Świątynia Okami no kami i Dojo szkoły Kame

Stanowiąca część Cesarstwa wyspa położona jest na południe od skupiska wysp Kantai, a także na południowy zachód od krajów kupieckich. Na wyspie znajduje się siedziba Rodu Yuki, jednak głowa rodu rezyduje na Hanamurze, piastując stanowisko Cesarza. Teren ten zamieszkiwany jest również przez klan Ranmaru. Temperatura panująca na wyspie jest znacznie niższa od tej na Kantai co nad wyraz pokazują góry śnieżne a także licznie występujące wichury. Ludzie zamieszkujący wyspę utrzymują się z polowań oraz połowów.

Re: Świątynia Okami no kami i Dojo szkoły Kame

Postprzez Shijima » 3 gru 2017, o 22:08

Wyprawa B
If you're gonna play the game, boy, you gotta learn to play it right.
Obrazek
48/∞

Ludzka to rzecz - szukać pomocy u bóstw. Sam jej przecież szukałeś. Uważaj, czego sobie życzysz, bo jeszcze to życzenie może się spełnić. I jak, żałujesz teraz? Płakanie nad rozlanym mlekiem nigdy nie przynosiło efektów, ale to już zdaje się przerabialiśmy. Jeśli jednak szukali pomocy u bóstw, ludzkie stworzenia błogosławione i przeklęte przez istoty zamieszkujące święte ziemię, niedostępne dla żywych, to bogowie... gdzie jej poszukiwali? Jeśli otchłań, ta piękna czerń, którą nazywali pustką, a która nigdy pusta się nie wydawała (przecież wyzierała i spoglądała w oczy tych, którzy odważyli się w nią spojrzeć), była pomocą, to gdzie była pomoc... dla niej? Nie potrzebowała? Sama sobie była wsparciem, tak jak wspierała innych? I niszczyła, bo przymiotem boskim było dawać i odbierać. Życie zawsze musiało regulować swoje długi w najbardziej prosty sposób - jeśli ktoś zyskał, ktoś inny musi stracić. Proste. Działanie wszechświata musiało zostać zamknięte w jednym kole, coś znikało, coś nowego się pojawiało, jeden człowiek umierał, inny się rodził. I tylko Otchłań była wieczna.
Zebrani nie bardzo wiedzieli, co się dzieje, dlatego nieco skonfundowani siedzieli i spoglądali to na Shirei-kana, to na Akihiro.
Poznane zasady dobrego wychowania kazały im wstać, oddać należny szacunek dowódcy, z drugiej strony zaś pojawiały się słowa, że mają sobie darować. Wisienką na torcie zaś był wyraźny przytyk podważający religijność Akihiro. Może i nie samą religijność, ale raczej ludzie nie byli w sowim ogóle bardzo bystrzy, by wyłapywać niektóre niuanse. Zwłaszcza, kiedy przez lata wojen brakowało porządnej edukacji dostępnej dla wszystkich.
- Raczej na brak dostatecznej wiary nadrabianej materializmem. - Akihiro uśmiechnął się w ten swój słodki sposób,
przesuwając się, by zrobić ci miejsce obok siebie. Sensacja goniła sensacje - oto chwilowy mędrzec tłumów był na ty z samym Shirei-kanem! To budziło szacunek. Tylko podnosiło samego Akihiro w oczach tutaj zebranych. I budziło zainteresowanie, które nie trudno było dostrzec w lśniących oczach zebranych. Kiedyś pustelnik - dziś Cesarz. Nie, jeszcze nie dziś. Dziś jeszcze tygrys, który cierpliwie czekał, aż kraniec jego ogona zabarwi się bielą.
- Brak dostatecznej wiary? - Pojawiło się zaraz w tłumie pytanie i za nim poniósł się szmer, który ciężko było zrozumieć, słowa zlewały się ze słowami i przez to nie były osobnymi głosami, zdaniami i opiniami - były po prostu szmerem,
z którego żaden nie chciał się unieść dostatecznie wysoko, żeby wysunąć się naprzód. Prócz tego jednego pytania.
- Zgadza się. Wielu w dzisiejszych czasach nie wierzy już w bóstwa, czyż nie? - Akihiro skierował wzrok znów na zebranych. - Nikt tego nie przyzna przed sąsiadem, tym bardziej przed szanownym Yukim. Ludzie świętują boskie dni,
chodzą do świątyń, modlą się do nich tylko w trudnych momentach swojego życia. A czy bogowie nie mają w sobie ludzkiego pierwiastka? Myślą i czują. Jak więc muszą czuć się, porzucani przez własne dzieci, gdy tłumy wiernych przychodzą do ich świątyń tylko po to, by nie było wstyd przed bliskimi i sąsiadami?
- Nie mógł podejmować przecież jakiegokolwiek łagodnego tematu, musiał drażnić, skrobać ludzkie skorupy. Otwierał ludziom oczy. Ludzie nie odpowiadali, bo nie mieli nic do powiedzenia. Najwyraźniej trafił w sedno. Znowu. - Jesteśmy tu, by uczyć się od siebie wzajem. Każdy z was ma w sobie wiarę, wystarczy tylko odpowiednio ją pielęgnować, a wyrośnie na piękny kwiat.
Ktoś inny natomiast teraz na ciebie spoglądał. Kobieta, która trzymała filiżankę, która potem klaskała - o czarnych, kruczych włosach.
O oczach niby otchłań.
Spoglądała na ciebie uważnie, spokojnie, zza czarnej woalki, która częściowo przysłaniała jej twarz. Zupełnie inna niż wszyscy tutaj, nie pasująca - równie wyrwana z kontekstu co ty. Nie wsłuchana w Akihiro, nie błyskająca w jego kierunku swoimi oczyma - zamiast tego spoglądała właśnie na ciebie. I podniosła się, machnięciem dłoni, odganiając pozostałą dwójkę dziewczyn, kiedy Akihiro się podniósł. Nie zwracał na nie żadnej uwagi. Na czarnowłosą też nie. Konrynuował swoją rozmowę z ludźmi, wdając się z nimi w dyskusję. Naprawdę ożywioną dyskusję, zupełnie jakby sprawiało mu to szczerą radość,
ale w jego wypadku nic nie było wiadome na pewno. I kiedy niewiasty wstały i weszły wgłąb kawiarni, półukłonem zaprosiła cię na kanapę, na której Akihiro siedział.
- Długo znacie się z szanownym Shirei-kanem? - Zapytał ktoś, unosząc rękę.
- Bardzo dobre pytanie! - Akihiro spojrzał na ciebie ulotnie. - Należy najpierw zapytać: czym tak naprawdę jest przyjaźń. Ktoś ma jakieś pomysły?

Shijima
 

Re: Świątynia Okami no kami i Dojo szkoły Kame

Postprzez Natsume » 6 gru 2017, o 01:22

Niewiele brakowało, żeby Natsume otwarcie sarknął na słowa Akihiro. Oczywiście, dlatego że podążał za tradycją dawania ofiar bóstwom, od razu niby udowadniał że nie ma on w sobie dostatecznie dużo wiary. Nie żeby od małego podążał za naukami bogów i zawsze oddawał im należną cześć, starając się wcielać nauki religii w swoje życie. Ale nieeee, z pewnością jego jedynym celem było materialistyczne pochwalenie się swoim stanem finansowym. Zdecydowanie.
Nie wiedział, czy słowa Akihiro tylko miały na celu go zirytować, testowały jego cierpliwość, czy były po prostu oznaką jego bezgranicznej ignorancji.
Ale cóż mógł na to poradzić? Patrząc na to, jakim człowiekiem był ten wędrowiec, takim lepiej po prostu przytaknąć i powoli się wycofać. Sam fakt jego istnienia musiał być pokrętnym żartem ze strony bogów. Westchnął więc ciężko, zmęczony swoją bezsilnością wobec buty tego osobnika. Szczerze, to nawet nie bardzo miał ochotę siadać obok niego. Instynkt samozachowawczy Natsumego w obecności Akihiro jarzył się silną czerwienią. Zaufanie komuś tak pokrętnemu jak on było równoznaczne z samobójstwem.
Powoli podszedł i usiadł na drugim krańcu kanapy.
-Chciałbym dowiedzieć się, czemu korzystasz z mojej obecności aby jeszcze bardziej zwiększyć swój wpływ na ludzi wokół - szepnął z lekkim zmęczeniem w głosie, tak by tylko Akihiro go usłyszał. - Równie dobrze mógłbyś sobie poradzić bez całej tej zbędnej pompatyczności, i zignorować moją obecność by po prostu porozmawiać na uboczu.
To chyba było dostateczne oznaczenie, że Natsume dalej mu ufał mniej niż diabłu, prawda?
Gdy otrzymał odpowiedź (albo i nie - cholera wie co temu człowiekowi chodziło po łbie), oparł się trochę wygodniej na kanapie, rozglądając się. I czując się cholernie dziwnie - nie przywykł do siedzenia na czymś takim. Do tej pory w zupełności wystarczała mu możliwość usadowienia się w pozycji seiza, ot, gdzieś na podłodze. Siedzenie przed dużym tłumem i interakcja z nim, gdy samemu znajdował się na wygodnym, dużym siedzisku, było dla niego czymś... dziwnym. Nieznanym. I nie był do końca pewien, czy pożądanym.
"Jeszcze do niedawna byłem po prostu pustelnikiem, cholera. Skąd mam wiedzieć, jak mówić do tak dużej grupy ludzi..."
W czasie, gdy Akihiro mówił o podejściu bogów do ludzi i vice versa (o której to przemowie Natsume miał mieszane uczucia - z jednej strony zgadzał się w stu procentach z jego słowami i samemu lepiej by tego nie ujął, ale z drugiej - wiedział co to ziółko potrafiło robić ze słowami, i nawet mimo szczerych chęci nie potrafił wyjawić wobec niego pozytywnych emocji), młodzieniec spojrzał na chwilę na kobiety które usługiwały przed chwilą Akihiro. Obca uroda, niestandardowe zachowanie... i te same oczy co u Akihiro - wypełnione otchłanią, definicją szaleństwa. Na litość bogów, czemu ostatnio napotykał same dziwaczne istoty? Nie mógł mieć spokojnych interakcji z jednostkami z wysp, tylko musiał mieć do czynienia z... w sumie, to cholera wie z kim?
-Znam go... znamy się... od niedawna - stwierdził spokojnie Natsume, uśmiechając się krzywo. Domyślał się, że Akihiro znów próbował zarzucić jakąś przynętę na ludzi, więc po prostu odpowiedział na pytanie, żeby mogli spokojnie pomyśleć nad jego odpowiedzią, nie siedząc na krawędzi siedzeń w oczekiwaniu na rozwiązanie "zagadki".
Ciekawe, skąd mu nagle przyszło pytanie o przyjaźń. Bo co jak co, ale Akihiro jego przyjacielem ZDECYDOWANIE nie był.
Avatar użytkownika

Natsume
Mocarz
 
Posty: 1251
Dołączył(a): 11 lut 2015, o 23:22
Wiek postaci: 25
Ranga: Kogō, Shimakage
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=199
GG: 6078035
Multikonta: Natsu

Re: Świątynia Okami no kami i Dojo szkoły Kame

Postprzez Shijima » 6 gru 2017, o 11:26

Wyprawa B
If you're gonna play the game, boy, you gotta learn to play it right.
Obrazek
50/∞

Akihiro i jego gry. Plansza szachowa to świat. Figury to zjawiska przedstawione. Stół, na którym je ustawiono jest tym, co nazwaliśmy Wszechświatem. Gracze po obu stronach zostali przed nami ukryci, reguły zaś, choć jasne, zbyt łatwo ulegały zmianom. Dopasowywały się do gry, jaką prowadziliśmy. Ludzie zaś byli niewidocznymi punktami stojącymi na każdym z czarno-białych pól, roszcząc sobie prawa do swojego skrawka ziemi i chcąc je uchować przed kataklizmami. Prędzej czy później jeden z pionków docierał do danego pola. Niektórzy mieli łatwiej, pojawiały się tam tylko pomniejsze pionki, mięso armatnie, które było bardziej przeszkadzajką niż faktycznym narzędziem zwycięstwa. Mądry strateg jednak nigdy nie pozwalał sobie na zlekceważenie nawet pojedynczej, najmniejszej siły, bo czasem to właśnie ona była najbardziej kluczowa. Nie bez powodu to właśnie liche źdźbła trawy nadal trwały na swoim miejscu po silnym sztormie, podczas gdy wiekowe drzewa łamały się jak zapałki. I tak trwaliśmy na jednym z tych pól, czekając na nic innego jak na Śmierć, nadzieją w sercach, że dokonaliśmy wystarczająco wiele, by przeżyć chociaż jeden dzień więcej, kiedy nasze serca przestaną już bić. Nadzieja umierała w końcu ostatnia. Popychali na nas kolejne klęski i zmuszali do wchodzenia w ramiona obłędu, szaleństwa, oczekując, że ze wszystkim damy sobie radę. Nie mieliśmy innego wyboru. Z wszystkich reguł, które zmienić było można, tej jednej nie mogliśmy - tego, że koniec końców, byliśmy tylko zapełnieniem pól, na których bawili się bogowie. Jedyne co mogliśmy osiągnąć to stać się jednym z pionów - kataklizmem, który ma do powiedzenia coś więcej i który może przesuwać się po całej planszy. Od tego, jakiej rangi pionem się staniemy zależało to, jak bardzo się staraliśmy. I jakie linie losu uplotła nam Mojra.
- Myślisz, że potrzebuję twojej osoby, żeby wpłynąć jeszcze bardziej na ludzi, których nigdy więcej nie zobaczę? - Nie spoglądał na ciebie wprost. Nie musiał. Jeśli gracze sterujący szachownicą zostali ukryci, to chociaż jeden z nich się ujawnił. Dlatego lepiej było trwać w cisz. Spoglądając, jak potrafił wpływać na innych, co by się stało, gdyby tu i teraz jawnie go obraził? Byłbyś bohaterem? Nie. Stałbyś się czarną owcą, na którą ci ludzie spoglądaliby z oburzeniem. Tym antagonistą, który staje naprzeciw dobrego, pomagającego im człowieka - co za paradoks, prawda? Przecież to on był tutaj zły. Widziałeś to, doświadczyłeś tego. Pokręcony, zepsuty do granic, nie mający żadnych oporów, nie posiadający żadnych lejców, za które ktoś mógłby go ściągnąć. Robił to, na co miał ochotę i najwyraźniej nie było nikogo, kto mógłby go powstrzymać. Niby kto miałby się odważyć stanąć naprzeciwko niego i wypowiedzieć mu jawną wojnę? Z nim wygrać mogło tylko ostrze miecza, ale czy ta wgrana byłaby satysfakcjonująca? Było tak, jak powiedział - nawet gdyby zginął od czyjegoś ostrza pozostałby w głowie jako mara wędrująca za nim na każdym kroku, wtopiłby się w cień. Tylko skoro był Graczem to by oznaczało, że był nietykalny, prawda? - Słuchaj. Odbieraj. Ucz się. To przedstawienie jest dla ciebie. - Zrozumieć Akihiro, ha! Zdecydowanie łatwiej by to było osiągnąć na uboczu, niż oglądając jedną z jego wielu masek - na pewno fałszywą. Akihiro chyba nawet nie posiadał swojej własnej twarzy, możliwe że dawno ją zagubił w całym tym rozgardiaszu i plątaninie słów i udawanych emocji. Wprawiał w zakłopotanie swoją grą, stawiał granice tam, gdzie sam je wyznaczył - i nie pozostawało ci nic innego, jak zabunkrować się w swoim bezpiecznym pudełeczku, stawiając ściany na tyle mocne, by rozciągliwa jak guma granica Akihiro nie zdołała się przez nią przedrzeć. Co innego stawać naprzeciwko ludziom, których musisz zabić i którzy chcą zabić ciebie, a co innego siadać przed nimi nagim, bez broni, wpatrując się w twarze osób, dla których miałeś stać się Cesarzem. I do nich miałeś się nauczyć przemawiać na co dzień. Dla kogo w końcu miała być ta władza - dla nich czy dla ciebie samego? Obserwator wystawiony na tyle oczu. Teraz to Oni cię obserwowali. I miałeś być im przykładem. Miałeś być im bogiem, prawdą i słowem jakim był dla nich teraz Akihiro. Wszystkie te malutkie punkciki ich żyć, pozornie tak mało znaczące w dłoniach kogoś takiego jak ty... W końcu Ty tu coś znaczyłeś. Byłeś Królową na tym balecie.
- Wierny towarzysz od browara! - Zahuczał jeden z mężczyzn wesoło, biorąc swojego kompana pod pachę.
- Osoba, której można zaufać! - Odezwała się młoda dziewczyna siedząca w pierwszym rzędzie.
- Przede wszystkim ktoś, na kim można polegać i kto powie ci w twarz prawdę, nawet jeśli nie będzie ona miła.
Ludzie zaczęli rozmawiać, spoglądać po sobie, różne zdania dało się z tego wyłapać, ale głównym zainteresowaniem w końcu byłeś Ty sam. Co tu robi Shirei-kan? Po co tu przyszedł? Co masz wspólnego z Akihiro? Akihiro przysłuchiwał się, odpowiadał na pojedyncze zdania, przytakiwał. Wszystkie pojedyncze zdania tworzyły tego definicję. Zebrał ludzi na forum, którzy nie tylko słuchali. Którzy brali czynny udział w dyskusji i zdawali się przy tym świetnie bawić. Każdy chciał zabłysnąć w taki czy nie inny sposób, na wielu twarzach widać było skupienie - śmieszne, bo przecież wydawało się to być niemal dziecinnym zebraniem w kółeczku, by o czymś pomówić, by przedstawić prawdy życiowe, zdawałoby się, całkowicie oczywiste.
- W takim razie... jeśli ufacie mi, rozmawiając tutaj ze mną... to czy JA jestem waszym przyjacielem? - Oczywiście, szach mat jednym zdaniem. Typowe dla czarnowłosego.
Kobieta stała obok ciebie, ale przestała śledzić cię wzrokiem, spoglądała na ludzi, cicha i nie zwracająca na siebie żadnej uwagi. Z takiego bliska nawet przez woalkę można było dostrzec podobieństw do mężczyzny siedzącego obok ciebie. Byli niemal jak dwie krople wody - z tym, że ona była kobietą, a Akihio - mężczyznom i co do tego nie było żadnej wątpliwości. Tak jak i z tej pozycji widziałeś kraniec pochwy katany zawieszonej przy jej boku, skrytej pod ciepłym futrem. Tak, zdecydowanie byłeś teraz bardzo dosłownie otoczony przez dziwne istoty. Akihiro po twojej prawicy, jego bliźniaczka po twojej lewicy - bo jeśli to nie była bliźniaczka to chyba jakiś cud. Cuda zaś, jak wiadomo, zdarzają się, lecz nie warto na nie liczyć.
- Oczywiście, że tak! - Pojawił się krzyk mężczyzny, który uniósł się z siedzenia i uniósł w górę pięść. Nie trzeba było długo czekać na reakcję. - Przyjaciel Hyuo! - Dokrzyczał, spoglądając na ludzi, jakby chciał ich zachęcić, by wykrzyczeli to razem z nim. I wykrzyczeli, wykrzykując potwierdzenia, wznosząc ręce by zaklaskać.
Akihiro spojrzał na ciebie. I nie musiał niczego mówić. To spojrzenie, zdaje się, że mówiło wszystko. Spójrz. Mówił ci to wczoraj, prawda? Nie zawsze musisz mieć dowody, by ludzie uwierzyli w ciebie jako w człowieka. Jeśli powiesz im, że jesteś dobry - oni uwierzą w to, że jesteś dobry. Nikt tu nie żądał żadnych dowodów, dla nich dowodem były słowa.
- Haha, dziękuję wam wszystkim, ale proszę... - Poczekał, aż ludzie się uspokoją. - Gdyby nie Yuki nie byłoby mnie tutaj dziś. - Oho, co to za nowa dziwna bajeczka rośnie? - Macie rację, że przyjaciel to ktoś, kto będzie wam towarzyszył w tych dobrych chwilach - tutaj spojrzał na mężczyznę, który krzyczał o piwie - i tych złych. Ktoś komu możecie zaufać i kto nigdy was nie okłamie. To też osoba, która uratuje waszą duszę, kiedy będzie w potrzebie. Która mimo własnego bólu wyciągnie do was rękę. Ktoś, kto mimo ciężkiej przeszłości będzie szedł do przodu z podniesioną głową i będzie widzieć w nim przykład dla samego siebie - a on będzie widział ten przykład w was. To osoba, która będzie chronić wasze plecy nawet jeśli grunt rozpadnie się pod jej nogami. Przyjaciel to bardzo wyjątkowy człowiek. I to nie ja przez cały ten czas walczyłem o pokój dla tych ziem, a osoba, która siedzi tuż obok mnie. To on jest waszym przyjacielem.

Shijima
 

Re: Świątynia Okami no kami i Dojo szkoły Kame

Postprzez Natsume » 9 gru 2017, o 18:14

I ponownie, mało brakowało, a Natsume parsknąłby śmiechem na słowa Akihiro. Ach, więc wychodziło na to, że nauczał tak swobodnie i prowokacyjnie tylko i wyłącznie dlatego, że postanowił już nigdy nie wracać na Hyuo? Ha, pomyślałby kto. Czyli być może pod przykrywką nauczania zatruwał myśli ludzi, żeby przyjęli bez problemu jego punkt widzenia. Zaszczepić w nich ziarno niepewności. Bo co innego mógłby taki szaleniec jak on robić niewinnym ludziom? Sam Natsume też mu nic nie zrobił, a ten praktycznie wyniszczył mu psychikę, atakował wszystko co było dla niego ważne i w co wierzył.
"... dlaczego ludzie, którzy mają niezwykłe umiejętności i mogą się nimi podzielić, muszą mieć tendencję do wywoływania we mnie chęci mordu?" - pomyślał, kładąc łokieć na oparciu siedziska i wspierając swój policzek na zaciśniętej w pięść dłoni. Faktycznie, póki co wszystkie osoby, które czegokolwiek go nauczyły, robiły to w sposób jak najbardziej uwłaczający jemu samemu. Najpierw Zjawa, który nauczył go samurajskich sztuk szermierczych poprzez praktyczne wgniecenie go w piasek, następnie tygrysy które potraktowały go halucynogenną miksturą która jeszcze bardziej rozregulowała jego metabolizm, a teraz to - koleś, który mógł nauczyć go jak się przemawia i rozumie ludzi, ale przy tym zaatakował jego psychikę i wiarę. I jak tu wyspiarz ma zachować cierpliwość? Standardowy mieszkaniec Kantai po czymś takim po prostu rzuciłby się na niego z bronią. Wyspiarski temperament. W takich momentach młodzieniec trochę narzekał na fakt, że jest zbyt cierpliwy.
Serio, jak ma się czegoś nauczyć od człowieka, któremu nie ufał za grosz i najchętniej zrobiłby mu coś złego?
Ponownie (jak już wielokrotnie przez te dwa dni, gdy miał (nie)przyjemność zadawania się z Akihiro) odetchnął kilka razy, by uspokoić swój zimny gniew, po czym faktycznie skupił się na przysłuchiwaniu się ludziom. Są rzeczy ważne i ważniejsze.
Co człowiek, to inna opinia. Było tego od cholery, i ciężko było zrozumieć i przyswoić sobie wszystkie z nich. Być może o to chodziło w perswazji? Pamiętać, że nie można dogodzić każdemu i mieć w świadomości to, co sam wcześniej pomyślał przy kapliczce Watatsumi? "Opinia jest jak rzyć, każdy ma swoją"?
Wciąż nie potrafił jednak zrozumieć, dlaczego wszyscy zdawali się znakomicie bawić przy całym tym rozgardiaszu. Czy fakt dzielenia się opinią był dla nich tak przyjemny?
Patrzenie na ludzi było faktycznie pouczające. Sam Yuki, wychowany na zasadzie "misja jest najważniejsza, swoją opinię zachowaj dla siebie", miałby problem z takim zwyczajnym wyskakiwaniem ze swoim zdaniem na różne tematy. Po prostu łatwiej było podążać za poleceniami. Nie uczono go myśleć za samego siebie. Był shinobi. Miał być skuteczny, nie zapakowany wątpliwościami.
I dlatego teraz czuł się dziwnie, wystawiony na taką swobodną rozmowę.
O ile można nazwać swobodną rozmową ich gaworzenie, przerywane komentowaniem jego obecności.
Młodzieniec uśmiechnął się lekko, patrząc wokół i słuchając. I ponownie (który już raz dziś) powstrzymał się od parsknięcia śmiechem, gdy Akihiro spytał "czy jest on ich przyjacielem". Natsume bez zawahania odparłby "nie".
Otworzył szeroko oczy, widząc że pozostali odpowiedzieli twierdząco, i to ze znaczącym entuzjazmem.
... Co.
Po prostu tam siedział, rozmawiał, niektórych objeżdżał z góry na dół jak bure suki. A oni z taką chęcią przyjmowali go do siebie, traktując jak kompana?
Jak potężnym narkotykiem były dla nich jego słowa?
Młodzieniec podniósł się z kanapy, zastanawiając się co zrobić. Z jednej strony, tak niebezpieczny człowiek jak on naprawdę powinien zostać wyeliminowany. Natychmiast. Ludzie potrafiący zatruwać czyjeś myśli samym swoim jestestwem byli zbyt groźni, by można ich było pozostawić poza smyczą. Ale z drugiej... gdyby zareagował nieodpowiednio, mógłby wściec wszystkich ludzi, którzy tak chętnie teraz skandowali jego słowa.
... chyba naprawdę trzeba będzie pomyśleć nad systemem edukacji na wyspach.
Młodzieniec pokręcił głową, znów siadając na kanapę. Naprawdę nie wierzył w to, co widział. Czy ludzie to naprawdę istoty tak proste? Aż do tej pory (bazując na swoim przykładzie) nie wierzył, że ot tak, bez dowodów, można było wmówić ludziom coś, co na dłuższą metę mogłoby im tylko zagrozić. Okazało się, że Akihiro miał jednak rację. Znowu. Natsume czuł się tak, jak gdyby stracił wiarę w ludzką psychikę.
Wtedy usłyszał kolejne słowa Akihiro, podniósł głowę i spojrzał w jego kierunku z zaskoczeniem. I lekką podejrzliwością. Co on znowu wymyślił?
Czy on właśnie stwierdził, że to jemu powinni wierzyć, a nie Akihiro?
"Gdzie jest haczyk?"
Młodzieniec skupił swoje spojrzenie na wędrowcu, patrząc się na niego pytająco. Dlaczego mu pomógł? Przecież przez cały czas Natsume nie potrafił z siebie wykrzesać nawet grama sympatii wobec mężczyzny, parę razy zwracając się do niego prawie wrogo. I myślał o nim bardzo wrogo. Jaki więc miał w tym cel, żeby przedstawić Yukiego w dobrym świetle, gdy przecież ze swoimi wpływami mógłby nawet namówić mieszkańców Hyuo na rewoltę i po prostu zabić Natsumego tu i teraz?
Co mu, do chuja pana, chodzi po głowie?
Równie zdziwiony jak (zapewne) większość, młodzieniec zwrócił głowę w kierunku tłumu i westchnął ciężko, drapiąc się po potylicy.
-... nie przywykłem do przebywania w centrum uwagi - powiedział z lekkim uśmiechem zakłopotania. - Nie nazwałbym się również tak sprawnym mówcą jak siedzący tu Akihiro, więc możliwe, że będziecie zawiedzeni moim, pożal się Kuraokami, wystąpieniem. Ale teraz, siedząc między wami, byłem przynajmniej w stanie zrozumieć o was trochę więcej, i cieszę się z tego.
Znów wstał z kanapy i zaczął się powoli przechadzać. Gdy mówił podczas chodzenia, czuł się trochę spokojniejszy.
-Przyjacielem jest człowiek, który spróbuje pomóc nawet, gdy sprawa wydaje się beznadziejna. Wyciągnie rękę, gdy będzie się spadać. Spróbuje zrozumieć i zaakceptować nawet, gdy inni będą wątpić. Ktoś, komu można zaufać i podzielić się swoimi wątpliwościami. Ktoś, kto będzie walczyć o wasze dobre imię. Przynajmniej tak to rozumiem osobiście. Każdy może na to spojrzeć nieco inaczej, ale każda opinia się liczy. Tak jak każda osoba. W końcu - tu spojrzał z krzywym uśmiechem na Akihiro - w obliczu bogów, przy świątyni Kuraokamiego, wszyscy jesteśmy równi, prawda?
Zatrzymał się i spojrzał na wszystkich, uśmiechając się z lekkim smutkiem.
-Nie wiem, czy zasłużyłem na tytuł waszego przyjaciela. Sytuacje, w których znajdowaliśmy się przez błędy, które popełnili zarówno moi poprzednicy, jak i ja, często stawiały nas wszystkich w trudnościach. Wojny. Utarczki. Przewroty. Przelewana krew. Przez głupie błędy liderów, które później wyniszczały ich od środka, najwięcej cierpieliście wy, ludzie którzy niczego nie zawinili.
Ruszył dwa kroki w bok, wciąż patrząc na obecnych. Uśmiechnął się, tym razem weselej, i uniósł ręce, jak gdyby chciał nimi objąć wszystkich obecnych.
-Ale jednak przetrwaliśmy. Wszyscy. Wyspy przetrwały wszystko, co los na nas rzucał. Nie dlatego, że mieliśmy szczęście, czy otrzymaliśmy pomoc od kogo innego. Przetrwaliśmy dlatego, że to wy jesteście silnymi, nieugiętymi ludźmi, którzy potrafią widzieć światło nawet w ciemnościach nocy, i którzy gotowi są walczyć o swoje. Nie błagaliśmy o wolność - walczyliśmy o nią. Wasza wiara i siła jest czymś, czego nie da się zastąpić. Potraficie zrozumieć, gdy jest to potrzebne, walczyć o dobre imię tego, w co wierzycie. Pomagacie nawet wtedy, gdy sytuacja wydaje się być bez wyjścia.
Opuścił ręce.
-Wasz duch sprawia, że to was traktuję jak przyjaciół. Wszystkich mieszkańców Hyuo. Gdy zostałem liderem, obawiałem się że nie będę w stanie podołać temu wszystkiemu. Ale myśl, że mogę na was wszystkich polegać, niósł mnie naprzód. To dzięki wam teraz jesteśmy tutaj, ciesząc się świętem.
Poczekał chwilę, przechadzając się powoli na boki, i patrząc na reakcje ludzi. Czy jego słowa były w stanie do nich dotrzeć? Czy ludzie byli w stanie zaufać mu tak, jak ufali Akihiro? Chciał zobaczyć ich twarze. Co wyrażały. Jakie myśli przedstawiały.
-Gdy traciłem wiarę, to wy mnie wyciągaliście. Myśl, że istnieją ludzie którzy we mnie wierzą, daje mi nadzieję na ujrzenie Hyuo i Kantai w swej złotej erze. To waszą zasługą jest pokój, w którym jesteśmy. My, jako shinobi, w trakcie wojny byliśmy niesieni waszą niezłomną siłą. I dlatego pragnę wam coś obiecać.
Sięgnął dłonią do guzików płaszcza i odsłonił część swojej pokrytej siatką blizn klatki piersiowej. Był to gest zaufania.
-Jeśli upadniecie, podniosę was. Jeśli stracicie wiarę, pokrzepię was. Jeśli ktoś was zrani, w waszym imieniu odpowiem całym swym gniewem. Jeśli ktoś uniesie na was miecz, przyjmę kolejne blizny, by was zasłonić. Choćbym miał postradać życie w waszym imieniu, zrobię to z uśmiechem na ustach. W zamian proszę tylko o jedno.
Zapiął płaszcz, stanął przed nimi i lekko się ukłonił.
-Przyjmijcie mnie na swego przyjaciela, tak jak i wy jesteście nimi dla mnie.
Avatar użytkownika

Natsume
Mocarz
 
Posty: 1251
Dołączył(a): 11 lut 2015, o 23:22
Wiek postaci: 25
Ranga: Kogō, Shimakage
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=199
GG: 6078035
Multikonta: Natsu

Re: Świątynia Okami no kami i Dojo szkoły Kame

Postprzez Shijima » 9 gru 2017, o 19:03

Wyprawa B
If you're gonna play the game, boy, you gotta learn to play it right.
Obrazek
52/∞

Świat był banalnie zbudowany. Rządziły nim proste zasady, które mocno przyswoiłeś, które były dla ciebie klarowne,
jasne i zrozumiałe - to ludzie nimi manipulowali, zmieniali je i dostosowywali do swoich potrzeb. Wszystko po to, by pokrętne, ludzkie ścieżki, znalazły się na tej samej, prostej drodze, by brat nie zabijał brata i nie żądał posiadania żony bliźniego swego. Zasady, które przyszło spisać i potwierdzić i tobie, pnąc się po drodze do nowego stworzenia. Do wyśnionego Cesarstwa. Wszystkie te istoty, przez które leżałeś twarzą na piasku, koniec końców były ci życzliwe. Żadna z nich nie chciała twojego trwałego, celowego zranienia i temat ten, jak słodki miód, ciągnął się za tobą już od początku tej wycieczki. od pierwszego zetknięcia się z oczami Akihiro. Namolna i nawracająca. Naprawdę pragnąłeś go zabić, pozbyć się go, ale jednocześnie chciałeś się czegoś od niego nauczyć - od tego człowieka, który nazwał cię swoim przyjacielem. Czy to słowo cokolwiek dla niego znaczyło? Dla osoby, która żonglowała słowami tak, jak klaun w cyrku żonglował kolorowymi kuleczkami? Czasami bolały oczy, kiedy robił to za szybko, zaczynały mieszać ci się barwy i przestałeś dostrzegać, która piłeczka jest którą. Tutaj zaś, gdy przestawałeś rozumieć, które słowo jest którym, zaczynałeś czuć mocne zagrożenie.
Najgorsze było to, że czułeś je cały czas. Ono się tylko czasami minimalnie zwiększało z tendencjami raczej do zwiększania,
gdy nie byłeś w stanie przewidzieć jego następnego ruchu. Wydawało ci się, że zaczynasz powoli rozbrajać go na kawałki,
rozumieć i sam zaczynałeś z wolna stosować jego nauki w praktyce, aby potem za każdym cholernym razem pojmować,
że nigdy nie będziesz w stanie dotrzymać mu kroku. Nie temu jednemu człowiekowi. O ile był człowiekiem. Ciągle spoglądałeś na jego plecy, a on tylko co chwila oglądał się na ciebie, z lekkim uśmiechem i wystawiał swoją dłoń, jak do małego, niesfornego dziecka, poruszając palcami, by zaprosić cię do dołączenia. Więc biegłeś. Z pulsującym sercem, z szumiącą w żyłach krwią, która wyrywała się do tego, by sięgnąć w końcu po miecz, ale - biegłeś. I bieg ten był owocny.
Z minuty na minutę, z godziny na godzinę, biegłeś coraz szybciej i szybciej, galopując za własnymi myślami, starając się przegonić myśl tłumu i wybiegać naprzód. Na tym polegała cała ta sztuka, prawda? Zupełnie jak w walce. Na przewidywaniu i zdolności szybkiej improwizacji.
Widziałeś entuzjazm w oczach wszystkich wokół, widziałeś ich zaangażowanie, różne emocje - tam radość, śmieszki, tutaj pełna powaga, tam tendencje do wątpienia - wszyscy oni jednak się udzielali - nie wszyscy mówili, oczywiście, że nie -
ale wszyscy podążali za Akihiro i ludźmi wokół swoimi myślami. Akihiro zrobił coś znacznie bardziej przerażającego niż odcięcie tym ludziom głowy - zdobył ich serca, ich myśli. Ich dusze. I wystarczył teraz jeden nieuważny krok, a ci ludzie, zamiast żądać głowy osoby, która ich zmanipulowała, żądaliby twojej. Czy to nie była paranoja? Podniosłeś się i od razu kobieta, która przy tobie stała, wychyliła się nieco naprzód. Nie zagradzała ci drogi, ale miałeś ją w polu widzenia --
i to, jak położyła dłoń na rękojeści katany, zasłaniając ten gest i broń całym swoim ciałem przed ludźmi. Akihiro na was nawet nie zerknął. Jakby w sumie nie interesowało go to, czy teraz sobie stąd pójdziesz, a mimo to wyczułeś na sobie jego spojrzenie, kiedy liznął was ciemnymi oczyma. Najwyraźniej on się nie bał - jego siostra bliźniaczka miała jednak inne mniemanie o tobie i o tym, co potrafiłeś zrobić. Czy to znaczyło, że tam, przy kapliczce, też wcale nie był bezbronny?
Przede wszystkim - że nie był sam? Teraz można było jedynie gdybać, kiedy byliście tu i teraz - tak samo można było gdybać na temat tego, jak Akihiro naprawdę jest bezbronny i czy po prostu dałby sobie wbić miecz w trzewia, czy nie pozostałby obojętny na atak. Myśli, myśli... a tu należy grać ostrożnie. Zagranie mieczem byłoby grą przegraną. Nie pomogłaby nawet satysfakcja z tego, że ściąłeś mu głowę. Temu cholernie irytującemu mężczyźnie.
Wreszcie mężczyzna odwzajemnił twoje spojrzenie i uśmiechnął się, zachęcająco, całkiem przyjaźnie i szczerze, kiwnąwszy na zachętę głową. Znów nie potrzebował żadnych słów - wydawało się, że doskonale wiadomo, co chodzi mu po głowie.
Błąd. Nigdy nie było wiadomo, o co mu tak naprawdę chodzi. Naturalnym stanem rzeczy było zwątpienie, szukanie podpuchy, jakiegoś haczyka, który byś pochwycił, by odkryć, że zostałeś wyciągnięty ze swojego bezpiecznego otoczenia i wrzucony na deskę - prosto na rzeź. Nic takiego się jednak nie stało. Podniosłeś się i sprawa była prosta - albo teraz, albo nigdy. Dostałeś cały tłum, który zdążył się nazbierać, blokując ulicę, a przez to jeszcze więcej ludzi się zatrzymywało,
ciekawych, co się tutaj dzieje - otworzony, ale wciąż piękny prezent, skupiony tylko na tobie, który ucichł, chyba cichła cała ulica, w oczekiwaniu na to, co powiesz. Przygotowani, z otwartymi sercami, czekający na słowa kogoś, kto powinien zostać ich przyjacielem. Na ciebie. Czy Akihiro planował to już tam, pod kapliczką? Czy od początku wiedział,
kim jesteś i tylko się zgrywał, kiedy mówił o przedstawieniu się? Czy to wszystko było jedną, pieprzoną grą? Tylko w końcu dla kogo była ta gra?
Tak, ta jedna myśl, która cię prześladowała w stosunku do wszystkich, którzy cię uczyli...
Świat łamie każdego. Później jednak wielu twardnieje w złamanych miejscach.
Byłeś jednym z tych wielu.
- Proszę się nie przejmować! - Zachęcił ten sam, rubaszny głos, który odezwał się tu już wiele razy.
- Pochlebiasz mi, Przyjacielu. - Głos Akihiro brzmiał aż nad wyraz miękko, ciągle się zresztą uśmiechał. Zupełnie jak ktoś, kto cieszy się z podarowanego prezentu. Ale czy to do tego człowieka nie pasowało? Traktowanie ludzi przedmiotowo?
Koniec końców jego manipulacje... przyniosły coś dobrego. Naprawdę dobrego. - W pełni się zgadzam. - Przytaknął ci czarnowłosy.
Ludzie słuchali. Tłum słuchał cię w zupełnej ciszy, a była ona jeszcze głębsza, niż wtedy, kiedy Akihiro z nimi rozmawiał.
Cała ulica zdawała się zamrzeć w kompletnym bezruchu, spijając słowa z twoich ust. Niemal widziałeś w ich oczach,
jak mocno biją ich serca. Dla ciebie. Widziałeś inspirację, którą się stajesz, natchnienie, kiedy ich dusze stawały się większe i każda z myśli skierowana była do ciebie z podziwem. Bo myśli własnych zabrakło. Każda samoistna myśl zastępywana była twoimi kolejnymi słowami, zdaniami, twoim grzmiącym głosem, który był tu jedynym przerwaniem ciszy absolutnej. Twoje gesty, twoje spojrzenia.
Ty.
Jeśli Watatsumi naprawdę istniał, to właśnie musiał stać i trzymać dłoń na twoim ramieniu. Musiał spoglądać na ciebie z dumą i... uśmiechać się, całkiem szczerze, cieszą się z oferowanego ci prezentu. Musiał być dumny, że Ty, pobłogosławiony jego mądrością, przełamałeś samego siebie. Wyszedłeś naprzeciwko sobie samemu, wykroczyłeś poza granicę własnych ograniczeń i wysunąłeś się z cienia, zamieniając się w Słońce. Miałeś być blaskiem dla tych ludzi, ich głosem rozsądku,
ich mądrością i dobrocią, miałeś pokazywać im dobrą drogę i samemu nią kroczyć, by nikt w ciebie nie zwątpił. I oto jesteś.
Tak właśnie jeden z tygrysów przeobraził się w Byako.
Tłum oszalał.
Ludzie zaczęli krzyczeć, płakać, wiwatować na twoją cześć - podnieśli się z ziemi, ci, którzy stali, podeszli bliżej, dziękując ci, wykrzykując twe imię - mężczyźni złapali cię i wynieśli na rękach ponad swoje głowy.
Witaj, Cesarzu.
Niech błogosławione będzie twe dobre imię...
Przyjacielu.

Shijima
 

Re: Świątynia Okami no kami i Dojo szkoły Kame

Postprzez Natsume » 10 gru 2017, o 17:24

Jeśli już się powiedziało "A", trzeba też powiedzieć "B", jak to mawiają mędrcy tego świata. Teraz, kiedy już wstał i zaczął swoją krótką mowę, wypadało w pełni wyrazić to, co się chciało powiedzieć, i pociągnąć to do końca. Przymknął na sekundę oczy, układając sobie myśli w odpowiedniej kolejności, i odetchnął kilkukrotnie, starając się podejść do tego jak najspokojniej. Mógł sobie być przyzwyczajony do walk, ale wystąpienia przed taką ilością ludzi zawsze przysparzała mu sporo nerwów. W końcu nigdy nie wiadomo, jak zareagują na jego zachowanie, prawda?
Na szczęście wychodziło na to, że ludzie chcieli posłuchać tego, co miał do powiedzenia. Potwierdził to ten mężczyzna z tubalnym głosem, który odezwał się już kilkukrotnie podczas rozmowy z Akihiro. Sam wędrowiec również najwidoczniej chciał zobaczyć, co Yuki będzie w stanie wskórać podczas tego krótkiego czasu swojego wystąpienia. Może chciał po prostu zobaczyć, czy Natsume podoła presji mowy i zdoła w jakiś sposób przekonać ludzi do siebie, w podobny sposób jak zrobił to on?
Cóż, tu różnica była taka, że jego słowa padły na podatny grunt. Przygotowany uprzednio przez tajemniczego czarnowłosego, który swoją charyzmą otworzył umysły ludzi na przemowy. Natsu pewnie będzie musiał się jeszcze nauczyć, jak uzyskać taki efekt. Ale przynajmniej tyle, że zaczynał rozumieć o co w tym wszystkim chodzi.
Kontynuował swoją przemowę, ostrożnie dobierając słowa i gesty. Nie chciał żeby jego wiadomość została przez nich wszystkich odebrana inaczej, niż on sam chciał to przekazać. I sądząc z reakcji ludzi, ich zasłuchania, a później eksplozji emocji, chyba mu to nawet wyszło.
Czy był Słońcem? Wątpił. Co najwyżej lampą. Ale czy w ciemnościach nawet lampa nie jest niezwykle użyteczna?
-... tego się nie spodziewałem - powiedział, bardziej do siebie niż do tłumu, który i tak w całym tym gwarze raczej by tego nie usłyszał. Ale przy tym się uśmiechał. Wyglądało na to, że został zaakceptowany.
Poczekał, aż ludzie go opuszczą z powrotem na ziemię, i uśmiechnął się do nich wesoło.
-Dziękuję wam. - z tymi słowami wykonał salut wojsk cesarskich, po czym zwrócił się w kierunku Akihiro, pokazując że chciałby z nim porozmawiać na osobności.
-Wygląda na to, że jestem ci winny podziękowania - powiedział spokojnie, krzyżując ręce na piersi. - Ale przy tym chciałbym się spytać... czy planowałeś to od początku?
Avatar użytkownika

Natsume
Mocarz
 
Posty: 1251
Dołączył(a): 11 lut 2015, o 23:22
Wiek postaci: 25
Ranga: Kogō, Shimakage
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=199
GG: 6078035
Multikonta: Natsu

Re: Świątynia Okami no kami i Dojo szkoły Kame

Postprzez Shijima » 10 gru 2017, o 19:56

Wyprawa B
If you're gonna play the game, boy, you gotta learn to play it right.
Obrazek
54/∞

Pewniej wiedzy nie dało się przekazać słowami. Musiała ona zostać poznana na własnych doświadczeniach, należało ją zasmakować tak, jak smakowało się ramen, onigiri. Jak smakowało się wina. Inni mogli ci powiedzieć, jaki posiada aromat,
jaką barwę, z którego roku pochodzi i z jakich winorośli je stworzono. Możesz sobie wyobrażać, jak rozpływałoby się na krańcu twojego języka, ale nigdy nie dowiesz się, jakie jest naprawdę, dopóki go nie zakosztujesz. Rozpływało się wtedy w ustach. Napełniano satysfakcjonującym poczuciem spełnienia, zrozumienia i myślą: oh..! Jest lepsze, niż się spodziewałem..! To był właśnie ten rodzaj nauki. Nie pozostawiał cię z niczym i z niesmakiem. Nie mogłeś powiedzieć ani samemu sobie, ani Akihiro, że chciałeś czegoś więcej, czegoś lepszego. Dostałeś wszystkie narzędzia, Synu, po prostu bardzo mądrze z nich skoryzstałeś i postarałeś się, by to wino, którego spróbujesz, było na pewno lepsze, niż opowiadali. Tak silne, by upijać wszystkich wokół, by ludzie nie chcieli już żadnego innego trunku, tak aromatyczne, by przepadli dla tego smaku, tak czerwone, by tylko ono przyciągało uwagę w całym tym balejażu barw.
Nikt nie usłyszał już twoich słów. Zaginęły w tym wiwacie i ogólnej radości. W sławieniu twojego imienia i wiwacie na twoją cześć. To dopiero maleńki krok w drodze do władania całymi Wyspami, ale była to dobra droga. Czułeś wyraźnie, że jest to droga, która otwierała przed tobą możliwości o wiele szersze, niż zwykłe władanie mieczem. Mogłeś rządzić twardą ręką,
cieniem kata. Lepiej było jednak być płomieniem w ciemności, czyż nie? Nawet jeśli nie słońcem - to płomieniem na tyle wyrazistym, by wszyscy chcieli do niego lgnąć. Masz rację, tutaj było łatwiej. Wszystkie te umysły i serca zostały dla ciebie otworzone, ale byłeś tutaj, słuchałeś, uważałeś - ludziom niewiele potrzeba było do szczęścia. Wystarczyło zainteresowanie,
wystarczyło dać im poczucie, że wszystko skupia się na nich i złączyć każdą pojedynczą myśl w całość, by stworzyć z nich społeczeństwo. Tylko? . Nie przejmuj się, ta wiedza przyjdzie z czasem. Przed tobą drzemało jeszcze wiele wyzwań. Największym będzie sama koronacja, ale do nich też będziesz mógł się uważnie przygotować. Przemyśleć to wszystko, ułożyć sobie w głowie. Czas przychodził dla wszystkiego i wszystkich, jeśli tylko dało mu się taką szansę.
Ludzie w końcu odstawili cię na ziemię, pokłonili się głęboko, zasalutowali po raz ostatni z okrzykiem twojego imienia na ustach i powoli zaczęli się rozchodzić. Powolutku. Większość nadal stała i rozmawiała ożywionymi głosami.
Odwróciłeś się do tyłu, jednak Akihiro nie siedział już na kanapie. Kanapa była całkowicie pusta - stał jednak parę kroków dalej ze swoją bliźniaczką, która podpierała go lekko. Najwyraźniej jednak twoje słowa do niego dotarły, bo skinął swojej siostrze z uśmiechem, a potem machnął na ciebie lekko głową, zapraszając do spacerku. Kto to widział, hah, tak traktować samego Cesarza...
Typowy Akihiro.
Oddaliliście się kawałek od tłocznej ulicy, schodząc jedną z dróżek na ubocze. Miasto było cudownie oświetlone. Powoli zaczynało zmierzchać i latarnik już rozpalił światła w tej części miasta. Wyglądały jak tysiące gwiazdek zawieszonym między budynkami.
- Pytasz, czy planowałem to od momentu, gdy dojrzałem przypadkowego wiernego pod kapliczką Watatsumiego, czy może czy planowałem to od momentu, kiedy okazał się przyszłym Cesarzem? - Uśmiechnął się lekko. - Tego nigdy się pewnie nie dowiesz. To będzie mój jeden, mały sekret, jaki będę miał przed tobą. - Było coś smutnego w jego uśmiechu, może przez to wydawał się tak szczery? Taki sam uśmiech posłał ci, kiedy zaprosił cię do przemawiania do ludu. - Wiem, że nie myślisz o mnie dobrze. Pewnie masz mnie za zupełnego świra, czy innego psychola. - Zaśmiał się krótko z rozbawienia, spoglądając na ciebie.

Shijima
 

Re: Świątynia Okami no kami i Dojo szkoły Kame

Postprzez Natsume » 10 gru 2017, o 21:19

Natsume uśmiechnął się krzywo - jak już prawdopodobnie wielokrotnie tamtego dnia - i parsknął cichym śmiechem. Cóż, tradycyjnie Akihiro nie zamierzał udzielić żadnej sensownej odpowiedzi, pozostając tylko przy półsłówkach i domysłach. W sumie, czego on się po nim spodziewał? Że tak po prostu powie co tak naprawdę mu chodziło po głowie? Pobożne życzenie. Ale przy tym ponownie wykazał się dobrą umiejętnością obserwacji - zauważył, że Natsume nie żywił wobec niego zbyt dużej sympatii. Nie żeby młodzieniec to jakoś specjalnie ukrywał, ale i tak. Niektórzy by tego zupełnie nie zauważyli.
-Cóż, skłamałbym gdybym powiedział że było inaczej - stwierdził ze śmiechem. - Przez długą chwilę zastanawiałem się nad tym, dlaczego w ogóle ktokolwiek pozwolił tak niebezpiecznemu i szalonemu człowiekowi jak ty w ogóle chodzić wolno. Ale, czy możesz mnie oskarżyć o niesłuszność? Przecież sam mi dawałeś ku temu powody. Zaciskanie umysłu w żelazną obręcz, praktyczne wgniecenie w piach - a wiesz, jak dumni bywają wojownicy. Poza tym, sam powtarzałeś że ufanie Tobie to najgorszy błąd jaki mógłbym popełnić.
Sięgnął po butlę z sake, którą nosił przypiętą przy pasku, pociągnął z niej mały łyk (z ostrożności nigdy nie pił zbyt dużo, żeby nie dać się rozproszyć stanem upojenia) i wyciągnął dłoń z butelką w kierunku Akihiro.
-Ale nawet mimo tego że ciężko mi wysupłać z siebie pozytywne emocje wobec Twojej osoby, muszę przyznać że kontakt z Tobą dość sporo mnie nauczył. Przez złamanie mojej dumy otworzyłeś mi też oczy na kilka spraw, które mogą mi być potrzebne... no, później. I za to masz moją wdzięczność.
Avatar użytkownika

Natsume
Mocarz
 
Posty: 1251
Dołączył(a): 11 lut 2015, o 23:22
Wiek postaci: 25
Ranga: Kogō, Shimakage
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=199
GG: 6078035
Multikonta: Natsu

Re: Świątynia Okami no kami i Dojo szkoły Kame

Postprzez Shijima » 11 gru 2017, o 10:34

Wyprawa B
If you're gonna play the game, boy, you gotta learn to play it right.
Obrazek
56/∞

Teraz zaś zastanawiałeś się na głos, rozmawiając z nim całkowicie otwarcie, bez najmniejszej gwarancji, że mężczyzna zaszczyci cię tym samym. Wiedział o tobie wiele. O wiele za dużo niż jakikolwiek człowiek chciałby, by druga jednostka o nim wiedziała, zwłaszcza po jednej rozmowie. Ta była dopiero drugą. Najgorsze w tym wszystkim był to, że kopał w wadach, które naturalnym torem rzeczy w pierwszym kontakcie były zakrywane przez zalety. Te pozytywne strony również dostrzegał, jak najbardziej, po prostu negatywy w ludziach były zbyt... kuszące. Jeśli on był magnesem - one były metalem, które się do niego przesuwały. I tak wyciągał z ludzi to, co chciał. Coś pozytywnego, coś negatywnego - przebierał w palecie ludzkich cech, kiedy już je wyskrobał z wnętrza osoby, z którą miał do czynienia. Najlepiej było przyjąć przy nim taktykę "nie przejmuję się". Nawet jeśli nie odpowie, jeśli będzie zwodził - lepiej było nie wchodzić z nim w dyskusję na ten temat. Robić swoje, mówić swoje i zostawiać za plecami to, co on chciał zostawić. Wszak - walka z nim na słowa? Och nie...
- Szalony! - Akihiro zaśmiał się, powtarzając za tobą to słowo, a jego dźwięk przyjemnie dźwięczał w uszach. -
Jestem zupełnie niegroźnym, szukającym swojego miejsca w życiu, człowiekiem. - Wyjaśnił usłużnie, bardzo rozbawiony tymi słowami - w ten pozytywny sposób. Ucieszyły go, chociaż wątpliwe, że to dlatego, że lubił, kiedy ludzie wyzywali go od szaleńców. Coś w twojej wypowiedzi było takiego, że nie uznał tego za obelgę. - Droczyłem się tylko z tobą. Gdybyś rzeczywiście uznał mnie za takiego niegodnego zaufania, to zabiłbyś mnie tu i teraz, by chronić swoich ludzi i swoje sekrety. - Spojrzał na butelkę, którą wyciągnąłeś w jego kierunku i wysunął spod swojej skóry ręce w jej kierunku.
Sęk w tym, że były to ręce pozbawione dłoni. Bez problemu złapał kikutami butelkę i uniósł ją do ust, upijając solidny łyk,
by zaraz zwrócić ci naczynie.
- Przed tobą koronacja, Przyjacielu. Przygotuj się do niej dobrze. Będę cię obserwował. - Uśmiechnął się enigmatycznie, kierując wzrok przed siebie. - Nie niosę złych zamiarów do nikogo. Są tylko ludzkie, złe życzenia i zamiary, które sprawiają, że słowo staje się ciałem. Nie jestem katem, który wyczekuje cierpienia. Chociaż może masz rację. Może już stałem się zwyczajnie szalony. - Uniósł wzrok do nieba. - I naprawdę wierzę, że będziesz wspaniałym Cesarzem.

Shijima
 

Re: Świątynia Okami no kami i Dojo szkoły Kame

Postprzez Natsume » 11 gru 2017, o 13:57

Młodzieniec przewrócił oczami, ponownie się uśmiechając z ledwo wyczuwalną nutą ironii w wyrazie twarzy. "Zupełnie niegroźny", ehe. Człowiek, który potrafił bez najmniejszego problemu wpłynąć w aż takim stopniu na duży tłum mógł być nazwany na różne sposoby, ale słowo "niegroźny" nie pasowało tutaj w żadnym wypadku. Istniało wielu ludzi w historii, którzy na pierwszy rzut oka wydawali się być normalnymi osobami poszukującymi spokojnego życia, by nagle - tylko za pomocą swojej charyzmy - wywrócić świat na drugą stronę. Przecież czy sam Antykreator nie był bliski doprowadzenia do apokalipsy shinobi, korzystając tylko ze swojej charyzmy i umiejętności? Dopiero później, w drugiej wojnie, wykazał się też siłą i talentem ninja. Za pierwszym razem tylko zdołał nastawić połowę świata przeciwko sobie.
Dlatego właśnie ludzie z charyzmą są najgroźniejsi. Nieważne, jak wielką siłę osobistą dzierży jednostka, jeśli nie ma poparcia ze strony społeczeństwa - jest nikim.
-Ewentualnie mogłem Cię uznać za przydatnego nauczyciela, i tylko dlatego Cię nie zabiłem - powiedział z uśmiechem. Uśmiechem najniebezpieczniejszym, bo wyrażającym tylko serdeczność, bez śladu groźby. - Kto wie, w jakim kierunku podążają ludzkie umysły? Chyba tylko bogowie potrafią to zrozumieć w pełni.
Oczy młodzieńca na chwilę spoczęły na rękach Akihiro. A właściwie na kikutach bez dłoni. Miał ochotę zmarszczyć brwi, ale powstrzymał się. Obrócił też spojrzenie, nie chcąc wyjść na nieuprzejmego przez swoje wpatrywanie się. Zastanawiał się jednak, jak to się stało. I czy on przypadkiem nie miał dłoni jeszcze dwa dni temu, gdy rozmawiali pod kaplicą w Hanamurze, czy był zbyt wściekły i rozbity by zauważyć kalectwo wędrowca?
Przyjął gurdę z sake z powrotem i przypiął ją do paska. Znów się uśmiechnął i pokręcił głową.
-Przez te dwa dni wystarczająco już się zastanawiałem nad tym, kim jesteś. Wiele z tego co myślałem mogło być błędem. Dlatego pozwolisz, że nie będę już oceniać tego czy jesteś szaleńcem, czy po prostu wędrowcem z niezwykłym talentem krasomówczym.
Zwrócił swoje złote oczy na Akihiro i kiwnął głową.
-Chciałbym, aby to się spełniło - powiedział z zamyślonym tonem. - Mam nadzieję, że z pomocą ludzi i bogów będę w stanie poprowadzić wszystkich tych ludzi do dobrobytu. Aby już nikt nie musiał cierpieć tak, jak ja kiedyś. Teraz jest to mój główny cel.
Avatar użytkownika

Natsume
Mocarz
 
Posty: 1251
Dołączył(a): 11 lut 2015, o 23:22
Wiek postaci: 25
Ranga: Kogō, Shimakage
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=199
GG: 6078035
Multikonta: Natsu

Re: Świątynia Okami no kami i Dojo szkoły Kame

Postprzez Shijima » 11 gru 2017, o 15:17

Wyprawa B
If you're gonna play the game, boy, you gotta learn to play it right.
Obrazek
58/∞

Tak, to prawda, nazywanie go "niegroźnym" było jak nazwanie tygrysa małym koteczkiem. Ciekawe, czy Antykreator działał w ten sam sposób? Tylko że Antykrator nie niszczył pojedynczych jednostek - on budował innych ludzi, szepcząc do uszek słowa trucizny, by zniszczyć wszystko wokół siebie. Wszystko, byle tylko dotrzeć do swojego celu. Czy Akihiro był taki sam? Nauczeni historią Antykreatora liderzy powinni tępić takich jak on, zabijać w zalążku budzące się do życia demony. Ile lat mógł mieć twój mentor? Tyle, co ty? Na pewno nie miał więcej niż 30, chyba że Matka Natura obdarzyła go niesamowitą tolerancją na starzenie się. Może jego drogi też wiodły ku temu - ku kompletnemu zniszczeniu świata? Może. Chwilowo szedł obok ciebie i prowadził z tobą rozmowę, która była pisanym epilogiem podróży po ludzkiej jaźni, którą dane ci było odbyć. Cóż, ten człowiek i tak już nie popisze się sztuką shinobi, nawet jeśli kiedyś ją posiadał - a posiadał na pewno. Nie zagięła go twoja aura, która bez kontroli wybuchnęła przy kapliczce, nawet jeśli wywarła na nim odpowiednie wrażenie - bo co do tego nie miałeś wątpliwości. Wrażenie zrobiła. Tylko czy rzeczywiście już wtedy był kaleką, od samego początku..? Kolejna z tajemnic, która szybko zaginie w codzienności.
- Dziękuję za twą łaskę, Cesarzu. - Akihiro ukłonił się dwornie. Groźba? Nawet jeśli była to groźba to nie docierała do czarnowłosego drżeniem każdego mięśnia w obawie przed utratą życia, ciągle był tak samo rozbawiony. I zadowolony.
Jego minę śmiało można było wrzucić do worka "ludzi ukontentowanych". - My musimy wiedzieć, Yuki-dono. TY musisz wiedzieć. Sprawa jest prosta - muszą podążać tam, gdzie ty. - Tak, pewne sekrety leżały tylko w dłoniach bogów...
ale czyż bogowie już nie udowodnili, że czasami mieszają się w ludzkie sprawy? Zwalenie wszystkiego na dzieło absolutnego przypadku brzmiało kompletnie irracjonalnie.
- Pamiętasz, co ci mówiłem przy kaplicy? Że nieraz lepiej wierzyć w ludzi? Sprawisz, że ludzie w ciebie uwierzą, tak jak zrobiłeś to dziś. Tak jak Ja w ciebie uwierzyłem. Tylko nie daj żadnemu pokrętnemu, przypadkowo napotkanemu świrowi złamać tej wiary. Jeśli jakiś się pojawi, zawołaj wystarczająco głośno, osobiście się nim zajmę. - Było to... pół żartem -
pół serio. Nie potrzebowałeś pomocy, Akihiro o tym wiedział, ty o tym wiedziałeś. To było zwykłe powiedzenie będę w zasięgu, chociaż kto wie, gdzie nogi go poniosą tym razem..? Wiatr podrywał wasze włosy do tańca i był wiatrem zmian,
które miały zagościć w świecie. Prowokowałeś ten wiatr do powstania. Oby był ciepły, przyniósł łagodną wiosnę po srogiej i mroźnej zimie. Wasza wędrówka trwała. Tutaj, pod niebem, które przykrywało się barwami zachodzącego słońca, a które w odbiciach warstw śniegu błyszczało tysiącem diamentów, w tej przyjemnej samotności, w której samotność wcale nie uderzała. Słowa nie były potrzebne. Jeśli każdy z was był sobie wrogami - wiedzieliście, że wrogów trzeba trzymać blisko, zwłaszcza tych, którzy mają zbyt ostre bronie w dłoniach. Chyba na tym to wszystko polegało. Zrozumienie, wzajemne poznanie, nic z tych rzeczy nie było ci niezbędne. Jemu też nie. Nie potrafiłbyś spojrzeć na niego jak na przyjaciela, a on nie starał się z tym nic zrobić. Tak jak jest - było dobrze. Miejsca zostały poznane. Drogi wytyczone. Bacz uważnie, na drogowskazy. Niektóre mogły być przekłamane.
- Dziękuję, Przyjacielu, za spędzony wspólnie dzień. Czas już na mnie. Moja śliczna siostra na mnie czeka. - Pokłonił ci się z należytym szacunkiem. - Żegnaj, Przyjacielu. Oby Watatsumi czuwał nad tobą.
Obyś uważał, czego sobie życzysz.
Niektóre życzenia potrafią się spełnić.
Ciężko powiedzieć, czy ten mężczyzna rzeczywiście miał cię za swojego przyjaciela, czy to wszystko było kolejną z gier, czy mamił słodkimi słówkami, które nic nie znaczyły dla niego samego. Rozeszliście się w dwie różne strony i bogowie tylko wiedzą, czy dane wam się będzie jeszcze spotkać. Czy rzeczywiście będzie gdzieś w pobliżu i czy pojawi się na turnieju i twojej koronacji. Jedno było pewne - metodą prób i błędów musiałeś ruszyć po szlaku, który dla ciebie utarł. I musiałeś na nim zwyciężyć. Plansza szachowa była światem. Figury zjawiskami przedstawionymi.
I jeśli chciałeś grać w tą grę - musiałeś zagrać w nią dobrze.



Wyprawa zakończona ♥
Shijima
 

Re: Świątynia Okami no kami i Dojo szkoły Kame

Postprzez Natsume » 11 gru 2017, o 15:50

-Postaram się nie zapomnieć zawołać, jeśli nastąpi potrzeba - stwierdził z rozbawieniem na propozycję Akihiro. Cóż, może i był to cholernie dziwny osobnik, który potrafił wywołać nawet w spokojnym człowieku niepowstrzymaną chęć mordu, ale jednak mimo wszystko potrafił on również zachowywać się normalnie. A zwłaszcza można było stwierdzić jedno - jakkolwiek nie spojrzeć, z ich krótkiej znajomości wyciągnął znacznie więcej doświadczenia niż niektórzy mogli przez wiele miesięcy. Wyrwy w duszy również mogły się zarosnąć i utworzyć jeszcze silniejszą barierę. I coś przeczuwał, że w tym przypadku również tak jest. - A z pewnością nie zapomnę pewnego człowieka imieniem Akihiro, który czegoś mnie nauczył poprzez wgniecenie mnie w pył.
Skinął głową i uśmiechnął się.
-Niech wiatry Hyuo Cię prowadzą, Akihiro - odpowiedział tradycyjnym pozdrowieniem, po czym odwrócił się i ruszył w kierunku portu.
To zdecydowanie był festiwal, który zapadnie w pamięci.

z/t
Avatar użytkownika

Natsume
Mocarz
 
Posty: 1251
Dołączył(a): 11 lut 2015, o 23:22
Wiek postaci: 25
Ranga: Kogō, Shimakage
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=199
GG: 6078035
Multikonta: Natsu

Re: Świątynia Okami no kami i Dojo szkoły Kame

Postprzez Kuroi Kuma » 20 maja 2018, o 15:13

Osiem nóg, serca dwa czyli łowca, który budzi się za dnia
Ranga B
Post 23/45


Płomienie pożądania to były w gaciach naszego chłopka, który nadal wierzył w swoje szczęście. Jak widać chemia tutaj nie zadziałała, tej pięknej zdawałoby się parze jednak nie było pisane osiedlić się w jakimś przyjemnym miejscu, założyć rodzinkę i żyć długo i szczęśliwie orząc pole i płodząc kolejne bachory. Czy ten scenariusz nie wydawał się piękny? Dla Samicy raczej nie, bo chciała od niego tylko informacji - nadejście straży wyjątkowo w tym przeszkadzało - popchnęła go na słomę, co początkowo nasz amant uznał za grę wstępną, ale... jego oblubienica zaraz po prostu sobie poszła. Spojrzał zdziwiony i zaczął się szamotać jak szalony próbując wydostać się z pułapki nie do przejścia w jego stanie. Próbował poskładać jakieś słowa, ale nie wiele z tego wyszło - strażnicy tylko spojrzeli jak dziewczyna idzie po prostu do karczmy, zaglądnęli do stodoły spojrzeć czy wszystko w porządku i zobaczyli tylko pijanego, czerwonego na twarzy faceta, którego słowa ciężko było poskładać w całość. Kolejny mały pijaczek - olać go - ruszyli dalej na patrol w stronę karczmy, może tam zdarzy się burda i będą mogli kogoś obić po mordzie?
Sami zaś poszła do karczmy - wypiła co jej i ruszyła dalej wraz ze swoim dzielnym towarzyszem do wielkiego, szklanego drzewa. Już niedługo później widziała świątynię przypominającą bardziej zbrojny garnizon pełny wyszkolonych do walki mnichów, którzy nie będą tolerować bójki na swoim terenie. Jak w takim miejscu znalazł się podpalacz? Wielki łuk pełnił rolę wejścia, nie pilnowała go straż, nikt nie sprawdzał podróżujących. Naiwność czy pewność siebie? Największą zagadką pozostawało jednak gdzie przebywał poszukiwany podpalacz. Skoro jakiś chłop z pola wiedział gdzie się chowa, to nie powinno być to nic trudnego dla kunoichi z krwi i kości.
Avatar użytkownika

Kuroi Kuma
 
Posty: 394
Dołączył(a): 23 lis 2017, o 20:52
Wiek postaci: 34
Ranga: Doko
Krótki wygląd: Średniego wzrostu mężczyzna z kilkudniowym zarostem na twarzy. Widać że jest trochę starszy, jednak nie aż tak znacznie. Głos niski, lekko chrypiący od palenia. Trochę dłuższe, czarne włosy, przy szyi luźno obwiązany bandaż trochę jak szalik
Widoczny ekwipunek: Gurda
Plecak
Link do KP: viewtopic.php?f=32&t=4367
GG: 5488733
Multikonta:

Re: Świątynia Okami no kami i Dojo szkoły Kame

Postprzez Samidare » 20 maja 2018, o 20:29

Samidare wyjątkowo nie lubiła tego miejsca. Jego cisza, spokój, przyprawiały o dreszcze, które wylęgały się u góry karku i spełzały po kręgosłupie, pozostawiając wrażenie, że to miejsce po prostu nie jest w porządku. Nie ważne, jak święte by nie było. Bogowie byli czymś, czego istnienia czerwonowłosa nie podważała, a co wydawało się wręcz nieuniknionym elementem wszechświata - skoro tak, to lepiej trzymać się od nich z daleka, czyż nie? Nie przecinać z nimi swoich dróg. Nie szukać z nimi kontaktu. Byli istotami, które nie krwawiły. Które mieszkały ponad chmurami, w panteonie, gdzie człowiek nie miał dostępu. Wieczni, nieśmiertelni, piękni i mądrzy - a człowiek? Człowiek jak robal - na ich podobieństwo. Wolała miasta ludzi. Wielki miasta, gdzie tętniło życie, gdzie wygłuszało się wszystkie myśli i można było strugać głupa, bawiąc się w najlepsze. Tutaj nic nie było dostatecznie dozwolone - przynajmniej tak jej się wydawało. Choć może to po prostu dzisiejszy dzień był taki felerny, że nie mogła się wysilić na nawet odrobinę uśmiechu? Ruda westchnęła cicho, zatrzymując się przed świątynią. Śmieszne, że w takich miejscach serce wydawało się uderzać tak mocno. Tak dźwięcznie. Zupełnie jakby przyśpieszało rytmu, choć ten w rzeczywistości pozostawał całkowicie niezmienny. To nie był strach. To nie były nerwy. To było tylko i wyłącznie to miejsce. Fakt, że jej cel gdzieś tutaj przebywał wędrowało swoją drogą.
Shin'en spoglądał na lodowe królestwo ze spokojem. On chłonął spokój tego miejsca. Dreszcz, który minimalnie odczuł na własnym karku nie był dreszczem nieprzyjemnym. Różnili się i w tym punkcie z rudowłosą. Kiedy spoglądało się na różnicę ich charakterów człowieka brał dziw, że tak dobrze się dogadywali i niemal nigdy nie kłócili. Jak jeden umysł. Jedna dusza. Jedno serce. W końcu on sam również całkiem wyraźnie słyszał uderzenia tego narządu w swojej klatce piersiowej, choć się nie denerwował. Oboje spoglądali przed siebie, a płatki nozdrzy pracowały, próbując wyczuć zapachy, oswoić z otoczeniem, wbić w jego rytm. Znaleźć cel, który się tutaj zapałętał. Basior nie odczuwał pełnej przyjemności z przebywania tutaj tylko z jednego powodu - wiedział, że Samidare nigdy nie czuła się swobodnie w miejscach świętych.
- Gotowy? - Zapytała bezgłośnie kobieta, na co czarnowłosy odpowiedział skinięciem głowy. Nie było się na co przygotowywać. W końcu do walki przygotowany był ciągle. I poszedł przodem. Węsząc otoczenie, podczas gdy Samidare szła kawałek za nim, trzymając się cieni, miejsc, w których nie byłaby widoczna. Pies jak pies - nawet jeśli wyrośnięty do niemalże końskich rozmiarów. Dlatego o wiele wygodniej było, kiedy to Shin'en robił zwiad. Samidare zaś obserwowała otoczenie. Zbyteczna ostrożność? Pewnie tak, ale jeśli chodzi o polowania - nigdy nie można być czegoś pewnym. Zwłaszcza w przypadku ludzi, którzy nieprzewidywalność sięgała górnych progów jakiejkolwiek... nieprzewidywalności.


Ranga A - 2500m Inuzuka
Ranga A - 3500m - Ninken

Inuzuka:
ATRYBUTY PODSTAWOWE:
SIŁA 34
WYTRZYMAŁOŚĆ 20
SZYBKOŚĆ 41
PERCEPCJA 21
PSYCHIKA 1
KONSEKWENCJA 1

Ninken:
ATRYBUTY PODSTAWOWE:
SIŁA 125
WYTRZYMAŁOŚĆ 100
SZYBKOŚĆ 60
PERCEPCJA 60
KONSEKWENCJA 60
Samidare
 

Re: Świątynia Okami no kami i Dojo szkoły Kame

Postprzez Kuroi Kuma » 21 maja 2018, o 21:04

Osiem nóg, serca dwa czyli łowca, który budzi się za dnia
Ranga B
Post 25/45


Harmonia - to słowo idealnie opisywało to miejsce. Świątynia strzeżona przez mnichów, którzy trzymali się porządku swojego dnia niczym świętości. Wszystko tutaj żyło według swojego własnego, niepisanego nigdzie rytmu, jakiekolwiek jego zaburzenie zostawało od razu zatrzymane przez wszechobecny spokój. Niektórych to właśnie on doprowadzał do szału, życie według z góry ustalonych zasad nie pasowało do każdego. Czy Samidare była jedną z takich osób? Niepotrafiących wysiedzieć w miejscu, z głową szybującą gdzieś ponad wszystkimi? Czy to może wizja tylko wizja istnienia Boga była dla niej bezsensowna? A może zbyt wyniosła dla tak prostej kobiety? Tam gdzie religia, tam największe konflikty, może stąd to uprzedzenie? Bo kimże jest człowiek, jak nie zabawką w oczach Odwiecznych, którzy nasyłali na siebie swoje marionetki. Kukiełki pędzące do boju, zapatrzone w wizję swojego bóstwa jako jedynego, najpotężniejszego ze wszystkich. Wizja tak irracjonalna, że aż śmieszna, lecz wielu walczyło za nią do śmierci i podobnie było z mnichami, którzy nie mogli tak po prosu tu zostawić tego miejsca. Ich zasady były święte, złamanie chociażby jednej groziło konsekwencjami, czy shinobi mógł się z nimi liczyć, czy zadanie nie było najważniejsze?
Może i Shin'en był całkowitym przeciwieństwem Rudowłosej kunoichi, te ponoć się przyciągały, może to był więc przepis na idealny duet? Każdy miał swoją rolę, każdy miał swoje spojrzenie i potrafił ocenić sytuację, gdy druga strona w tym miejscu zawodziła. Nosy pieskiego duetu pracowały na wyższych obrotach, ich zasięg wychwycił praktycznie całą okolicę - cała gama zapachów wypełniła ich nozdrza. Pot, przygotowywany posiłek, zapach kuchni, jakieś zwierzęta kryjące się w "pobliskich" norach, ogień, dym, spalenizna, spalona sierść, kwiaty - wszystko to tworzyło mieszankę wybuchową. Dla Inuzuki nie było to wyzwanie, kroczek po kroczku wychwycali to co ich interesowało - a co to było? Zapewne coś związanego z pożarem - ogień? Płonął w kagankach - bo sory, ale mamy zimę - przy ogniskach, gdzie zbierali się ludzie próbując nieco się ogrzać, przy paleniskach, na których gotowało się jedzenie. W sumie dymem przesiąkniętych było wiele ludzi. Sami próbowała się trzymać się z tyłu basiora, tylko że... jeżeli szli drogą, to ciężko się za kimś szczególnie kryć. Mnisi, którzy ich mijali spoglądali tylko kątem oka, na nową parę, która pojawiła się w okolicy. Coś nadzwyczajnego? Skądże znowu. Podpalacz teoretycznie nawet nie wiedział że ktoś go poszukuje.
Avatar użytkownika

Kuroi Kuma
 
Posty: 394
Dołączył(a): 23 lis 2017, o 20:52
Wiek postaci: 34
Ranga: Doko
Krótki wygląd: Średniego wzrostu mężczyzna z kilkudniowym zarostem na twarzy. Widać że jest trochę starszy, jednak nie aż tak znacznie. Głos niski, lekko chrypiący od palenia. Trochę dłuższe, czarne włosy, przy szyi luźno obwiązany bandaż trochę jak szalik
Widoczny ekwipunek: Gurda
Plecak
Link do KP: viewtopic.php?f=32&t=4367
GG: 5488733
Multikonta:

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Hyuo

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość