krwawienie, miał szczęście iż jego przeciwnik, nie przeciął żadnej ważnej żyły, tętnicy, czy chociażby organu, no i w ogóle rana nie była zbyt głęboka, więc powinna się dobrze zabliźnić, o ile tylko nie wdało się w nią zakażenie, bo mogło by to bardzo skomplikować sytuację.
W końcu zobaczył przed sobą dużą salę, a raczej komorę, z której sterowano tą siejącą postrach i zniszczenie bronią, podczas bitwy raczej nie zastanawiał się specjalnie, jak mogło działać, coś tak potężnego, lecz pierwsze spojrzenie na ową komorę, postawiło sprawę jasno. - Energia naturalna, klanu Juugo, ciekawe... - pomyślał Jiro, sam raczej nie pomyślałby o takim zastosowaniu tej mocy, której idealnymi i żywymi przekaźnikami, byli właśnie członkowie wspomnianego szczepu, który słyną ze swojej dzikości, kontroli chakry mędrców i przywiązania do natury, jak żaden inny. Prócz pnącej się ku górze ścianie, z wiszącymi Juugo, którzy byli idealnym przykładem osoby będącej na pograniczu życia i śmierci, młody Uchiha i jego kamrat, zobaczyli również panel sterowania, wyróżniający się wieloma dźwigniami, przełącznikami, guzikami i wskaźnikami, wszelkiej maści, najwyraźniej to właśnie bezpośrednio z niego obsługiwano działo, na podeście stało trzech techników, oraz strateg z dziwnym sharinganem, z którego leciała mu teraz krew, oprócz tego dwa trupy, najprawdopodobniej także technicy, którzy sprzeciwili się woli autora działa. Młodzieniec od razu zobaczył iż ma do czynienia ze złym człowiekiem, zabijanie na polu bitwy to jedno, a zabijanie sojuszników to już coś innego, tym bardziej że w przeciwieństwie do szesnastolatka, nie wyglądał, jakby miał jakiekolwiek wyrzuty sumienia.
Zgromadzona tu gromadka, nie zauważyła na początku naszych shinobi, a młodzieniec wolał nie wtrącać się do całej tej sytuacji, ale było już za późno, usłyszał tylko rozkazy rozgniewanego stratega i odpowiedź jednego z działających pod presją techników. Nagle wszyscy uwięzieni członkowie dzikiego szczepu, zaczęli miotać się, zmieniać formę, drzeć wniebogłosy z bólu, co dla każdego tutaj, w środku wieży, nie było już po prostu głośnym dźwiękiem ładowania się działa, a krzykiem torturowanych shinobi przeistaczających się w bestie, wyglądało to przerażająco i na pewno nikt, z tutaj obecnych, nie zapomni tego do końca życia. Gdy Kazuyoshi ich zobaczył, zadarł się, pytając o to, co tutaj robią nasi bohaterowie, chciał nawet ukarać ich za nieposłuszeństwo, lecz do sali wbiegli ciężkozbrojni Uchiha, którzy rozjaśnili całą tą sytuację z posiłkami.
- Zdrajca?! Co to ma wszystko znaczyć? - krzyknął na tyle, by wszyscy go usłyszeli, patrząc się na Kazuyoshiego, jednocześnie posunął się i gestem pozwolił przejść ciężkozbrojnym, ścisnął mocniej tanto, gdy nagle coś wybuchło, huk był nieco słabszy niż dźwięk wydawany przez Juugo, lecz było można wszystko zobaczyć, zza kondensatora z chakrą, wychylił się chłopiec z bumerangiem, cały ubrany na zielono. Młodzieniec, ze względu na odniesione obrażenia, nie pchał się specjalnie do bitki, za to zagrodził jedyną drogę ucieczki, jaką były schody i przybrał pozycję defensywną, nie dopuścić do próby ucieczki zdrajcy, jego wspólników i dzieciaka, był gotowy zabić w razie potrzeby, aby tylko żadne z nich się nie wydostało bez łańcuchów na rękach.

Spoiler: pokaż
Staty:
SIŁA 7 I 17
WYTRZYMAŁOŚĆ 13 I 0
SZYBKOŚĆ 10 I 20
PERCEPCJA 14 I 24
PSYCHIKA 18 I 0
KONSEKWENCJA 8 I 0
Chakra: 68% - 4% = 64%
Wykorzystane techniki:

Nazwa
Sharingan: Ichi Tomoe

Pierwszy poziom rozwoju Sharingana. Od tej pory użytkownik może aktywować swoje Dōjutsu wedle woli. Co prawda na tej randze Kekkei Genkai jeszcze nie ma takiej mocy, o jakiej wielu by marzyło, ale przynajmniej niektóre bonusy klanowe otrzymuje się już teraz - jak chociażby widzenie chakry. Z czasem rzecz jasna Sharingan może ewoluować...

Możliwości
  • Widzenie chakry przeciwnika
  • Odróżnianie klonów od oryginału - Klony z rang E i D
  • Wejście do umysłu Jinchuuriki - tylko na chwilę, koszt - 2% chakry
  • Bonus atrybutów - wzrost percepcji o 10 punktów
  • Kopiowanie technik - Tylko techniki z rangi D i to z dziedzin nam znanych, wykonywane dopiero po przeciwniku. Koszt kopiowania - 2% od techniki

Wymagania
Dziedzina klanowa rangi D, misja rangi C z zagrożeniem życia

Koszt
4% za turę
Jiro
 

Re: Kodokunayama 孤独な山

Postprzez Murai » 27 lip 2016, o 04:37

Czynił co mu rozkazano, Murai powoli unosił samuraia w górę celem zdjęcia go z kolca. Można to było nazwać pechem, chociaż to zapewne brak odpowiedniego refleksu i czasu reakcji. Był to niezaprzeczalny dowód na to, że Nibui mistrzem miecza był tylko z nazwy. Wyjątkowo dziwnym zachowaniem ze strony była Nibuiego gwałtowna reakcja na wieść o tym, że chcą mu pomóc. Faktycznie miał trochę racji, nie wypełnił powierzonego mu zadania i gdyby od Muraia to zależało, to dałby mu tutaj umrzeć w ramach poniesienia konsekwencji za swoją niekompetencję. Okoliczności doprowadziły jednak do próby pomocy jego osobie, na co ten zareagował kolejnymi jękami. Samuraiowie kierowani honorem mogli nawet samodzielnie odebrać swoje życia po zhańbieniu, przynajmniej tak Murai czytał. Postawa wyjątkowo głupia z jego punktu widzenia, stawiać swoją dumę wyżej niż własne życie. Niematerialne uczucia ponad możliwością rekompensaty i dalszej egzystencji. Aczkolwiek sposób pojmowania rzeczywistości przez Muraia był dość nietypowy, zostawił więc swoje przemyślenia dla siebie i starał się jedynie go podnieść z kryształowego kolca celem zapewnienia mu opieki medycznej przez Komandor Reikę. Jego krzyk mógł dać znać wrogom o ich aktualnej pozycji, dlatego też prowizorycznie obwiązał trochę nici wokoło jego ust w formie knebla, który uniemożliwiłby wydawanie jakichkolwiek dźwięków. Po chwili jednak kolce zniknęły, w związku z tym Murai położył rannego na ziemi, nie zdejmując knebla.
W tym czasie Murai dokładnie analizował sytuację wokoło niego, celem upewnienia się czy przypadkiem nie zmierza do nich jakaś jednostka wroga. Miał teraz chwilę na poukładanie wszystkich informacji i wyciągnięcie wniosków z wszystkiego, co widział. Nie zauważył obecności żadnych wrogich oddziałów, las był dobrym odstraszaczem dla przeciwników, którzy raczej nie chcieli wchodzić na terytorium zajęte przez Senju. Tylko czym była ta kryształowa kopuła? Odpowiedź była szybka i jasna - twór wroga. Kryształowa bariera mogła być więzieniem bądź ochroną użytkownika. Tego samego, który zabijał oddziały Senju swoim kryształowym smokiem. Po chwili kryształ znikł, ukazując jego twórcę. Z pewnością dokładnie zapamięta tę osobę i jej umiejętności, by przy możliwym kolejnym spotkaniu być świadom jej możliwości i potencjalnych zagrożeń jakie za sobą niosą. Z tego co zdążył zauważyć kryształowy smok był znacznie wolniejszy od Muraia, co mogło dotyczyć reszty jego tworów. Mógł w tym zakresie przypominać klan Yuki i ich możliwości kształtowania lodu. Do osoby tej podszedł jakiś mężczyzna, Murai rozpoznał go jako Senju Kazuo, którego przelotnie widział w obozie, zresztą na polu bitwy był ważniejszą postacią. Którą "mistrz" miecza miał chronić przed zagrożeniami.
Wyglądało na to, że osobnik tworzący kryształ zostanie puszczony. Murai zdecydowanie postąpiłby inaczej, jego zdanie jednak nie miało żadnej mocy i tylko sprawiłoby kłopot. Samosąd też nie wchodził w grę, tutaj rozkazy wydaje dowództwo i niesubordynacja jest karana. Kazuo poprosił Muraia o to, by ten poszedł odszukać lidera Kakuzu i Isoshiego, którego ledwo kojarzył z wyglądu. Zanim to jednak nastąpiło, Komandor Reika przemówiła. Murai poczekał cierpliwie z wyruszeniem w poszukiwaniu swojego Lidera, jednocześnie analizując każde słowo Reiki i starając się na ich podstawie wyciągnąć jak najwięcej informacji. Na przykład taką, że działo było zmasowaną techniką Jūgo. Murai w tym momencie dopiero znalazł powiązanie pomiędzy tym działem, a pojedynkiem z Inoue na arenie w Sabishi. Promienie energii leciały centralnie na niego, był osobą która na własnej skórze miała przekonać się co do ich mocy. I mimo tego nie znalazł powiązania pomiędzy tymi dwoma elementami. A przecież MItsuchi wyraźnie mówił podczas ich spotkania w Itojin, że Uchiha wykorzystują Jugo, więc można było się tego domyślić. Mimo, że wiedza o tym nie zmieniłaby przebiegu bitwy, Murai uznał to jako błąd. Błąd popełniony przez nieumiejętne połączenie faktów i niewystarczającą analizę. Mógłby być na siebie wściekły, ale zamiast tego wybrał naprawienie tego błędu w możliwie szybkim tempie. Musi znacząco poprawić swoje umiejętności analizy. Kiedy tylko Reika skończyła i wynikło z tego, że ona pójdzie poszukać Isoshiego, Murai postanowił poszukać drugiej osoby, lidera Szczepu Kakuzu.
- Przyjąłem, Kazuo-dono. - powiedział, lekko się skłonił i ruszył w kierunku wskazanym przez Kazuo. Rozglądał sie na wszystkie strony, nawoływał umiarkowanie głośno by nie zaalarmować przypadkiem dużej grupy możliwych wrogów. Jego zadanie było względnie mało ryzykowne dla Muraia, ale i tak musiał zachować wszelkie środki ostrożności. Kiedy tylko znajdzie Mitsuchiego, Murai przekona go by poszedł razem z nim, by wypełnić polecenie Kazuo.


Ewentualne zagrożenia Murai eliminuje swoim reberu (opis w poprzednim poście Muraia). Ogólnie zachowuje wysoką ostrożność, dużo się rozgląda.
Murai
 

Re: Kodokunayama 孤独な山

Postprzez Kyoushi » 27 lip 2016, o 09:19

    Sprawy nabrały nowy obrót. Podleczenie ran i wykorzystanie bandaży wiązało się z nieco lepszą orientacją i możliwościami dalszej walki, która przecież mogła, ale nie musiała nadejść. Po szybkim ustaleniu, jak wyjść stąd cało, białowłosy i Jiro ruszyli w stronę.. Wieży. Ciekawość oraz wejście Kazuyoshiego spowodowały, że sami pomyśleli o tym, iż w wieży powinno być bezpiecznie, a tam mogliby poczekać na dalsze instrukcje i kompanów. Nieszczególnie zainteresowało ich wyjście w góry, gdzie mogli zobaczyć jakąś podejrzaną, widmową armię, która zmierzała prosto na pole bitwy, snując się ze zbocza wzgórza czaszki. Reakcja była prosta – im szybciej do wieży tym lepiej. Wejście było proste, a przejście całkiem gładkie do komory głównej, a dokładnie sali głównej, gdzie widać było jak na talerzu w jaki sposób funkcjonuje wieża i skąd bierze się siła pocisków tej broni. Widok był wręcz przerażający. To co zobaczył na własne oczy… Chciał już wypuścić miecz z ręki, obrócić się na pięcie i uciec. Jednak ciekawość zwyciężyła, by posunąć się jeszcze dalej i przyjrzeć temu wszystkiemu. Powywieszani ludzie, po widocznych torturach i wszczepionymi rurkami odprowadzającymi chakrę wyglądali tragicznie. Sama technologia i zamysł, zbudowania takiej broni był iście fantastyczny, wykorzystanie takiej siły budził respekt. Jednak Kyu, nigdy nie powiedziałby, że są tam żywi ludzi, z których pobierana jest energia w celu destrukcyjnym. Dramat. Był to istny horror, który na żywo ujrzał czerwonooki, skupiający jednak swój wzrok na Kazuyoshim, który ich dostrzegł i nie był z tego faktu zbyt zadowolony. Nie czas był teraz na zastanawianie się co to i kim są ludzie podwieszeni na ścianach. Najgorsze było to, że generał uznał ich za zbędnych i zdrajców, dobywając swych łańcuchów, a jego oczy.. Był tragiczne. Mangekyou Sharingan, mienił się niezwykle, jednak nie to zwróciło uwagę Shiroyasha, a ilość krwi, która spływała po policzkach. Efekt uboczny? Prawdopodobnie. Warto o tym zapamiętać.. Nim szkarłatnooki jednak zdążył zaatakować, za plecami młodzieńców pojawiła się ciężkozbrojna armia Uchiha, która przybyła po.. Zdrajcę. Dopiero teraz białowłosy mógł załapać, że chodzi o generała, który chyba wykorzystał wszystkich tworząc tę broń, a teraz kombinował coś iść szalonego. Sami użytkownicy Sharingana nie chcieli pozwolić mu na ten ruch.
    - Chyba nie mamy innego wyboru.. – rzekł białowłosy, który natychmiast schował miecz do kabury i złożył trzy potrzebne pieczęci do narzucenia Genjutsu (Karasu Bokashi) na Kazuyoshiego. Wiedział, że Uchiha jest mistrzem tego typu sztuczek, jednak ta jest na tyle prosta, że mogłaby być niemożliwa do wykrycia na pierwszy rzut oka, co może dać małą przewagę. Tuż po tym, dobywa dwa kunai. Jeden posiada notkę oślepiającą, a drugi notkę wybuchową. Mając przewagę w dystansie, spodziewa się, że to nic dla takiego wojownika jak Kazuyoshi. Wykorzystując chwilę krzyczy w kierunku armii:
    - Uwaga, zatkajcie uszy! – powiedział, co miało sprowokować Uchihów, którzy raczej nie spodziewali się notki oślepiającej, która wraz z kunai pognała w kierunku Kazuyoshiego. Miała być to swoista pułapka, przy której oślepiony zostanie zdrajca. Białowłosy oczywiście kontroluje kiedy ma nastąpić wybuch, by samemu nie zostać oślepionym i przymknąć oczy, a tuż po tym rzuca kolejnym pociskiem, kierowanym prosto w Uchiha Kazuyoshiego.

    Ukryty tekst. Treść widoczna tylko dla autora wpisu.
Posta dajże Kjuszowi, klawiaturą potrząśnij...
Obrazek
Avatar użytkownika

Kyoushi
Tryhard
 
Posty: 1133
Dołączył(a): 13 maja 2015, o 12:48
Lokalizacja: Rzeszów
Wiek postaci: 23
Ranga: Akoraito
Krótki wygląd: Białe, rozczochrane włosy. Czerwone oczy, czarny garnitur, zbroja oraz czarny płaszcz
Widoczny ekwipunek: Wakizashi przy lewej nodze. Katana przy pasie od lewej strony, miecz obosieczny przy lędźwi
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=684

Re: Kodokunayama 孤独な山

Postprzez Nibui » 27 lip 2016, o 13:45

    Walka tocząca się dookoła niewiele go obchodziła. No, a przynajmniej nie teraz, kiedy musiał być leczony przez shinobi niczym ostatnia ofiara. Naprawdę nie spodziewał się, że od ninja oddziela go aż tak wielka przepaść. Co z tego, że mógł być trochę szybszy czy silniejszy od zwykłego przedstawiciela ich zawodu, jeśli w obliczu ogromnych technik na niewiele się to zdawało? Białowłosy musiał być najszybszy i najsilniejszy, bo inaczej nigdy nie będzie miał szans w starciu z shinobi i za każdym razem będzie lądował na czyimś krysztale, a to mu się wcale nie podobało! Zresztą pewnie mało komu taki ruch by odpowiadał, więc nic dziwnego.
    Nie zdziwił się również kiedy shinobi nie zrozumieli jego postawy i słów. Nie kierowali się takimi samymi wartościami, co on, nie pojmowali powagi sytuacji, w której obecnie Kaizaki się znajdował. I nie interesowało go w tym momencie to, że Kazuo być może uda się uwolnić. Na razie widział Lidera spowitego kryształem, a tyle mu wystarczało do tego, żeby uznać swoją porażkę i przypłacić za to własnym życiem. Jeden z shinobich posunął się jednak za daleko. Białowłosy nie był pewien czy ten uważał się za lepszego tylko dlatego, że potrafił robić ze swoim ciałem cuda, których inni nigdy nie mogli doświadczyć, ale kneblowanie go było grubą przesadą. Samuraj spojrzał rozzłoszczony na Muraia niczym ojciec, który właśnie zobaczył przed oczami zabójcę swego syna i szykował się do samosądu. Brak wiary w jego przekonania i dalsze leczenie to jedno, ale zniewaga to już całkowicie inna sprawa. Być może i Nibui był osłabiony, ale zebrał całe swoje siły, które jeszcze pozostawały gdzieś w krańcach jego ciała i przyłożył katanę do swojej twarzy. Za pomocą wolnej ręki starał się chociażby lekko unieść nici, żeby następnie przeciąć je swoim ostrzem. Jeśli nie uda się ich oddalić od facjaty, to trudno, Uwolni się z knebla nawet kosztem rany na policzku. Tego zamiaru nie pozbawił go nawet cios w twarz od Kazuo. Oczywiście, że Nibui był zadowolony z tego, że lider jednak żyje, ale sprawa knebla była równie ważna. Nie chodziło tutaj bowiem o życie ojca Shigeru i Reiki, a o fakt honoru samuraja, który był nadrzędny pomimo tego, że Kaizaki nie do końca stosował się do kodeksu samurajów.
    (dalsza część ma miejsce jeśli uda się przeciąć nici, więc spoiler)
    Spoiler: pokaż
    - Zabieraj ode mnie te swoje brudne przeszczepy. - warknął w kierunku Muraia, jednocześnie dając do zrozumienia, że nie zamierza dać się traktować jak dziecko. Kneblować może sobie dziewczynę w swojej chałupie, a nie samuraja, który nie wyraża na to żadnej zgody. Nawet jeśli jest silniejszy, to Nibui wolałby sczeznąć na polu bitwy niż pozwolić na takie traktowanie jego osoby. Owszem, Murai z początku mu pomagał, ale są pewne granice, których nie powinno się naruszać, a dla samuraja skaza na dumie i honorze była wielokrotnie bardziej bolesna niż kolec, który przebił jego ciało na wylot. Dobrze także, że samuraj nie mógł czytać w myślach, bowiem zdenerwowałby się jeszcze bardziej. Już dawno temu powiedział, że nie jest żadnym mistrzem miecza, więc wszelakie rozczarowania nie powinny mieć miejsca.

    W końcu jednak człowiek z nićmi ruszył w swoją stronę na rozkaz Kazuo, a Nibui wreszcie mógł odetchnąć z ulgą. Nie rzucał się więcej i dał się spokojnie leczyć, ale jeszcze jedna rzecz sprawiała, że nie mógł w spokoju oczyścić umysłu. Czekał jednak na odpowiedni moment, aby nie przerywać rozmowy lidera ze swoim synem i białowłosą kunoichi zwaną Nikusui. Rozumiał jak dobrze jest zobaczyć bliskich w dość dobrym stanie po całej bitwie i śmierci, które roztaczały się dookoła.
    - Gwoli wyjaśnienia Kazuo-dono. Nie potrzebuję nagrody, bowiem przystąpiłem do wojny dla własnych, egoistycznych pobudek. Przepraszam za kłopot, który sprawiłem na polu bitwy. - tak, był uparty i wcale nie mówił tutaj o swoim rzucaniu się podczas leczenia. To miało głębokie uzasadnienie. Samuraj miał raczej na myśli fakt, że dał się zranić i dodatkowo nie zasłonił lidera w odpowiednim momencie. Chociaż tak naprawdę nie wiedział na jakiej zasadzie działał kryształ i jakim cudem dopadł Kazuo w pierwszym miejscu, to i tak się o to obwiniał. Kilka słów i poklepanie po ramieniu w żadnym razie nie sprawi, że poczuje się lepiej.
    - Majorze, świetna robota. Dzięki Tobie żyjemy. - zwrócił się jeszcze do Shigeru, na wypadek gdyby ten nie poczuł się jeszcze wystarczająco doceniony. Oczywiście z lekkimi przerwami, bo dziura w brzuchu dawała się we znaki. Tylko dzięki jego drewnianemu smokowi zdołali przebić się przez siły Uchiha i dodatkowo przeżyć ostrzał z wieży. Co do lasu, to samuraj nie wiedział, że jest to sprawka bruneta, więc o tym już nie wspominał. Widział jednak doskonale, że pomimo braku ran na ciele młody Senju był równie wycieńczony co sam Nibui. Co prawda nie krwawił, ale też nie wyglądał najlepiej. Tak musiało najpewniej wyglądać wyczerpanie chakry, którego białowłosy nigdy nie doświadczył. Ciekawe!

    Spoiler: pokaż
    ATRYBUTY PODSTAWOWE:

    SIŁA 20
    WYTRZYMAŁOŚĆ 29 | 32
    SZYBKOŚĆ 36 | 41
    PERCEPCJA 36 | 41
    PSYCHIKA 1
    KONSEKWENCJA 1

    KONTROLA CHAKRY E
    MAKSYMALNE POKŁADY CHAKRY: 100%
    MNOŻNIKI: 15% szybkość, 15% percepcja - Battodo, 10% wytrzymałość - szkoła Kame
    POZIOM ROZWOJU DZIEDZIN NINPŌ:

    TAIJUTSU - D
    BUKIJUTSU
    KENJUTSU - D

    JUTSU:

    Kenjutsu:
    Ranga D: Yōdō, Fūma Ninken
    Taijutsu:
    Ranga D: Aian Kurōī, Dainamikku Entorī, Dainamikku Akushyon
Nibui
 

Re: Kodokunayama 孤独な山

Postprzez Nikusui » 27 lip 2016, o 21:42

Cieszyło ją to, że Shigeru nie upierał się przy swoim i postanowił poddać się jej woli, kierując się do miejsca, gdzie mogliby mu pomóc. Ona nie mogła zrobić dla niego nic więcej, ale samo zaprowadzenie go do odpowiednich osób mogło wiele dać. W końcu nie był sam, narażony na niebezpieczeństwo, a pozbawiony kompletnie sił.
Trzymała bruneta blisko siebie, pozostając czujna na wszelakie niebezpieczeństwo. Uśmiechnęła się delikatnie, kiedy Shigeru jej podziękował, chociaż nawet tego nie oczekiwała. Było to dla niej w tej sytuacji całkowicie naturalne i miała pewność, że sam postąpiłby tak samo.
- Nie zrobiłabym inaczej. - odpowiedziała spokojnie, nie zaprzestając wolnego przemieszczania w wyznaczonym wcześniej kierunku. Ku jej uciesze, nie napotkali po drodze na żadne przeszkody, więc bezpiecznie dotarli do grupy, gdzie znajdowali się medycy, a którzy dołączyli aktualnie do Kazuo, Nibuia i Muraia. Lider Senju szybko ich zauważył i podszedł, zabierając od niego Shigeru i kładąc go na ziemi. Ulżyło jej, bo otrzymała pewność, że jej ukochany zaraz zostanie uleczony i to przez własną siostrę. Odetchnęła cicho, ale nie opuszczała młodego Senju. Spojrzenie jej żółto-zielonych oczu nagle skierowało się na lidera Senju, gdy tylko się do niej zwrócił. Przyznał się do błędu w ocenie jej osoby, dziękując za opiekę nad Shigeru. Jej blade usta ponownie wygięły się w delikatnym uśmiechu. Nie miała niczego za złe mężczyźnie, bo sama świętością to nie była.
- Nieważne, co było. Najważniejsze jest dla mnie to, żeby Shigeru doszedł do siebie, jednakże dziękuję za te słowa. - powiedziała, skinając lekko głową w kierunku mężczyzny. Przy okazji zdążyła zauważyć, że życiu Muraia i Nibuia nic nie zagraża. Sama zaś dostała jeszcze jedno zadanie i nie zamierzała się przeciwstawiać. Shigeru był bezpieczny, więc mogła się udać w poszukiwaniu swojego lidera. Młody Senju był jednak tym pomysłem zaniepokojony. Dlatego zerknęła na niego, jakby chciała go upewnić w tym, że da sobie radę. Była kunoichi, ryzyko było wpisane w każdy jej ruch.
- Poradzę sobie, głuptasie. Nie nadwyrężaj sił, niedługo wracam. - mruknęła do wyczerpanego chłopaka, po czym zwróciła swoje spojrzenie na jego ojca. - Cieszę się, że jednak dołączyli. Postaram się znaleźć go jak najszybciej. - dodała i nie czekając już na nic, ruszyła szybko w kierunku, gdzie mogłyby się znajdować oddziały Kaminari. Nie trudno było to poznać, w końcu byli dość charakterystyczni. Nie szukała przecież igły w stogu siana, a wystarczyłoby, gdyby znalazła kogoś, kto w jej klanie ma jakąś znaczącą pozycję i wskaże jej miejsce, gdzie znajduje się Ukyo. Oczywiście, o ile wcześniej nie znajdzie swojego głównego celu. Dalej jednak, bacząc na czyhające niebezpieczeństwo, uważała na to, co się dzieje dookoła niej, by reagować tak, jak to sobie zaplanowała podczas transportowania Shigeru.


Ukryty tekst. Treść widoczna tylko dla autora wpisu.
Obrazek
"W życiu licz na najlepsze, ale przygotuj się na najgorsze."
Avatar użytkownika

Nikusui
 
Posty: 1024
Dołączył(a): 17 kwi 2015, o 12:58
Wiek postaci: 29
Ranga: Sentoki
Krótki wygląd: Białe, długie włosy, część z nich zapleciona w cztery warkocze - https://i.imgur.com/W0LDdj1.jpg; żółto-zielone oczy; jasna cera
Widoczny ekwipunek: Bicz przymocowany przy prawym biodrze; torba nad lewym pośladkiem; kabura na broń na prawym udzie
Link do KP: viewtopic.php?f=32&t=283
Multikonta: Venus, Sayuri

Re: Kodokunayama 孤独な山

Postprzez Koala » 29 lip 2016, o 01:20

Bitwa pod Górą Czaszki

Wieża

Sytuacja w wieży wydawała się bardzo napięta. Kazuyoshi stał teraz, wpatrzony z miną szaleńca na wszystkich obecnych. W tym również na swoich techników, którzy jeszcze przed chwilą wykonywali polecenia byłego taktyka Rodu, a teraz również stanęli razem z resztą oddziałów, patrząc na niego z niechęcią. Wyglądało na to, że przed chwilą byli po prostu zamknięci w jakimś subtelnym genjutsu, które wymuszało na nich posłuszeństwo. Genjutsu, z którego zostali wyrwani przedstawieniem prawdy o zdradzie ze strony szalonego Uchihy. Żołnierze i wszyscy wokół byli gotowi na zaatakowanie grupą, lecz jedna rzecz ich od tego planu odstręczała. Żaden z obecnych nie miał Mangekyou Sharingana. Który to Kalejdoskop znajdował się w posiadaniu Kazuyoshiego. I to właśnie te oczy mogły zadecydować o losie nadchodzącej walki.
Kazuyoshi w końcu wybuchł śmiechem, po czym wskazał na kryształ i wiszących na ścianie Juugo, poskręcanych z bólu.
-Katsumi? Nie wiem, kto uwolnił ją z więzienia, do którego wtrąciłem ją poleceniem Hisato, lecz nawet to i lepiej! Za kilkanaście sekund działo skończy ładowanie, i następny pocisk zmiecie waszą ukochaną panią lider z powierzchni ziemi. Wami zajmę się zaś osobiście...
Wokół ciała Kazuyoshiego zaczęła pojawiać się otoczka demonicznego pancerza Susanoo, znacznie jednak mniejsza niż poprzednio. Zanim jednak zdążył to zrobić w pełni...
Nastąpiło kilka małych wybuchów, które skutecznie odwróciły uwagę wszystkich obecnych. Korzystając z tej okazji, Toshio doskoczył do dźwigni i pociągnął ją, przerywając dopływ chakry do kryształu.
Destabilizując go i uszkadzając kondensatory.
Cała energia kondensatorów, zamiast stopniowo przesyłać się do głowy wyrzutni, przedostała się tam w całości. Kryształ zaczął świecić oślepiająco i nagrzewać się do niebotycznych temperatur, po czym eksplodował z potężnym hukiem. Fala uderzeniowa rozeszła się po całej okolicy, powalając wszystkich którzy pozostali na polu walki, a obecnym w wieży zadając silne oparzenia. Głazy ze ścian zaczęły spadać na podest, powodując stopniowe zawalanie. Kazuyoshi, widząc to, ryknął ze wściekłości i spojrzał na Toshio.
-Taki gówniak... TAKI GÓWNIAK!!! AMATERASU!!
Zanim chłopiec zdążył postawić blokadę, jego przedramiona i brzuch pokryły się czarnymi płomieniami. Póki co obejmowały tylko strój, ale dość szybko się rozprzestrzeniały i nie chciały zgasnąć. Korzystając jednak, że Kazuyoshi odwrócił się do reszty plecami, nagle został spętany wieloma łańcuchami, a jego oczy zasłonięte opaską.
-Wynośmy się, zanim wieża runie!
Uchiha, razem z najemnikami, ruszyli w stronę wyjścia, zostawiając Toshio samemu sobie, podpalonym i z głazami lecącymi mu na głowę...
Pod wieżą, żołnierze spojrzeli na dwóch młodzieńców i pokręcili tylko głową.
-Udacie się do stolicy Sogen. Tam zostaniecie osądzeni przez Katsumi-sama. Jeśli ten dzieciak w wieży jakoś przeżyje, zostawcie go w spokoju. Przynajmniej pomógł nam złapać zdrajcę.
Po czym odeszli, zmierzając do dużej grupy shinobi na wschodzie, targając związanego Kazuyoshiego.
Toshio zaś zdołał się pozbyć połowy stroju, wychodząc jednak z tego z oparzeniami trzeciego stopnia na przedramionach. Głazy zaś zniszczyły podest, lecz on sam zdołał się dostać na schody zanim wieża go dorwała. Część Juugo umarła, lecz sporo z nich jeszcze przeżyło. Senju teraz siedział tylko na schodach, patrząc na pustkę pod wieżą, gdzie na ścianach wisiało jeszcze więcej zniewolonych.




Pole walk

Grupa Masaru zajęła się na dobre odkopywaniem rannych, dzięki czemu udało się wydobyć jeszcze kilkunastu ciężko poturbowanych żołnierzy, których będzie się dało odratować. Niestety jednak, trupów było co najmniej dziesięć razy więcej. Bitwa ta pociągnęła za sobą ogromne żniwo, i ciężko będzie się stronom pozbierać po tym ciosie. Medyk kontynuował leczenie Isoshiego, lecz dało się po nim zauważyć, że nie widział w tym żadnego sensu. Masaru zaś przerwał odkopywanie, co było dość ciężkie jak na jedną rękę, i podszedł do siedzącej nieopodal istoty. Mężczyzna, słysząc słowa młodego Ayatsuri, tylko westchnął i wzruszył ramionami.
-Mnie nie da się zranić. I czekam, bo póki co nie ma nic innego do zrobienia.
Wtedy, nieopodal, pojawiła się wysoka postać Muraia, która po rozejrzeniu się zauważyła siedzącego pod drzewami Mitsuchiego. Członek szczepu Kakuzu podszedł do swojego lidera i przekazał polecenia Kazuo. Mitsuchi, słysząc to, podniósł się do pozycji pionowej i spojrzał ponownie na Masaru.
-I właśnie się znalazło. Kontynuuj szukanie rannych, jeszcze trochę ich tu jest.
Następnie zwrócił się do Muraia:
-Cóż, obawiam się że Isoshiego nie weźmiemy ze sobą. Leży tam - tu wskazał kciukiem na dziurę w tunelu, gdzie znajdowało się ciało byłego lidera. - Śpiączka, z której się pewnie nie wybudzi. Przekazał swoją energię życiową jakiemuś dzieciakowi, który zaszarżował sam na wieżę. Pewnie już nie żyje, świetne wykorzystanie mocy Isoshiego, kurwa mać. No, ale nie mamy co czekać - niedaleko słychać nadchodzącą grupę medyczną, dostarczą ciało razem z rannymi do Kazuo.
W tym samym czasie w kierunku pola bitwy wyruszyła Nikusui, poszukując swojego lidera, Kaminari Ukyo, który na oczach wszystkich został zmasakrowany przez nieznanego sprawcę. Dość szybko znalazła resztki armii swego rodu, wśród których odnalazła tego, którego szukała.
Stan lidera był naprawdę opłakany. Stracił jedną z rąk, a na dodatek cios który przyjął na bok złamał mu kilka żeber. Nie mówiąc już o tym, że zarycie w glebę przy tak dużej szybkości zdarło mu dużo skóry z ciała. Był on jednak w stanie chodzić, co zresztą w chwili obecnej pokazywał. Widząc Nikusui, westchnął i uśmiechnął się lekko.
-Cóż, przynajmniej ty również tu jesteś, a nie tylko popchnęłaś nas do krwawego sojuszu i czmychnęłaś gdzieś w krzaki. O co chodzi?
Po usłyszeniu o wezwaniu Ukyo do rozmowy z Kazuo, ten tylko parsknął śmiechem. Po chwili przy okazji się zwinął z bólu, ale szybko pozbierał się ponownie do pionu.
-No dobra, nie ma co czekać w takim razie. Jedziemy, panowie i panie. Zresztą, chcę zobaczyć truchło Hisato z bliska.
Chwilę później, wszystkie strony były już w jednym miejscu. Kaminari dostali się w pobliże Senju, do których dołączyły oddziały medyczne, kompania Masaru wraz z rannymi, Murai i Mitsuchi, oraz klon Reiki wraz z ciałem Isoshiego. Na widok tego ostatniego i słysząc uprzednie wyjaśnienia Reiki, Kazuo tylko pokręcił opuszczoną głową. Nie chciał przyjąć do świadomości tego, co mu powiedziano. Stracił najlepszego przyjaciela, który oddał swoje zdrowie z własnej woli. By ratować chłopca, który najpewniej rzucił się samobójczo na wieżę.
-Kurwa, Isoshi... Dlaczego zawsze musisz zgrywać pieprzonego bohatera... - warknął, a po jego policzkach pociekły łzy. Otarł je przedramieniem, po czym spojrzał gdzieś w bok. Wyraźnie oklapł. - Weźcie go do stolicy, i to jak najszybciej. Może uda się odratować to, co z niego zostało.
Gdy część żołnierzy odeszła z ciałem Isoshiego, Kazuo spojrzał na Nibuia, który został wyleczony przez Reikę i powoli podnosił się do pozycji siedzącej. Rana wciąż będzie mu dość mocno przeszkadzać, ale przynajmniej żył i będzie w pełni funkcjonował. Lider poklepał go po ramieniu i uśmiechnął się smutno.
-Nie potrzebujesz, ale i tak ją dostaniesz. Sama Twoja obecność niepokoiła przeciwników, tym bardziej że raz uratowałeś mi tyłek. Czułbym się niehonorowo, gdybym tak po prostu to zbył wzruszeniem ramionami.
W końcu zbliżyli się utykający Ukyo i drepczący spokojnie Mitsuchi. Kazuo wziął ich na bok, aby porozmawiać o czymś, czym dał chwilę czasu dla reszty, by mogli zamienić kilka słów.
W końcu, po kilkunastu minutach spokoju, nagle nastąpiło coś, co sprawiło że zarówno sojusz, jak i strona Uchiha plus Hanji, zostali posłani na ziemię, zszokowani i poturbowani.
Wieża, która zaczęła wydawać dźwięki przygotowania do wystrzału, po prostu eksplodowała. A przynajmniej kryształ, będący punktem wystrzeliwania energii. Fala uderzeniowa powaliła wszystkich obecnych, parząc tych którzy stali najbliżej.
Niewiele później do grupy Uchiha zbliżyli się zbrojni, najwidoczniej również ranieni eksplozją. Tachali za sobą wleczonego na łańcuchach Kazuyoshiego, mężczyznę będącego odpowiedzialnym za tę bitwę, a przynajmniej wedle słów pani taktyk, która - zgodnie z prawem Uchiha - została jednocześnie zastępczą liderką Rodu Uchiha. Widząc to, liderzy sojuszu zbliżyli się, zgodnie z prośbą Katsumi i Suzumury.
-A oto i główny winny za tę bitwę, wieżę i szaleństwo świętej pamięci lorda Hisato - powiedziała liderka, rzucając brutalnie Kazuyoshiego na ziemię. Następnie podniosła jego głowę i na oczach wszystkich zadała pytanie: - Jaki miałeś w tym cel, skurwielu?
Kazuyoshi splunął tylko krwią i prychnął śmiechem.
-Pierdol się.
Wtedy wkroczył Hanji, podchodząc z uśmiechem do związanego mężczyzny z zasłoniętymi oczami, złapał go za potylicę i zaczął formować chakrę Raitonu. Kazuyoshi zawył potępieńczo, gdy przez jego ciało zaczęły przechodzić tysiące wolt.
-Zła odpowiedź, przyjacielu. Zacznij mówić, albo Twoją piękną twarzyczkę przerobimy na piorunochron. Co ty na to?
Ryki bólu Kazuyoshiego roznosiły się jeszcze przez dobrą chwilę, gdy w końcu się poddał i zaczął krzyczeć, że wszystko powie. Dairyu się w tańcu nie pierdolił, jak widać.
Słysząc potwierdzenie, Hanji zaśmiał się ciepło i ponownie pozwolił się resztą zająć Katsumi.
-Dlaczego to wszystko zrobiłeś? Kiedy zacząłeś, i co Tobą, do kurwy nędzy, kierowało!?
-Kotoamatsukami zadziałało bardzo sprawnie - zaczął słabym głosem. Błyskawice musiały go mocno porazić i poparzyć. - Hisato był bardzo podatny dzięki szokowi, którego doświadczył kilkanaście lat temu. Wystarczyło aktywować technikę, i był mój. Nienawiść do Juugo była dobrą pożywką, więc mogłem dzięki temu namawiać go do różnych ruchów. Pojmanie Akiraia, który wisi gdzieś w tej wieży. Stworzenie tej broni, i wykorzystanie jej stricte w celu zadania bólu Juugo. A wszystko w celu zgarnięcia jego oczu. Zniszczenie Senju było tylko okazją, której grzech byłoby nie wykorzystać.
Katsumi skrzywiła się w furii.
-I przez Ciebie nasz ród jest teraz znienawidzony!
-Nie obchodzi mnie to. Hisato miał być martwy, więc wszyscy rzucili się mu do gardła. Teraz pozostało zdobyć oczy, i mój Pan, który był tu dzisiaj, będzie zadowolony.
Kazuo podszedł do Kazuyoshiego, widocznie nabuzowany, i spojrzał na niego bezpośrednio.
-Twój Pan?
Kazuyoshi parsknął śmiechem, po czym podniósł się na tyle, by twarzą skierować się na Kazuo.
-Hail Sozo.
W tym momencie jego ciało pokryło się płaszczem z czarnych płomieni. Podpalił sam siebie, aby zadać sobie śmierć. Katsumi skrzywiła się, zmuszona do odskoku.
-Niech ktoś go zgasi, do cholery! - krzyknął Mitsuchi, patrząc na wijącego się po ziemi zdrajcę, lecz liderka Uchiha tylko wzruszyła ramionami, widocznie bezradna. Wyglądało na to, że czymkolwiek były te płomienie, tylko sam użytkownik mógł się ich pozbyć. A to oznaczało, że Kazuyoshi właśnie sam podpisał na siebie wyrok. Co zresztą faktycznie nadeszło, lecz... wydarzyło się coś nieoczekiwanego.
Jego ciało zniknęło.
Chwilę później zaś stał na pagórku nieopodal, wyzwolony z więzów i śmiejący się szaleńczo. Był pokryty krwią, w jego dłoni znajdowały się oczy. Z Mangekyou Sharinganem Uchiha Hisato. On sam zaś był ślepy na jedno oko, co dało się zobaczyć warstwą bieli.
-Mam to, czego potrzebował mój Pan! Do zobaczenia przy jego powrocie!
Zanosząc się śmiechem, sprawił że jego ciało zaczęło stopniowo znikać, wyglądając przy tym jakby się spalało. Co bardziej obeznani rozpoznali w tym technikę Bodi Hoen no Jutsu. Suzumura skrzywił się lekko, lecz nie zdążył zareagować. Zdrajca zniknął, zabierając oczy ofiary swoich manipulacji.
Katsumi ryknęła z gniewem, po czym spojrzała na swoich żołnierzy i gestami pokazała miejsce, gdzie przed chwilą stał zdrajca.
-Nie obchodzi mnie, jak to zrobicie - znaleźć i oskalpować tego skurwysyna! - ostatecznie zaś spojrzała na stojących obok liderów sojuszu, i padła przed nimi w pokłonie, przykładając czoło do ziemi. - Wiem, że moje słowa nie będą w stanie wyrazić mojego żalu tym, co się dziś wydarzyło. Mój Ród spróbuje pokryć wszelkie koszta wojenne po waszych stronach, i przysięgam że póki panuję, nie pozwolę by Uchiha wystosowali jakiekolwiek bezpodstawne zarzuty wobec waszych Rodów. A teraz błagam o wybaczenie, ale musimy złapać zdrajcę, który - jak sami widzicie, jest równie szalony jak niebezpieczny.
Kazuo, Mitsuchi i Ukyo spojrzeli na siebie nawzajem.
-I na dodatek jest wyznawcą Antykreatora... To będzie naprawdę długi rok...
-Prawda... - Mitsuchi pokręcił głową, po czym spojrzał na to, co zostało z wieży. - Uwolnijmy resztki Juugo i odejdźmy z tego przeklętego miejsca. Czas lizać rany.


I tym samym dobiegł końca nasz obecny event. Dziękuję wszystkim za udział, mam nadzieję że się podobało... i cóż, na dniach spodziewajcie się epilogu wraz z wyceną PH dla wszystkich uczestników! Przepraszam za opóźnienia czasowe, i dziękuję za rozgrywkę!
Obrazek
This is a fantasy based on reality
Avatar użytkownika

Koala
Support
 
Posty: 833
Dołączył(a): 12 lut 2015, o 14:07
Wiek postaci: 0
Multikonta: Shikarui

Re: Kodokunayama 孤独な山

Postprzez Senju Toshio » 29 lip 2016, o 04:32

Pod koniec ciało młodzika z Senju musiało działać machinalnie. Pod wpływem ogromnego namiaru adrenaliny i presji w jakiej się znalazł nie byłby w stanie własnoręcznie osiągnąć tyle, ile zrobił podczas całego zamieszania. Niejeden słuchacz byłby pod wrażeniem takich osiągnięć. Brawurowa akcja okazała się na wpół szczęśliwa i o tyle samo mogąca być zgubna. Podkładanie ładunków, nie ważne, jak małych niosło za sobą nieprzewidziane skutki. Chociaż w głównej mierze tu obecna eksplozja w wieży była wynikiem kryształu i napierającej na niego zgromadzonej energii. Nie winiąc jednak nikogo, ani Toshio za pociągnięcie wajchy oraz naruszenie przekaźników, wtedy otrzymujemy nieuniknioną sytuację totalnej katastrofy. Słusznej i wymuszonej przez wojenną atmosferę. To walka sprawiała, że młody shinobi nie mógł powstrzymywać się, a także przyjąć na swoje sumienie dalsze konsekwencje. W jednej chwili dosięgnęła go podobna sytuacja z walącym się budynkiem. Obraz wzbudzający traumę. Unieruchomienie w ciemnym miejscu nie będzie należało do ulubionych chwil spędzonych poza domem. Nie tylko tym musiał się przejmować, bo na pierwszy plan wyskoczył oczywisty przeciwnik, którego od początku wybrał do pilnowania i wystrzegania się przed nim. Kazyuoshi poza tym, że mógł poradzić sobie z byle wyrostkiem za pomocą swoich oczu, to w typowy sposób wyraził swoje mniemanie o przeszkadzającym mu w planach Toshio. Robaka by jeszcze zrozumiał, ale czy wypadałoby zacytować coś tak pokrętnego? Słowa rozmyły się w trakcie pełnego napięcia zdarzenia. Chłopak uratował się przed czarnymi płomieniami, które w jednej chwili znalazły się na jego przedramionach. Spanikowany, jakby wiedział, że jedynym sposobem jest czym prędzej pozbyć się ubrań. To one oddzielały go od nieznanego źródła ognia. Roznegliżowany Senju w jednej chwili znalazł się znowu sam, bowiem pochwycony przez swoich zdrajca Uchiha czym prędzej został wyprowadzony. Toshio czułby się w pełni sił, gdyby nie ogromny wybuch kryształu i oparzenia. Umysł najwyraźniej nie pozwolił na szybką wymianę informacji i ciało mogło działać na podwyższonych obrotach, aż nie zdołał się wydostać. Zawalona strefa obejmowała główną salę w Wieży, zatem czternastolatkowi przyszło usiąść na resztkach tego, czym były schody.
- Auć, aj...
I wtedy do głowy docierały przytłumione sygnały, a mózg skupiał swoja uwagę na bliższym otoczeniu. Pieczenie i ból, który rozszedł się po ciele zaczęły doskwierać z wyraźną mocą. Nie wytrzymał stojąc, więc mimowolnie ugiął się, jakby na barkach spoczęło mu coś ciężkiego. Odrętwiałe i pulsujące górne kończyny zmagały się z poparzeniami trzeciego stopnia. Skóra zrobiła się plastyczna i zaczynała schodzić. Na domiar złego nadal miał w nich czucie, co jednak było dobrą oznaką. Każdy odruch spotykał się z nieprzyjemnym impulsem. Musiał wyglądać co najmniej, jak dobrze pokiereszowany samuraj po długotrwałej bitwie z innymi miecznikami. Toshio posiadał nie tyle co siniaki, a wyraźne odciśnięcia związane z niedawno zgniecioną, lewą częścią ciała. Niebywale skuteczna technika lecząca pozbyła się obrażeń wewnętrznych, toteż taki mankament mało kogo obchodził. Przynajmniej chłopiec będzie miał o czym opowiadać i nie będą to dziecinne przechwałki. Rzeczywiste i brzemienne skutki jego pobytu na wojnie stanowić mogły przerażenie na oczach nie jednej matki. Zakrycie ich faktycznie stawi wszystko w innym świetle. Mimo wszystko to, co najtrudniejsze w wojnie dopiero przed nimi. Stawić czoła powracającym wspomnieniom, które w kółko i w kółko będą chciały wedrzeć się przed zwykłe myśli. Te wszystkie trupy i okaleczeni. Znoszenie żałoby mogło jeszcze nigdy nie być tak ciężkie.
Z drugiej strony jakaś część chłopca była tą, która nad podziw ceniła sobie zdobyte wspomnienia. Nie ważne, jak złe niosły ze sobą miano. Niesamowite akcje na polu walki i podczas pobytu w wieży przygotowały go doskonale. Wchłonięta dawka emocji na pewno przerodzi się w odpowiednie doświadczenie. Niezapomniane chwile godne były nazwania tego wątku mianem opowieści. Dzielny Toshio, czy coś porównywalnego. Uporanie sobie z ranami mogło być kłopotliwe. Nie znał się na tym i nie posiadał niczego, co uśmierzyłoby ból. Pozostanie mu czekać na swoich przyjaciół. Mimo przeraźliwie wyglądającego laboratorium, ta kupa gruzów przyprawiała już tylko o litość. Nadal jednak znajdowali się tu zniewoleni Juugo. Chciał im pomóc, więc zamierzał poczekać przy ich boku. Do tego czasu dzielnie zniesie urazy. Mała przechadzka po tym, co wyglądało na stabilny grunt powinna pomóc w myśleniu o czymś innym.
- To się porobiło... Nie zazdroszczę wam. W zasadzie, to nie wasza wina, tylko... - zdążył jedynie wyrzucić z siebie, nim nie poczuł się słabiej i nie usiadł ponownie, żeby uporać się z zawrotami. Liczył na chwilkę zwłoki targających go nudności, a potem wyjście stąd i pokazanie się komukolwiek. Najlepiej od razu do swoich. Nie mógł ufać nikomu innemu niż Senju. Tak powinno być, więc tylko ciemnozielone barwy ucieszą jego widok. Reszcie nie da się choćby dotknąć.

zt.
Senju Toshio
 

Re: Kodokunayama 孤独な山

Postprzez Masaru » 29 lip 2016, o 16:13

Masaru zaprzestał odkopywanie rannych i udał się do postaci która zobaczył w oddali. W sumie i tak jako że miał jedną rękę odkopywanie poległych nie szło mu za dobrze. Więc nie tracąc czasu ruszył do tamtej postaci, po tym co mówiła można było się zorientować że jest silna kto inny by mówił z taką pewnością że nieda się jej zranić. Po chwili podszedł do nich przerażająco wyglądający mężczyzna. W pierwszej chwili bohater miał ochotę go zaatakować i zabić ale domyślił się że chyba jest jego sojusznikiem. Po posłuchaniu krótkiej rozmowy, zgodnie z radą tajemniczej postaci ruszył odkopywać innych rannych ludzi. Gdy już skończyli ruszył ze wszystkimi towarzyszami na miejscu spotkania. Po drodze rozmyślał nad swoim wkładem w ta wojnę. Po kolei rzucił 2 kunai i dostał pocisk na twarz tracąc rękę. Potem pobiegł z ochotnikami odkopywać rannych. Czyli mało ale jednak więcej niż ci którzy umarli odrazu. Rozważania przerwało mu dotarcie na miejsce zbiórki po drodze zobaczył znowu ładna niebiesko włosą kobietę. Gdy zaczeło się gadanie i tłumaczenie sobie nawzajem co się działo chłopak stanął na uboczu z przeczucie że wojna skończona. Stały tak dalej gdyby nie siła uderzeniowa powstała w wyniku wybuchu wieży. O chyba ktoś się nie nudził pomyślał Masaru uśmiechając się pod nosem gdy już się pozbierał z ziemi. Potem już wszytsko potoczyło się bardzo szybko. Jakieś rozmowy przywódców jakiś człowiek najpierw mało co nie popełnił samobójstwa, obrażając pytających go ludzi. Potem się podpalił a potem uciekł. Chłopak miał gdzieś to wszystko. Popatrzył na swojego kikuta i rzekł do siebie - O ja pierdole, mam nadzieję że zapłacą mi tyle że zrobię sobie fajna protezę. Nagle coś go tknęło, pobiegł do miejsca z którego rzucił swoje 2 noże. Tam odnalazł po krótkich poszukiwaniach to czego szukał. Schował swoją broń i z zadowoleniem usiadł z nogami na krzyż i zamknął oczy. Miał nadzieję że spotka go jeszcze coś ciekawego. Po namyśle jednak poszedł prosto przed siebie, wkońcu niema po co siedzieć wśród trupów.
Z\T
Ostatnio edytowano 30 lip 2016, o 20:51 przez Masaru, łącznie edytowano 2 razy
Masaru
 

Re: Kodokunayama 孤独な山

Postprzez Reika » 29 lip 2016, o 20:52

Rana Nibuia wreszcie się zasklepiła, co Reika przyjęła z ulgą i tym samym zakończyła proces leczenia samuraja. Sporo ją to kosztowało, ale najważniejsze, że jego życiu nie zagraża już niebezpieczeństwo. Na początku to miejsce będzie mu jeszcze trochę dokuczać, ale w końcu przejdzie i wszystko wróci do normy. Poklepała go z uśmiechem po ramieniu.
- No i po wszystkim. - Zakomunikowała. - Na początku nie forsuj się za bardzo.
Podniosła się z kolan i lekko się zachwiała, odczuwając sporą utratę chakry. Nie było z nią jednak tak źle, bo zdołała się utrzymać na nogach. Miała jeszcze pewien zapas, ale na wiele jej to nie wystarczy. Mimo to podeszła do ojca i wyleczyła mu zraniony bok. Gdyby nie pancerz, który miał na sobie, pewnie już by nie żył. Shigeru nie był ranny i potrzebował tylko solidnego odpoczynku, żeby się zregenerować, więc Reika rozejrzała się za tymi, którzy jeszcze potrzebowali pomocy. W tym momencie dołączyła do nich grupa innych medyków i tych, którzy nieśli ciało Isoshiego, zaś wśród tego pochodu był także jej klon, którego anulowała, gdy tylko wszystkiego się dowiedziała, a to z kolei sprawiło, że serce zamarło jej z przerażenia. Nie dość, że stracili Isoshiego, który miał nigdy nie wybudzić ze śpiączki, to jeszcze Toshio sam poszedł do wieży. Reika była gotowa rzucić mu się na pomoc, ale widząc smutek ojca, została na miejscu i położyła mu dłoń na ramieniu w geście pocieszenie. To była naprawdę ogromna strata dla całego klanu. Odsunęła się jednak, gdy nadeszli inni Liderzy, nie chcąc mieszać się do ich rozmowy. Postanowiła przejść się po polu bitwy, aby sprawdzić jak radzi sobie grupa ratunkowa. W pewnym momencie dotarła do tego, co zostało z kryształowego smoka i schyliła się po niewielki fragment jego cielska. Przyjrzała się czerwonemu kamieniowi, po czym schowała go do torby przy pasie. Krwawy kryształ. Ten, który zabił ponad setkę ich ludzi, a oni musieli wypuścić jego twórcę.
- Kiedyś Cię dorwę, Szkarłatny Żniwiarzu... - Powiedziała cicho do siebie.
Wróciła do pozostałych, ale nim zdołała cokolwiek zrobić, działo zawyło, jakby gotowało się do strzału. Reika spojrzała na nie z przerażeniem i nakazała Dotonowcom się przygotować, jednak zamiast wystrzelić, kula zwyczajnie eksplodowała, posyłając ich wszystkich na ziemię. Gdy fala uderzeniowa przeszła, Reika podniosła się chwiejnie i spojrzała ze strachem na zniszczoną wieżę.
- Toshio! - Jęknęła. - Musimy sprawdzić co z nim.
Nim jednak zdołała zapytać, czy ktoś pójdzie z nią, do Sojuszu dotarła delegacja Uchiha, na co kunoichi spięła się, stając blisko Kazuo. Zmarszczyła jednak brwi, gdy rzucono im wszystkim pod nogi mężczyznę skutego łańcuchami i przedstawionego jako zdrajcę, który manipulował samym Hisato. Czy to znaczyło, że za wszystkim stał ten człowiek? Że to przez niego doszło do tej bitwy? Reice trudno było teraz to poukładać, szczerze nienawidziła Hisato od czasów Sabishi, a teraz się okazuje, że był on kontrolowany przez genjutsu. Na kunoichi zrobiła wrażenie postawa Hanji, który za pomocą Raitonu, zmusił więźnia do mówienia. Była to okrutna tortura, ale skuteczna, na co Reika spojrzała na Przywódcę Shiro Ryu z nieukrywanym podziwem. Słuchała tego wszystkiego ze zmarszczonymi brwiami, próbując to przyswoić. Kiedy się okazało, że ten cały Kazuyoshi jest zwolennikiem samego Antykreatora, spojrzała niepewnie na ojca. Po chwili szybko się cofnęła, gdy mężczyznę objęły czarne płomienie, których nikt nie był w stanie zgasić, jednak jego ciało zwyczajnie zniknęło. Pojawił się kawałek dalej, unosząc zakrwawioną dłoń, w której coś trzymał. Ze zgrozą zdała sobie sprawę, że to oczy Hisato, o których wcześniej mówił. Chwilę później już go nie było, a nowa Liderka Uchiha zarządziła poszukiwania, po czym padła przed pozostałymi na twarz i prosiła o wybaczenie, zapewniając że pokryje koszty tej wojny. A więc to koniec konfliktu z Uchiha. Póki będzie panować Katsumi, będą mieć pokój, a potem się zobaczy. Reika mimowolnie odetchnęła, że to już koniec tego przykrego konfliktu, ale pozostało faktem, że ta wojna sporo ich kosztowała i Shinrin pogrąży się w żałobie. Kiedy Mitsuchi postanowił uwolnić Jūgo, którzy jeszcze przeżyli, Reika postanowiła iść razem z nim i resztą chętnych, aby odnaleźć kuzyna. Miała nadzieję, że Toshio jednak przeżył. Gdy dotarli na miejsce, ich oczom ukazał się przerażający widok uwięzionych członków szczepu i szybko rzucono się im na ratunek. Reika zaś odetchnęła z ulgą i niemal zalała się łzami, widząc siedzącego na schodach Toshio. Miała ochotę go uściskać, ale widząc jego rozległe poparzenia, ujęła tylko jego głowę w swoje dłonie i ucałowała w czoło.
- Myślałam, że nie żyjesz. - Przyznała z ulgą. - Nawet nie masz pojęcia jak mnie przestraszyłeś. Mimo to dobrze się spisałeś, jestem z Ciebie dumna.
Po tych słowach zajęła się jego poparzeniami, a gdy był już uleczony, a reszta uporała się z byłymi niewolnikami, wszyscy ruszyli w stronę obozu, gdzie krzątano się przy rannych i poległych. Ogrom śmierci bardzo Reikę przygnębił i przez resztę czasu starała się pomagać w szpitalu polowy, a gdy nadszedł czas, wojsko ostatecznie wróciło do Shinrin, a z nim kunoichi.

[zt]
Avatar użytkownika

Reika
Martwa postać
 
Posty: 2051
Dołączył(a): 15 kwi 2015, o 19:21
Wiek postaci: 28
Ranga: Sentoki
Krótki wygląd: Popatrz na Avatar, a po szczegóły zapraszam do mojej KP <3
Widoczny ekwipunek: Kabura na prawym udzie, torba na uzbrojenie przy pasie i dwie katany na plecach
Link do KP: http://www.shinobi-war.xaa.pl/viewtopic.php?f=32&t=245
Multikonta: Brak

Re: Kodokunayama 孤独な山

Postprzez Shigeru » 29 lip 2016, o 22:48

Niepokój który mi towarzyszył był jak najbardziej słuszny, bo mimo że w chwili obecnej sytuacja na polu walki jakby się uspokoiła, to nadal było bardzo niebezpiecznie, a Nikusui mimo wszystko zachowywała pogodę ducha zapewniając, że nic się jej nie stanie. Westchnąłem ciężko bo bym się chętnie odwdzięczył pomocy jakiej mi udzieliła i wyruszył z nią, ale niestety w obecnym stanie byłbym większą kłodą u nogi niż wsparciem. - Uważaj na siebie i wracaj szybko - odpowiedziałem w końcu, a gdy białowłosa się odwróciła i już zamierzała postawić pierwsze kroki na drodze do po swojego Lidera, poprosiłem o jeszcze jedno - Cała i zdrowa, Niku. Jej słowa trafiły głęboko w moje serca, zwłaszcza jej zapewnienie, że najważniejszym dla niej jest moje dobro. Miałem nadzieję, że mój ojciec równie mocno docenił ów deklarację.
Gdy przedstawicielka Rodu Kaminari postawiła pierwsze kroki zmierzające do tego, aby odnaleźć przywódcę swojego Rodu, usłyszałem pochwałę z ust człowieka, którego po barwie głosu skojarzyłem dopiero po chwili. Nibui, samuraj który ochraniał mojego ojca, zakrwawiony w okolicy brzucha, był właśnie leczony przez moją siostrę. Nie wiedziałem jak cięzkie to były obrażenia, ponieważ etap leczenia miał się już ku końcowi, niemniej jednak dostrzegając zaangażowanie osób mu towarzyszących, sytuacja musiała wcześniej przedstawiać się bardzo poważnie. - Dziękuje za Te słowa Nibui-san... Tobie również należy się pochwała. Do końca chroniłeś mojego ojca. Nie stchórzyłeś, nie odszedłeś, nie zrezygnowałeś - odpowiedziałem samurajowi, poważnie na niego spoglądając, bo ta chwila na to faktycznie zasługiwała - Nie zawiodłeś, dziękuje - dodałem, rozmyślając przy okazji tego o tym ile faktycznie żyć poświęcono, aby znaleźc się właśnie w tym momencie.
Moje rozważania przerwało przybycie grupy, która przyprowadziła ze sobą bardzo cenny ładunek - nieprzytomnego Isoshiego. Dowiedziałem się, że ten poświęcił ponownie własne zdrowie, tym razem, aby uratować naszego młodszego kuzyna - Toshio. W milczeniu wysłuchałem rozważając głęboko w sercu to, że tak potęzny człowiek nie wahał się poświęcić własnego życia na drodze ratowania dziecka. Dopiero chyba teraz docierały do mnie nauki naszych starszych przedstawicieli Rodu, którzy niejednokrotnie mówili, że to dzieci są naszą przyszłością.
Nim jednak skomentowałem jakoś te nowe wieści, doszło nas przeszywające buczenie dobiegające z wieży. Ten dźwięk mógł zwiastować tylko jedno, co też wszyscy przyjęli z przerażeniem. Doświadczywszy jednak kilkukrotnie ataku z tejże broni, gotowy byłem zawczasu ponownie spróbować nas ochronić orzez siłą rażenia, jaką dawał pocisk wystrzelony z tego działa. Chakra, którą zachowałem winna być wystarczająca by po raz ostatni zrobić wszyscy co w mojej mocy, aby dać szansę przetrwać naszym siłom. Przeszywający dźwięk ucichł, a ja stojąc na drżacych nogach wypatrywałem wystrzału. Nim jednak to nastąpiło stało się coś zaskakujące. Nastąpiła nagła impozja, którego źródło było we wnętrzu wieży. Siła rażenia była na tyle duża, że posłała większośc stojących na ziemię, oszczędzając jednak nasze żywoty bo w ślad za nią nie poszło źródło ognia.
- Co do chol... - przerwałem w pół przekleństwa, bo zauważyłem zbliżający się w naszą stronę pochód Uchiha. Wszyscy spięci wyczekiwali w napięciu delegację, która jak się okazało prowadziła nam jeńca. Chyba tylko z racji towarzystwa przywódcy Shiro Ryu, nie zabiliśmy wszystkich z miejsca. Wysłuchaliśmy tego co mieli nam do powiedzenia, ale już w trakcie połowy opowieści miałem na końcu siarczyste przekleństwo mające powiedzieć co sądziłem o tym wszystkim.
- Może i był to sprawca, ale nie umniejsza to Waszej winy i odpowiedzialności. Jeżeli Wasz przywódca wykazywał się szaleństwem, powinniście go powstrzymać. Jesteście współodpowiedzialni, a Waszymi tłumaczeniami można podetrzeć co najwyżej rzyć - rzekłem głośno, wychodząc na przeciw, i stojąc niemalże ramię w ramię z ojcem, spoglądając to na tych co przybyli. Nie miałem dla nich współczucia, postrzegałem w tej chwili wszystkich Uchiha jak tego co przed nami klęczał. Przysłuchałem się jednak przesłuchaniu i tego co miał jeniec do powiedzenia, a okazało się, że był on poplecznikiem i wyznawcą samego Antykreatora. To mi od razu przypomniało o kartce, którą pokazałem w siedzibie zarówno obecnemu jak i poprzedniemu Shinrei-kanowi. Nim jednak w jakikolwiek sposób to skomentowałem, jeniec nagle zajął się czarnymi płomieniami, tymi samymi które otoczyły mojego Smoka. Uchiha odsunęli się gwałtownie, jakby obawiali się styknąc z tymi niezwykłymi płomieniami. Inni wzęli z nich tylko przykład. Spodziewając się jednak rychłej śmierci Kazuyoshiego - przeliczyliśmy się. Ten nagle zniknął, pojawiając się nagle w zupełnie innym, znaczniem oddalonym miejscu. Był cały, a co najgorsze, trzyma w dłoni coś, co spowodowało, że przebiegły po moich plecach ciarki. Nim jednak zareagowaliśmy - ten nagle zaczał się spalać, by chwilę później zniknąc, co wywołało wściekłość u dowódcy z oddziału Uchiha.
Spojrzałem po pozostałych, ale wszyscy byli w równie wielkim szoku. Katsumi wydała ostre rozkazy, które jasno wskazywały co się stanie z odpowiedzialnym za tą wojnę, a także poinformowała nas, że jej Ród wynagrodzi finansowe straty, które ponieśliśmy. Parsknąłem na tą wzmiankę, bo można było od tego dostać mdłości. - Nie kupisz za pieniądze życia - warknąłem tylko, nie mogąc zdzierżyć dłużej tego towarzystwa. Dostrzegłszy Nikusui oraz towarzyszącego jej Lidera, poczułem ulgę. Była bezpieczna. Wciąż nie czując się w pełni sił, ale wiedząc, że nie powinniśmy marnować wiećej czasu, poszedłem głębiej w oddział, wzrokiem ogarniając "armie" jaka nam pozostała. - DO SZEREGU ZBIÓRKA - krzyknąłem głośno, wzrokiem dostrzegając w końcu kogoś, kto był starszy stopniem i powinien pomóc ogarnąc ten burdel - Szykujemy się do wymarszu. Wracamy... do domu - przekazałem informację z dalszą porcją konkretnych rozkazów, po czym dołączyłem do ojca, czekając aż ten zakomerenduje odwrót. Spojrzałem jeszcze raz na ukochaną, potem na Isoshiego, aż w końcu na Reikę, która jak się okazało, szła w naszym kierunku z kimś jeszcze. Wystarczyła chwila, bym rozpoznał zgarbionego młodzieńca - Toshio. Poczułem wyraźną ulgę widząc go w jednym kawałku. Dość ludzi poniosło tu śmierć. - Wracajmy już - na koniec, rzekłem cicho do ojca.


    Kto chce [z/t] to niech się podpina?
Shigeru
 

Re: Kodokunayama 孤独な山

Postprzez Kyoushi » 30 lip 2016, o 15:13

    Sprawa wydawał się kończyć. Wydarzenia, które tu nastąpiły były nieprzewidziane, jak cały obrót tej dziwnej wojny, w której brał udział najemnik, białowłosy szermierz. Mimo wszystko, to miał być już koniec, który nie wydawał się tak oczywisty. Żołnierze stali wraz z Jiro i Kyu, którzy nie zdawali sobie sprawy z potęgi Mangekyou Sharingana, którym władał Kazuyoshi, wykorzystujący najpewniej za pomocą techniki iluzji poddanych majstrów, którzy obsługiwali wieżę i w niezwykły sposób uśmiercali szczep Juugo. To co widział czerwonooki, zdawało się być niepojęte. Ten ból, krzywda i wszystko inne, wydawało się być tak płytkie.. To niezwykłe nieszczęście. Jednak, pierw miało dojść do starcia, gdzie białowłosy chciał coś zrobić, jednak ubiegł go sam Kazuyoshi.
    Działo się, gdyż sam zdrajca, zaczął formować pancerz Susano, który już wcześniej widział młodzieniec. Wydawało się, że dzięki niemu zmiecie armię i ich z wieży. Tak się jednak nie stało, ponieważ jakiś młodzieniec, prawdopodobnie obcy lub przeciwnik z klanu Kaminari bądź Senju, włamał się do wieży i po prostu wysadził wszystko w powietrze, co tylko się dało. To dało obrót o sto osiemdziesiąt stopni. Dzięki temu, wszyscy mogli przeżyć, a plany zdrajcy rodu Uchiha legły w gruzach. Cała wieża, legła w gruzach, a białowłosemu nie pozostało nic innemu jak ucieczka ze środka, by zachować zdrowie, które mu zostało oraz życie. Jedyne, ostatnie. Ostatnie co widział, gdy ciepło dotarło do kimona młodzieńca, to dziwne, czarne płomienie, które widział już wcześniej na wielkim drewnianym smoku. Amateratsu, wieczny, czarny ogień, który pokrył ubrania młodzieńca, który zniszczył wieżę. Kazuyoshi naprawdę był potężnym i strasznym przeciwnikiem, który miotał jutsu na lewo i prawo. Mimo to, armia Uchiha wykorzystała moment nieuwagi generała i pochwyciła go, zawiązując oczy oraz wiążąc ręce, by więcej nie mógł składać pieczęci. Wydawało się, że wszystko jest opanowane, a on sam został pojmany. Jak się później okazało, to było złudne. Bardzo złudne. Wychodząc na zewnątrz, Jiro oraz Kyu zostali potraktowani przez żołnierzy reprymendą i wyznaczeniem kolejnego zadania. Dostać się do Sogen i porozmawiać z obecną liderką Katsumi Uchiha. Białowłosy skinął głową, w celu przekazania, że zrozumiał co do niego teraz należy. Zrozumiał też, że nie ma wracać po chłopaka, ani go pojmać – nic. Po prostu, dać mu spokój. Tak też zrobił.
    Białowłosy będąc jeszcze chwile na polu bitwy, oglądał wszystko co się działo. Co robił Kazuyoshi, jak traktował liderkę i co się działo. To wszystko to było jedno wielkie Genjutsu, które niestety.. Niestety okazało się zgubne dla wszystkich obecnych, bo generał porwał oczy Hisato, które pragnął wykorzystać w późniejszym czasie. To było zaiste, interesujące co dzieje się na tym świecie.. Liderka Uchiha na koniec, chyliła czoło przed resztą liderów klanów, z którymi Hisato prowadzony przez genjutsu prowadził wojnę. Białowłosy jedynie spojrzał na Jiro i powiedział:
    - Chyba nadszedł czas się wycofać. Ruszam do Sogen, w ramach rozkazu tam spotkać się z liderką. Chyba nie ma teraz nastroju na gadanie, więc wolę zagościć u niej, jak wszystko się uspokoi. Idziesz ze mną, Jiro? – zapytał bezpośrednio, w końcu poznał w nim kompana, z którym walczył ramie w ramie. Miał nadzieję, że nowo poznany Uchiha dotrzyma mu kroku i ruszy wraz z nim do stolic, na spotkanie..

    z/t pewnie razem z Jiro
Posta dajże Kjuszowi, klawiaturą potrząśnij...
Obrazek
Avatar użytkownika

Kyoushi
Tryhard
 
Posty: 1133
Dołączył(a): 13 maja 2015, o 12:48
Lokalizacja: Rzeszów
Wiek postaci: 23
Ranga: Akoraito
Krótki wygląd: Białe, rozczochrane włosy. Czerwone oczy, czarny garnitur, zbroja oraz czarny płaszcz
Widoczny ekwipunek: Wakizashi przy lewej nodze. Katana przy pasie od lewej strony, miecz obosieczny przy lędźwi
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=684

Re: Kodokunayama 孤独な山

Postprzez Nikusui » 30 lip 2016, o 15:49

Nawet nie zakładała innej opcji niż taka, że wróci tutaj w jednym kawałku i to o własnych siłach. Owszem, zdawała sobie sprawę z tego, że mimo iż walki ustąpiły, to nie brakuje ludzi, dla których ta bitwa jeszcze się nie skończyła, więc była ostrożna. Jej delikatny uśmiech w stronę Shigeru miał być potwierdzeniem tego, że będzie na siebie uważać. Już po krótkiej chwili jej nie było. I nie miała jakiś szczególnych trudności w odnalezieniu ludzi z Kaminari. Niewielka grupa, która pozostała, miała w swoich szeregach również Ukyo. W myślach dziwiła się, że on jeszcze w ogóle żyje. Nie miał jednej ręki, a na dodatek wyglądał, jakby był obdarty ze skóry. Widok niezbyt przyjemny i pewnie gdyby była wrażliwa na takie rzeczy, to nie dałaby rady patrzeć albo zwróciłaby zawartość żołądka. Na całe szczęście nie była spaczona w tym temacie, chociaż nie mogła powiedzieć, że patrzyło jej się na to z przyjemnością, już pomijając fakt, że nie przepadała za liderem Kaminari.
Jej lewa brew uniosła się wyżej, kiedy usłyszała słowa mężczyzny. Byłaby totalną porażką, gdyby sama się tu nie pojawiła. Mogłaby się wtedy nikomu na oczy nie pokazać, nawet jeśli jej obecność tutaj nie byłą podyktowana chęcią ogólnego spokoju na całym świecie, a spokojem dla bliskich jej osób. Chociaż na usta cisnął się niemiły komentarz, to wolała nie kopać już prawie leżącego, a jedynie poinformowała Ukyo o tym, że Senju Kazuo chce z nim porozmawiać. Musiało go to na tyle rozbawić, że aż zwinął się z bólu. Więc żeberka też ucierpiały, ciekawe. W sumie to i tak nie interesowało ją za bardzo to czy się z tego wykaraska, czy będzie kaleką do końca życia i czy jego miejsce zajmie ktoś inny.
Wraz z Ukyo i pozostałymi Kaminari, ruszyła w stronę oddziałów Senju. Tam przybyli też pozostali, włącznie z Isoshim, który raczej do najżywotniejszych nie należał. Dosyć szybko dostali wyjaśnienia, co takiego zaszło, że były lider Senju jest w takim stanie. Nie wtrącała się, nie komentowała, chociaż nie liczyła na to, że uda się odratować tego mężczyznę. W każdym razie, ona swoje zadanie wypełniła, więc postanowiła odszukać wzrokiem Shigeru, by upewnić się, że jest z nim już lepiej i do niego dołączyć. To była dobra okazja, bo w tym momencie trzech przedstawicieli różnych rodów urządziło sobie na boku pogawędkę.
- Cała i zdrowa, jak chciałeś. - mruknęła cicho, pozwalając sobie na szerszy uśmiech. Miała ochotę się po prostu w niego teraz wtulić i na trochę odpłynąć, ale to nie był czas, ani miejsce na takie rzeczy. Może nawet jakby się zdecydowała, to by nie wyszło, gdyż zdarzyło się coś niespodziewanego. Dobrze jej znane dźwięki, które sygnalizowały wybuch, pobudziły dodatkowo jej czujność. Momentalnie zerknęła w stronę, gdzie stała wieża, ale już po chwili ta po prostu eksplodowała, pozbawiając białowłosą równowagi i bez skrupułu powalając ją na ziemię, przez co dosyć boleśnie otarła sobie nadgarstek. Odruchowo spojrzała na Shigeru, ale nic mu się nie stało, więc spokojniejsza, podniosła się powoli do pionu, zauważając zabrudzony krwią i ziemią nadgarstek. Bez skrępowania wytarła tę część ciała o swoje ubranie, które i tak do najnowszych nie należało i postanowiła się tym nie przejmować. Nie takie rzeczy się przeżywało.
Po chwili jej żółto-zielone oczy ujrzały kolejnych przybyszy i to wraz z jeńcem. Związany łańcuchami, nie wyglądał na jakoś wielce przerażonego. Okazało się, że był to sprawca tego zamieszania, ale jakoś nie zamierzał spowiadać się ze swoich grzeszków. Dopiero później, dosyć brutalnie potraktowany, postanowił wyjawić prawdę. Przez ten cały czas manipulował liderem Uchiha, który był jedynie marionetką w tym przedstawieniu. I nawet to nie ruszyło Shigeru, którzy zawzięcie nienawidził tego rodu i nie zamierzał im odpuścić. Ona, mimo wszystko, trzymała się od tego z daleka, bo brak solidaryzacji z własnym klanem spowodował brak poczucia tych więzów, konfliktów czy sojuszy miedzy klanami i szczepami.
Młoda Kaminari nagle ujrzała czarne płomienie, z którymi już miała styczność. Jednak brak reakcji ze strony Uchiha mógł świadczyć o tym, że nie da się z tym nic zrobić, więc dobrze zrobili, że uciekli z drewnianego tworu Shigeru. I tyle było po facecie, skutym łańcuchami, bo nagle pojawił się w inni miejscu. W zakrwawionych dłoniach trzymał oczy, których wedle jego słów, potrzebował jego pan. Białowłosa nie bardzo wiedziała, co to może znaczyć, bo nie była obeznana w tym temacie, ale nie trudno było się domyślić, że to raczej nie jest dobra wiadomość. Na ten moment jednak był to koniec, który będzie początkiem nowej potyczki, może jeszcze bardziej niebezpiecznej. Antykreator... każdy słyszał o nim od dziecka, no chyba, że rodzice nie chcieli pokazywać swoim pociechom zła, jakie było, jest i będzie na świecie. A z tym nie było przelewek. Wiele sama się naczytała na ten temat i gdy tylko zaczęła rozmyślać na temat zapisków, do których miała dostęp, w tego chwilowego letargu wyrwał ją głos Shigeru. Ogłosił zbiórkę, by wrócić do domu, ale ona tak naprawdę nie wiedziała, gdzie teraz ma wrócić. Jej asymilacja klanowa teraz dawała się we znaki, bo ciężko było jej określić, co powinna zrobić. Zerknęła na Ukyo, a następnie jej spojrzenie spotkało się ze wzorkiem młodego Senju. Spontanicznie, bez rozmyślania nad tym, co robi, po prostu ruszyła tuż za Shigeru. Chyba po prostu potrzebowała teraz z nim pobyć, chociaż trochę.


z/t
Obrazek
"W życiu licz na najlepsze, ale przygotuj się na najgorsze."
Avatar użytkownika

Nikusui
 
Posty: 1024
Dołączył(a): 17 kwi 2015, o 12:58
Wiek postaci: 29
Ranga: Sentoki
Krótki wygląd: Białe, długie włosy, część z nich zapleciona w cztery warkocze - https://i.imgur.com/W0LDdj1.jpg; żółto-zielone oczy; jasna cera
Widoczny ekwipunek: Bicz przymocowany przy prawym biodrze; torba nad lewym pośladkiem; kabura na broń na prawym udzie
Link do KP: viewtopic.php?f=32&t=283
Multikonta: Venus, Sayuri

Re: Kodokunayama 孤独な山

Postprzez Nibui » 31 lip 2016, o 02:03

    Nagroda, honor? Huh? Czyli shinobi jednak coś takiego posiadali? No, a przynajmniej niektórzy, bo choć Kazuo nie znał zbyt długo, to już mógł ocenić, że w przeciwieństwie do większości osób, z którymi Nibui rozmawiał, tego starca cechuje pewna mądrość nabyta z wiekiem. Białowłosy pod napływem takich argumentów nie zamierzał dalej dyskutować. Oczywistym było jednak, że całą sprawę i tak musi zrobić po swojemu. Nagrodę, zapewne pieniężną, przeznaczy po prostu na kogoś innego i tym oto sposobem uratuje zarówno honor Kazuo, jak i swój własny. Te jakże ważne i konieczne rozmyślania przerwał mu jednak głos niebieskowłosej, która oznajmiła, że już po wszystkim. Kaizaki usiadł na ziemi, a następnie przejechał dłonią po miejscu, w którym znajdował się nie tak dawno temu kryształ. Teraz nie było po nim śladu. No... Może jeśli nie liczyć ogromnej blizny, rysującej się zarówno z przodu, jak i z tyłu dolnej części torsu mężczyzny. Lepsze jednak to, niż stracenie kończyny lub umarcie na cudzej wojnie.
    - Sztuka leczenia shinobich jest naprawdę niesamowita. W domu pewnie by mnie przypalono i zatkano bandażami licząc na to, że przeżyję. Dziękuję, Reika-san. - tak, tak. "Sztuka leczenia", a nie sami shinobi. Samuraj nadal nie mógł bowiem pojąć ogromu zniszczeń do jakich doprowadziła wojna pomiędzy dwoma zwaśnionymi rodami wciągającymi do bitwy swoich sojuszników. To była zwykła jatka, której wstydziłyby się nawet zwierzęta, a tymczasem dla ninja wydawała się ona nie być czymś dziwnym. Co gorsza, sam Nibui brał w niej udział i również zabierał życia. Nie, żeby miał z tego powodu jakieś skrupuły czy też rozterki moralne, ale zwyczajnie czuł, że nie do końca powinien się tu znajdować. Dał się ponieść ciekawości i chęci znalezienia adrenaliny przez co skończył na ziemi w stanie krytycznym.
    - Nie, Majorze. Zawiodłem. Ten cały Żniwiarz dotarł do Kazuo-dono pomimo tego, że tu byłem. Zachowaj swe podziękowania na później. Mam u Waszego rodu zadanie, z którego nie do końca się wywiązałem, więc Wam to wynagrodzę. - odpowiedział Shigeru, zmieniając swoją pozycję. Już nie siedział, a po zakończonym zdaniu zwyczajnie uklęknął na kolana i pochylił głowę do samej ziemi. Kazuo-dono mogła stać się krzywda, sam Kaizaki został na dodatek uleczony, czyli był ciężarem, a po tym wszystkim jeszcze chciano go wynagrodzić i podziękować za pomoc. Jeśli jednak Senju myśleli, że takie działania ukoją jego uczucie zranionej dumy i honoru, to grubo się mylili. Białowłosy będzie uparcie trwał przy swoim i kiedyś spłaci dług, o ile tylko pozwoli mu na to los. Rozmowa z brunetem musiała zostać jednak szybko przerwana, kiedy do zebranych zbliżał się wróg. Nibui, choć trochę chwiejnie, wystawił w ich kierunku katanę i oczekiwał na rozwój wydarzeń. Nie wiedział jakie mają zamiary, ale właśnie został uleczony, więc mógł po raz kolejny wkroczyć do akcji i się na coś przydać. Na szczęście okazało się, że Uchiha wcale nie przybyli tutaj w celu wyrównania rachunków. Lepiej! Zjawili się tutaj, aby zaproponować pokój i przeprosić. Oczywiście to nie była sprawa samuraja i pewnie o wszystkim będą decydowali liderzy, ale on jak najbardziej by na to wszystko przystał. Ba! Nie tylko by się zgodził, ale jeszcze nie szykanował w jakikolwiek sposób przegranej strony. Wyciągnięta ręka byłaby podstawą do stworzenia przyjaźni w miejsce nienawiści. Właśnie! Skoro o niej mowa, to oczy samuraja przeniosły się na Reikę, która nie tak dawno temu wręcz wypluwała z ust pianę na myśl o Uchiha. Co teraz zrobi? Jak się zachowa w obliczu liderki wrogiego klanu, który wybił tak pokaźną liczbę jej krewniaków? Nibui spodziewał się wybuchu złości, gróźb, próby ataku, czegokolwiek co mogłoby jej wyładować gromadzoną we wnętrzu nienawiść, a tymczasem kobieta nie wyrażała prawie żadnych emocji. Nic, null, zero. W takim razie czy niebieskowłosa zwyczajnie grała? A może jej uczucia nie były zakorzenione tak głęboko, jak to sobie ubzdurała? Nic innego nie tłumaczyłoby tak diametralnej zmiany w podejściu do wrogiego klanu. Przecież uczuć nie da się zmienić w przeciągu kilku dni, a już na pewno nie podczas jednej wojny. To było naprawdę... dziwne.

    Obrazek
    Theme

    Wszystko się jednak wyjaśniło, co dało Nibuiowi chwilę wytchnienia. Samuraj lepiej przyjrzał się swojemu ciału. Ubranie zakrwawione niemiłosiernie (nie tylko od jego własnej posoki), poprzedzierane, dziurawe i poniszczone. Katana również spływała krwią, więc mężczyzna wykorzystał swoje odzienie do otarcia ostrza ze zbędnej juchy. Po tym wszystkim odszedł kawałek od oddziału, żeby móc się lepiej przyjrzeć polu bitwy. Trafił na skraj lasu i dopiero teraz jego wzrok przeniósł się na otoczenie.
    - Straszne... Tysiące ludzi zginęło walcząc za dwa, wrogo nastawione do siebie klany. Większość z tych żołnierzy miała dzieci, partnerów, rodziców. Teraz już nigdy się nie spotkają, nigdy nie przytulą, nigdy nawet nie dotkną. Czy do tego sprowadza się natura ludzka? Ziemia jest bogata, wyżywi nas wszystkich, a tymczasem zabijamy się o każdy skrawek tak, jakbyśmy nie mogli przeżyć bez centymetra piachu. Żałosne. - mówił w zasadzie sam do siebie, ale to wystarczyło, aby wyrzucił z umysłu to, co go dręczyło. Był wojownikiem i wiedział, że wojen nie da się uniknąć, ale był również człowiekiem, a nie bronią zaprogramowaną na zabijanie, i czuł zwykły, towarzyszący ludzkości w każdej epoce żal. Nikt nie szanował życia drugiej osoby, a samuraj nie był tutaj wyjątkiem. Jedyna różnica polegała na tym, że jego pobratymcy nie mieszali się do bitew, a nawet jeśli, to już na pewno nie na taką skalę. Każda potyczka była również opłakiwana, a ze zwycięstwa nigdy się nie cieszono. U shinobi było jednak odwrotnie. Gotowi byli zniszczyć wszystko, co stanie na ich drodze tylko po to, aby uratować życia swojej rodziny. Czy można ich za to winić? Nie, oczywiście nie. Jednakże można, a nawet trzeba ich potępiać za samolubność i bezmyślność. Nic bowiem nie tłumaczy czynów, jakich dzisiaj się tutaj dopuszczono i wszyscy biorący udział w bitwie mają na swoich rękach krew. Krew mężów, żon, dzieci i rodziców, którzy już nigdy nie zostaną przywróceni ich bliskim.
    Kaizaki jednak ich zapamięta. Wyryje w pamięci każdą twarz, z której dzisiaj uszły resztki życia w wyniku użycia przez niego katany. Nie zamierzał płakać, nie zamierzał roztrząsać przeszłości, ale za obiecał wszystkim tym duszom, że będzie je niósł na swoich barkach wszędzie tam, gdzie poniesie go jego los. Będą stali przy nim, czekali na jego potknięcie i doświadczali tego, co on. W końcu ci, którzy sprowadzają śmierć zostają również naznaczeni i muszą się z nią już zawsze mierzyć. Sam Nibui będzie miał jednak nadzieję na to, że po wielu latach wspólnej wędrówki i pamięci, będą mu w stanie wybaczyć wyrwanie ich siłą z tego świata. Być może nie przyjmą go tak źle, kiedy sam trafi do zaświatów? Kto wie... Być może nawet się zaprzyjaźnią jeśli istnieje życie po śmierci i trafią do tego samego skrawka krainy umarłych? Odpowiedź na te pytania nadejdzie, ale jeszcze nie teraz. Nie powinno się za bardzo rozmyślać o drugiej stronie, bo podobno wtedy szybciej się na nią trafia. Mając w głowie to powiedzenie, samuraj po raz ostatnio omiótł wzrokiem pole bitwy, na którym przyszło mu położyć na szali swoje życie i z którego wyszedł zwycięsko. Teraz trzeba było jednak wracać do codzienności, do rzeczywistości, która tak bardzo nie daje o sobie zapomnieć. Właśnie dlatego Kaizaki ruszył razem z oddziałami Senju. Po krótkim odpoczynku, to stamtąd będzie kontynuował swoją wędrówkę.
    - Jeśli nie możesz obronić jednej strony konfliktu, to jedynym wyjściem jest wybicie drugiej. - powiedział pod nosem, ze złością zaciskając dłoń na rękojeści swojej katany - Kiedy człowiek nie może zmienić świata, musi zmienić siebie. Jestem za słaby... Stanowczo za słaby. - skwitował, ruszając za oddziałami rannych i wymęczonych żołnierzy. Mieli wracać jako zwycięzcy, a wracają jako okaleczeni mordercy, który zaprowadzili subiektywną sprawiedliwość.

    z/t z Shigeru i Senju.
Nibui
 

Re: Kodokunayama 孤独な山

Postprzez Murai » 31 lip 2016, o 07:23

Zadanie Muraia w tym momencie nie było zbyt wymagające. Znalezienie jednej osoby o charakterystycznej aparycji nie powinno być skomplikowane. Wśród pozostałych przedstawicieli Szczepu Kakuzu, ich lider też nieco odbiegał swoją posturą. Mimo pozornej prostoty pole bitwy było jednym wielkim chaosem. Mnóstwo zmian terenu spowodowanych strzałami z działa i wyrośnięcie ogromnego lasu znacznie utrudniały orientację w terenie. Wieża jednak była punktem orientacyjnym na tyle widocznym, że Murai nie mógł się zgubić. Poszukiwania nie trwały długo, młodzieniec zobaczył Mitsuchiego kilka minut od zostawienia Reiki i pozostałych. Siedział pod drzewami, które aktualnie były dominującym elementem okolicy. Nie wyglądał, jakby jego życiu zagrażało cokolwiek. Ale istocie posiadającej pięć serc, której brakuje praktycznie wszystkich organów, mało co mogłoby zagrozić. Murai nie znał dokładnie mocy posiadanych przez niego żywiołów i nie uzupełnił tej luki w wiedzy podczas bitwy. Nie widział go używającego jakiejkolwiek techniki elementarnej, przypuszczenia odnośnie jego potęgi opierały się na ilości serc i zajmowanej pozycji.
- Mitsuchi-san, Kazuo chce z tobą porozmawiać. - powiedział do poszukiwanego, który podzielił się z Muraiem informacją o losie Isashiego, który leżał martwy w dziurze w jakimś tunelu. I przekazał energię życiową komuś, kto zaszarżował na wieżę. Samotnie. Z punktu widznia Muraia była to czysta głupota. Największa, z jaką spotkał się do tej pory. Były lider poświęcił swoje życie dla jakiegoś dzieciaka, osoby o znacznie mniejszych możliwościach i mniejszej pozycji w hierarchii. Powody tej decyzji były dla Muraia nieistotne, ważnym było oddanie lat doświadczeń i wiedzy, by ocalić bezmyślnego dzieciaka, który dodatkowo samodzielnie popędził w kierunku wieży. Bez względu na jego możliwą śmierć, była to decyzja, przynajmniej dla Muraia, niedorzeczna i głupia. Mitsuchi nie marnował czasu i natychmiast poszedł z Muraiem w kierunku Kazuo. Szybko dotarli na miejsce, gdzie ilość ludzi znacząco się zwiększyła. Ciało Isoshiego przyniosła Reika, zgodnie z jej deklaracjami. Żal Kazuo i jego wypowiedziane na głos pytanie retoryczne były całkowicie uzasadnione. Zgrywanie bohatera doprowadziło do jego śmierci. Jednak ze słowami skierowanymi do Nibuia Murai nie mógł się zgodzić. Nie widział, by ten zrobił cokolwiek znaczącego podczas tej potyczki.

Murai myślał o opuszczeniu pola bitwy, ale gdy miał podjąć stosowne działania wydarzyło się coś niespodziewanego. Pierw wieża zaczęła wydawać z siebie dźwięki obecne przy każdym wystrzale, co mogło świadczyć o kolejnym strzale. Do tej pory Murai myślał, że Uchiha zaprzestało działań bądź wieża została uszkodzona i dalsze korzystanie z niej nie jest możliwe. Murai był gotowy, właściwie był gotowy przez cały czas. Ale wystrzał nie nastąpił, zamiast niego wieża momentalnie eksplodowała. Ogromna ilość odłamków zalała okolicę, mimo tego Murai nie został w żaden sposób ranny. Słyszał krzyki szoku i zaskoczenia, a także jeden należący do Reiki. Niewiele zajęło, aż pojawiła się kolejna niespodzianka w postaci pochodu Uchiha kierującego się w ich stronę. Kakuzu nie pozwolił sobie na chwilę wytchnienia, jego koncentracja była na najwyższym poziomie. Mimo tego okazało się to zbędne, Uchiha nie zamierzali bowiem walczyć. Murai stał z boku i obserwował całą sytuację i starał się zaobserwować możliwie jak najwięcej. Wyłapał przy tym dużo słów i imion, które próbował skojarzyć i połączyć w logiczną całość. Hisato był podatny przez szok. Zgodnie z tym co widział Murai, szokiem tym było zabicie jego dziewczyny. Po tym zyskał dostęp do "Kalejdoskopu" i jakiś czasoprzestrzennych jutsu. Ale jego działania nie były dobrowolne, włącznie z porwaniem lidera szczepu Juugo. I najwidoczniej wykorzystania ich w roli paliwa. Cała wojna była zainicjowana przez tego człowieka, Kazuyoshi. I kogoś ponad nim. Złapany podpalił samego siebie dziwnym, czarnym płomieniem... i zniknął. Działo się zdecydowanie za dużo, by wszystko przeanalizować. Jakich technik użył? Czy jest to jakaś odmiana Katona? Czy może pochodziło z mocy oczu? Jak mógł zniknąć, bez składania jakichkolwiek pieczęci? I czemu pojawił się kawałek dalej, pokryty krwią i trzymając w ręce parę oczu? A jedno z jego oczu całkowicie wybielało. Po jego słowach dających do myślenia, ponownie zniknął, tym razem jakby ogień trawił jego ciało i powoli spalał, ostatecznie nie pozostawiając po nim niczego.
Po wspomnieniu o kimś zwanym "Antykreatorem" którego wyznawcą miał być, najwidoczniej można było uznać tą bitwę za zakończoną. Murai miał do przetworzenia ogromne ilości informacji i zdecydowanie przez najbliższe dni, jeśli nie tygodnie, będzie analizował akcje podjęte podczas tej wojny. Techniki które widział i nowe rzeczy, których był świadkiem. Więc w takim razie pora na powrót. Inni wycofywali się, podejmowali samodzielne czynności. Go nic nie trzymało. Nie udało mu się zdobyć tego, po co przyszedł. Można by to było uznać za stracony czas, gdyby nie ogromna ilość informacji zebranych podczas tej wojny. Zupełnie nowych, nieznanych mu wcześniej technik. I duża ilość znajomości, a to oznacza duże możliwości w kwestii pozyskiwania serc. Oddalił się z pola bitwy, lecz gdy przechodził obok leśnego obozu, został zaczepiony przez jakiegoś nieznajomego. Dostał do ręki dużą, pękatą sakwę wypełnioną monetami. To był jego udział w wojnie, w roli najemnika. Bardzo duży udział, który dodany do jego aktualnych oszczędności, dawał kwotę zaskakująco dużą. Z pewnością znalazłoby się kilka przedmiotów wartych zakupienia. Zastanawiał się nad tym dość długo, także podczas powrotu do wioski Itojin.

z/t
Murai
 

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Sakai

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości