Droga prowadząca do portu

Re: Droga prowadząca do portu

Postprzez Ginjiro » 25 lip 2018, o 18:23

Spoiler: pokaż

Był to mroźny, pochmurny wieczór. O ile świat obiegła wiosna, to na Morskich Klifach wciąż dało się odczuć zimowy powiew powietrza. W szczególności na drodze, której szlak prowadził wprost do portu. Chłód od strony morza wzmagał się przy każdej mijającej godzinie. Pomimo niesprzyjającym normalnym ludziom warunkom pogodowym, młodzieniec nie frasował się minimalnym w jego mniemaniu kłopotem.
Dziesięć dni, minęło dokładnie dziesięć dni od incydentu w restauracji. Ginjiro nadal odczuwał skutki sytuacji, którą zgotował mu parszywy los. To dosłownie cud, iż nie wyszedł stamtąd bez żadnego złamania. Po dokładnych oględzinach medyka zdiagnozowano jedynie liczne stłuczenia i siniaki, "jedynie" to zbyt małe słowo. Żaden lekarz nie mógł wskazać jeszcze jednego urazu, mianowicie poczucia winy za bezczynność, w jakiej się znalazł. Dryfował po szerokiej ścieżce, samotnie niczym jaskółka oderwana od reszty stada. Pogrążony we własnych myślach, myślach, które nawet nie przyświecały mu ewentualnego powrotu do miasta i rzucenia w wir hazardu. Co powinien zrobić teraz? Wsunął dłoń do ubrudzonych od błota spodni, wyciągnął niewielką portmonetkę oraz sprawdził jej zawartość. Pusto, splunął siarczyście na piach, następnie upił łyka zimnej jak dzisiejszy wieczór wody. Zapewne najbezpieczniejszym ruchem byłby powrót prosto do ciepłego domu, sięgnięcie po gorącą kolację i dyskusje z irytującym rodzeństwem oraz wiecznie zmartwioną matką. Czy rzeczywiście tylko na tyle go stać?
Ginjiro
 

Re: Droga prowadząca do portu

Postprzez Ginjiro » 26 lip 2018, o 16:39

Spoiler: pokaż

Obrazek
Krople deszczu zadudniły o metalową manierkę, woda natomiast poczęła spływać po twarzy młodzieńca. Chłodny wiatr nasilił się jeszcze bardziej, zmuszając młodzika do zapięcia swojego płaszczu, czego teoretycznie nigdy nie robi. W trakcie swojej wędrówki nie uniósł wzroku ani razu. Wiecznie wpatrzony w przesiąkniętą wodą ścieżkę kierował kroki wprost do portu. Gałęzie okolicznych drzew zderzały się ze sobą, wywołując charakterystyczny trzask i szelest liści. Niekiedy te mocniejsze dźwięki wywoływały wręcz retrospekcje skatowania, które poniósł dziesięć księżyców temu. Bohater wyraźnie rozdrażniony przyśpieszył kroku, po czym złapał za medalik z podobieństwem Watatsumiego. Mamrocząc modlitwy ku jego czci, marzył tylko o jednym. O bezpiecznym dotarciu do portu gdzie mógłby zastanowić się co czynić dalej.
Stanął na wejściu do przystani zmarnowany, przemoknięty, z kolei burczący brzuch dawał mu wyraźnie znak, że pora na kolacje. Nie chcąc zwracać na siebie zbytniej uwagi, ruszył w głąb portu. Przechodząc krętymi uliczkami, spostrzegł wiele barów oraz zajazdów, co jakiś czas zapraszali go przeróżni kupcy do sprawdzenia towarów, które przywieźli ze sobą z kontynentu. Ginjiro przeleciał jedynie wzrokiem po licznych bazarach z uzbrojeniem, ubraniami i pożywieniem. Zdegustowany aktualną pustką w portmonetce skrzywił się nieznacznie, po czym ruszył do specyficznego zajazdu, w którym miał okazję już kilka razy urzędować.
Drzwi do środka nie były przez nikogo pilnowane, jest to co prawda w miarę bezpieczna dzielnica. Hozuki na swojej drodze mijał wielokrotnie patrole straży, nie jest więc zdziwieniem, że w największym porcie na wyspie ludzie czują się bezpiecznie. Chociaż jak w każdej przystani na świecie są uliczki, do których niepozorni obywatele nie powinni zaglądać. Młodzieniec w tym momencie nie liczył na nic więcej jak ogrzanie ciała, rozsiadając się przy jednym ze stolików, dotarł do jego uszu znajomy głos.
- Długo Ci zeszło, Jiro...

z/t
Ginjiro
 

Poprzednia strona

Powrót do Nami-shin (Osada Rodu Hōzuki)

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość