Promyk Słońca

Re: Promyk Słońca

Postprzez Ichirou » 6 gru 2017, o 23:42

No dobra, mógł bardziej przemyśleć swój żarcik. Za wartość gurdy by za wiele nie poimprezował. Chyba że to był pojemnik ze złota? Albo przyozdobiony diamentami? No mniejsza już. Umiejętność analitycznego myślenia u Asahiego było aktualnie na poziomie niemalże zerowym. Dobrze się porobił, zapomniał nawet o drażniących go problemach i stracił sporo na czujności.
- Łoo panie, aż dwie? Plecy ci od tego nie wysiadły? Chyba się z wielbłądem na garby pozamieniałeś - stwierdził, dopijając zawartość czarki.
- No jasne, podrzucę adres - odparł chwilę później na temat wyimaginowanego znachora. Tylko do kogo namiary podać? Może do jakiegoś opiekuna dla osób w podeszłym wieku? Dla Kuroia byłoby w sam raz. Chociaż równie dobrze można było podać adres grabarza, bo w takim wieku to się już raczej jest jedną nogą w grobie.
No a co do tej Kimiko, to dziewczyna fajniuchna była. Kompaktowa, zgrabna, blond włosy, delikatne rysy twarzy i do tego lekka, nieprzesadzona opalenizna. Ichirou lubił chyba wszystkie kelnerki w Promyku Słońca, ale właśnie ta młoda blondyna była jego ulubioną. Nic więc dziwnego, że niemal przy każdej wizycie prosił o obsługę ze strony omawianej dziewczyny.
- Oho, koneser - odpowiedział na komentarz rozmówcy. Paczcie no jaki amant ze staruszka. - I pewnie na oglądaniu się nie skończyło - dodał niedługo później. Pewnie zapalały mu fajkę, tylko trochę inaczej niż w tym lokalu.
Zaśmiał się do siebie na myśl o tym, a potem wciągnął do ust kolejną porcję dymu. Odchylił głowę do tyłu i wypuścił obłoczek, wpatrując się nieco błędnym wzrokiem w sufit.
Wciąż na twarzy widniał mu głupkowaty wyraz twarzy. Chyba dobrze się teraz bawił sam ze sobą. Kontakt z rzeczywistością jeszcze jakiś tam miał, ale już trochę zdążył odlecieć.
Avatar użytkownika

Ichirou
Mister Lata
 
Posty: 1842
Dołączył(a): 18 kwi 2015, o 17:25
Wiek postaci: 24
Ranga: Sentoki
Krótki wygląd: Chodzące piękno.
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=320
GG: 401110
Multikonta:

Re: Promyk Słońca

Postprzez Kuroi Kuma » 7 gru 2017, o 14:18

-Jak się bawić to się bawić! Drzwi wywalić gurdy wstawić! - zapodał tekstem rozbawiony Kuroi swoim wspaniałym poczuciem humoru tak suchym, że było to jakieś wyjaśnienie czemu w okolicy było tak mało wody. Pustynia i tak dalej, no i oczywiście żarty Niedźwiedzia. Plecy oczywiście mu nie wysiadły, chociaż ciężkie to cholerstwo było i nie wygodne. Mógł w ten sposób nosić ogromne ilości piasku, ale koszt był za duży. No i gurda się zbiła, a zanim kupi sobie nową to minie pewnie kolejne półwiecze. Wyszczerzył zęby słysząc o dostawcy piaskowego chłopaka, chociaż to chyba bar załatwiał to co znajdowało się w sziszach, a nie klienci. Może dla takiego "vipa" zrobili wyjątek? Zerknął na bok na Ichiego, gdy wspomniał o byciu koneserem i paru takich, a ten z nienaganną miną i dumą odrzekł tylko:
-Owszem - i była to odpowiedź na jedno i drugie pytanie. Chłopak najwidoczniej miał dość, bo jego głowa odchyliła się bezwładnie do tyłu. Kuroi wyciągnął notatnik, pióro i zapisał na karteczce kilka słów, po czym położył mu obok, by zaraz trochę chwiejnym krokiem poszedł do kelnerki załatwić sobie jakieś wygodne wyrko do przespania nocy. Oczywiście zabrał za sobą zbiornik z piaskiem, bo bez niego to jak bez ręki!
-Żędohry. Jeden ten... łóżko prosz! - powiedział próbując wyglądać na trzeźwego na umyśle, chociaż średnio to wychodziło, by zaraz walnąć się wygodnie na wyrku, uprzednio zamykając pokój, bo safety first i odpłynął do krainy morfeusza. Gdy tylko się obudził podziękował za gościnę i poszedł dalej. W świat!


Na karteczce Ichiego:
Było miło. Kuroi Kuma pozdrawia i poleca na przyszłość

[z/t]
Avatar użytkownika

Kuroi Kuma
 
Posty: 66
Dołączył(a): 23 lis 2017, o 20:52
Wiek postaci: 32
Ranga: Doko
Link do KP: viewtopic.php?f=32&t=4367
GG: 5488733
Multikonta: Sznycel

Re: Promyk Słońca

Postprzez Shijima » 7 gru 2017, o 16:30

Wyprawa rangi B
Chociaż i tak powiedzą, że C

Oto Cisza i ogień - to we mnie i w tobie.
Obrazek
1/∞


Świat się kończył.
Nie wierzysz?
Zobacz.
Przebudził cię szmer. Podmuch wiatru plątający się między nogami, który muskał twoje odzienie, podmuch myśli w samych myślach, które muskały twoje wewnętrznie napuszone "ja" - wiń swoje ego, nie mnie. Podmuch chłodny, pozostawiający na ciele gęsią skórę. Wzdrygnąłeś się. Stół nadal był tak samo twardy, jak zeszłej nocy? Chyba o wiele bardziej, przecież wyraźnie pamiętałeś wczoraj, jak miękki stawał się pod twoim dotykiem, jak się rozjeżdżał niczym glina pod twoimi palcami, tak jak rozpływały się panienki, które obdarzałeś całymi pocałunkami. Cóż, tym razem zamiast budzić się obok pięknego, kobiecego ciała, obudziłeś się na stole. Całkiem nieprzyjemna zamiana - przynajmniej dobrowolna. Wszystko rozjeżdżało się w sposób zupełnie inny niż jeszcze parę godzin temu - teraz nie było w tym otępiającego, rozluźniającego mięśnie wygładzenia ostrych krawędzi rzeczywistości buzującej, napakowanej twoim gniewem. Z gniewu niewiele zostało, ale z używek już tak. Obolała głowa, ciężkie, lepkie powieki, oczy, które straciły na swojej klarowności, a które za to zdążyły załzawieć, napięte mięśnie nieprzystosowane do spania w aż tak niewygodnej pozycji. Nikt cię stąd najwyraźniej nie ruszył. Poprosiłeś miłe panie, by cię pilnowały, więc pilnowały. Nie wyniosły na noc, gdy już zamykano lokal, nie ruszano cię, przynajmniej tak ci się wydaje z tego, co pamiętasz... Tylko co tak dokładnie pamiętasz, Przyjacielu? Miękki stół - o to na pewno! I miękki fotel, na którym byłeś rozłożony... a na którym teraz pół siedziałeś, zaśliniając blat pod sobą. Kiedy się przmeieściłeś, czy jednak ktoś cię w nocy ruszał? Powolutku, Przyjacielu... Gdzie się człowiek śpieszył, tam się Diabeł cieszył. I to nie Ty byłeś tym Diabłem. Och, zgrozo, wszystko wokół śmierdziało. I było okropnie twarde. Nawet twoje własne ciało było jak kamień (z wyjątkiem tego, co miałeś między nogami), jakby ktoś wrzucił cię do kompletnie obcej skorupy i nakazał sterować tym, do czego nie posiadałeś żadnych kwalifikacji. Przynajmniej coraz więcej do ciebie docierało. Woń alkoholu, palonego opium, wszystkich używek mniejszych i większych, które wczoraj przewinęły się przez ten przybytek, jakby zrobiono tu największa imprezę, jaką Atsui kiedykolwiek widziało, wpiła się w twoje ubrania, zapachami przesiąknęły twoje włosy, twoja własna skóra. Wymiociny? Ach tak, chyba wymiotowałeś. Chyba nawet jedna z dziewczyn, ta, którą znałeś, trzymała ci wtedy włosy, klepała po plecach, pytała, czy wszystko z tobą w porządku - nie po to, by faktycznie dostać odpowiedź, raczej po to, byś wiedział, że jest obok. Przy tobie. Jesteś z siebie teraz dumny? Władca Piasków, [/iha![/i] Raczej władca swojej małej, domowej kuwety, której nie potrafiłeś nawet posprzątać i wolałeś ją zostawić, by śmierdziała od ciebie z dala - no, to teraz przyszło ci samemu śmierdzieć. Przynajmniej nie był to zapach szczyn i kału. Jakieś pocieszenie? Niewielkie. Jedna noc zapomnienia - była tego warta? Spuściłeś chociaż odrobinę ognia ze swych żył? No dalej, unieś powieki. Och, wiem, że to cięższe, jeszcze cięższe jest zaś uniesienie głowy, ale nie martwi się.
Najciężej będzie zobaczyć to, co się tu stało.
Promyk Słońca był całkowicie pusty. Ściany opryskane były ciemnymi substancjami, których pochodzenie było bardzo wątpliwe, większość foteli i stolików została przewrócona, połamana, miękkie poduszki podarte. Ten chłodny podmuch wiatru zamiatał na podłodze gęsie pióra. Jeden z obrazów odpadł ze ściany, drugi przekrzywił się, a trzeci smętnie wisiał na resztkach ramy, przecięty w pół. Bruzda ciągnęła się na całej ścianie. Piękne girlandy rozbito i szkło trzeszczało pod nogami, mieszając się z potłuczonymi szklankami i butelkami, odbijając poprzewracane nań fajki wodne. Drzwi ktoś wyważył i leżały teraz na ziemi, otwierając pogląd na ponury, zasnuty półcieniami świat. Aach, było nieprzyjemnie chłodno. Chłód przenikał przez ubranie, to spocone, chyba nawet nieco obrzygane, przez skórę, na której osiadł cały bród nocnych baraszków, docierał do kości i osadzał się na zwijających z powodu kaca wnętrznościach. No dalej, pamiętasz coś? Pamiętasz?
CZY PAMIĘTASZ? Umysł automatycznie szuka odpowiedzi. Chce zrozumieć rzeczywistość zastaną, tą ukazaną. Twój mały,
alternatywy świat idealnie pasujący do tego, jak bardzo zawaliłeś tak strasznie prostą, banalną misję, mój Słodziaku.
Mój Przyjacielu. Pamiętasz jeszcze? Siedzieliśmy tu ramię w ramię, Ja - Cisza, Ty - Ogień, piliśmy sake i nie mówiliśmy nic.
Nie musieliśmy. Ja wiedziałam. Ty byłeś zbyt mocno Spalany (i spalony też), żeby wiedzieć. Wtedy oglądaliśmy rujnującą się rzeczywistość, gdy nie byłeś w stanie wstać i krzyczeć, gdy przesuwałeś bezbronnie swoją dłoń po blacie zalanym lepkim sokiem i sake. Rozmywałeś się. Rozmywał się świat i rozmywałeś się ty w jego granicach.
A świat się kończył.
Obrazek
Dostałem w darze moc, by emocje budzić.
Przestałem czytać z ksiąg, zacząłem z ludzi.
Avatar użytkownika

Shijima
Pisarz Lata
 
Posty: 690
Dołączył(a): 28 lip 2017, o 23:10
Wiek postaci: 24
Ranga: Akoraito
Widoczny ekwipunek: Czarny płaszcz ♥
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=3910&p=56595#p56595
GG: 12504223
Multikonta: Koala ♥

Re: Promyk Słońca

Postprzez Ichirou » 7 gru 2017, o 19:16

Ilu potrzeba ludzi do pokonania zasłużonego w wojnach władcy piasku?
Jednej niesfornej panienki z Kaguya? Grupki asasynów? Tuzina samurajów? Oddziału doświadczonych shinobi? Całej armii, wyposażonej w zaawansowane machiny oblężnicze?
Nie był potrzebny nikt.
Sam się pokonał, choć w gruncie rzeczy odpowiadały za to używki - sake w towarzystwie opium lub innej substancji, którą dość hojnie umieściła w wodnej fajce znajoma panienka z obsługi lokalu. Było mu naprawdę dobrze. Świat uginał się i falował niczym pustynny miraż malujący się na odległym horyzoncie. Czas stał się równie plastyczny, rozciągał się w przedziwaczny sposób. A fotel... Ach, niesamowicie wygodny fotel stał się jednością z brązowowłosy, który nie potrafił odkleić się od swojego siedziska. Bezwład jego ciała był przeogromny, po wielokroć przebijał najgrubszych Akimichi w swoich powiększonych formach. Chociaż to wszystko nie wynikało z samej siły grawitacji, co z niemocy Asahiego, ponieważ kończyny całkowicie odmówiły mu posłuszeństwa. Po co jednak było się ruszać? Przecież było mu tak dobrze. Czuł, jak się rozpływa. A otaczająca go rzeczywistość rozpływała się razem z nim...
***
Po sali rozniósł się niski, ochrypnięty pomruk konającej zwierzyny. Ostatnią wolą tej istoty było ukrócenie cierpień, zakończenie jej marnego żywota tu i teraz. No dalej, co się guzdrzesz, zrób to. Byle prędko.
Ni to lęk, ni to skowyt, ni to pomruk po raz kolejny rozszedł się po pomieszczeniu. A potem jeszcze raz, a potem znowu. Dziwny, mało przyjemny odgłos odbijał się od wewnętrznych ścian budynku, szukając kogokolwiek, czegokolwiek. Nie dotarł jednak do żadnych uszu, a przynajmniej nie do uszu kogoś, to był skory do udzielenia ratunku.
Ichirou powoli wracał do świata żywych. Tylko jakie to było życie?
- Ja pierdolę - wycedził przez zaschnięte gardło, witając miłą frazą nowy dzień. Och, chyba humorek nie dopisywał.
Powoli, z wielkim grymasem na twarzy przekręcił głowę na bok, bo podniesienie się z niewygodnego stolika nie miał w ogóle sił. Zamroczonym spojrzeniem omiótł całe pobojowisko, w którym przyszło mu się zbudzić. Ledwo szło poznać, że wciąż znajdował się w tym samym lokalu, do którego przybył dnia poprzedniego.
Był cały obolały, jakby co dopiero wyszedł z pojedynku pięściarskiego ze stadem nieokrzesanych Kaguya. Wszystko go bolało i wszystko sprawiał mu ból - ruch, zatrzepotanie rzęsami, myślenie. Najgorzej było z głową, która - jak mu się wydawało -
puchła do przeogromnych rozmiarów, tak jakby miała zaraz eksplodować. Wielka szkoda, że to nie nastąpiło. W takich chwilach jak ta nie było w ogóle chęci do życia. Chociaż mowa o życiu była i tak mocno na wyrost. Asahi był obecnie kupą mięcha podtrzymywaną przez podstawowe procesy biologicznie, które i tak w sporej części szwankowały.

Jedyne, czego pragnął, to żeby to wszystko już się skończyło. Ale nie, to był dopiero początek.
Wdech, wydech. Powietrze było gęste i ciężkie, przesiąknięte smrodem. Haust świeżego powietrza byłby teraz na wagę złota.
Chwilę czasu minęło, zanim wymiętolony umysł przestał tylko przetwarzać własne cierpienie i użalanie się nad sobą. Oczywiście, że udręka wciąż była na pierwszym planie, ale w końcu pojawiły się myśli próbujące choćby w pewnym stopniu pojąć, co tu się, do cholery, stało.
Pobojowisko było zapewne jedynym dowodem na szaleństwo ostatniej nocy, ponieważ w głowach biesiadników pewnie nie było sensu szukać wspomnień. Melanż ostateczny. Dokładnie tak, jakby złotooki miał znowu naście lat i miał w głowie jedynie hulanki i wszelkie rozrywki świata, a nie jakieś, tfu, wielkie sprawy wielkich ludzi.
Zabijcie mnie.
Z dręczącym kacem wróciły również wspomnienie. Nie te najświeższe, tylko nieco wcześniejsze. Te, które tak bardzo zepsuły mu humor, że doprowadził się do tak żałosnego stanu. Na jego twarzy znowu pojawił się grymas twarzy. Chociaż nie, obecnie on w wcale nie znikał.
Dla jednych mógł to być upadek człowieka, dla drugich naturalna kolej rzeczy po dobrej zabawie, a dla innych kara za zaprzestanie picia. Asahi nie był jednak skory do nawet tak prostych refleksji. Po prostu cierpiał.
Niczym zahartowany w sztuce samodoskonalenia się mnich postanowił przełamać bariery nie do przełamania. Położył dłonie na blacie zabrudzonego stołu, by wesprzeć się i stanąć na nogi. Uniósł się na kilkanaście centymetrów i to było na tyle
- padł z powrotem na zapaprany stolik. Siłował się tak jeszcze kilka razy ze sobą, by wreszcie zmienić taktykę. Pionowa pozycja to dość sporo jak na początek, ale osunąć się ze stolika i przyjąć postawę siedzącą było już trochę łatwiej.

Siedział teraz na posadzce, opierał się o fotel i jak siódme nieszczęście, z przygaszoną miną i martwym spojrzeniem, spoglądał się prawdę mówiąc w nic. Ot, po prostu przygasł w tej półmartwej formie, zastanawiając się, za jakie grzechy przyszło mu tak cierpieć. Chciał tylko przyspieszyć czas, przewinąć dzień do czasu, aż będzie zdolny do normalnego funkcjonowania.
W pewnym momencie kiepsko funkcjonująca mózgownica zdołała z siebie wykrzesać doskonały pomysł. Smętne spojrzenie bursztynowych oczu zaczęło powoli badać okolicę w poszukiwaniu jakiegoś alkoholu, którego na szczęście było tu wiele. Wypatrzył najbliższą butelkę i wyciągnął po nią rękę, ale ta wciąż była za daleko. Musiał więc przez kilka następnych chwil zebrać się w sobie, wykrzesać z siebie reszty sił i ruszyć się z miejsca, którego nie miał ochoty zmieniać. Zgiął jedną nogę, potem drugą. Były zesztywniałe, tak jakby od urodzenia trwały w tej samej pozycji. Później pochylił się do przodu, co przyniosło jedynie większy ból łba. Jedną ręką chwycił za krawędź stołu, drugą oparł na fotelu, a potem dokonał heroicznego czynu postawienia się na nogi, które, choć były niesamowicie sztywne, wydawały się teraz być ulepione z waty.
Jakimś cudem przeczłapał te kilka kroków i dorwał niedopitą butelkę. Bez pardonu w nozdrza uderzył go zapach zwietrzonego sake, co zaowocowało odruchem wymiotnym. Przynajmniej tyle, że nie było już czym rzygać.
Zawziął się w sobie i w wierze, że robi to dla swojego dobra, zatkał palcami nos i upił solidny łyk paskudnego, skręcającego żołądek trunku. W tak tragicznej sytuacji chyba tylko założenie klina mogło własnie pomóc.
Położył dłoń na pękającym czole i rozejrzał się dookoła, tym razem już nieco wnikliwej. Pamiętał tyle, że sobie siedział na fotelu. No raczej było kulturalnie. Przecież nie on odpowiadał za ten cały bajzel, prawda? W takim razie co za burza przebiegła przez ten całkiem spokojny lokal?
Normalnie już dawno zdecydowałby się na taktyczną ewakuację. Rzecz w tym, że znajdował się teraz w swojej wiosce. Nie mógł wziąć nóg za pas i potem omijać osady przez kolejne miesiące, żeby uniknąć ewentualnych konsekwencji zawieruchy w której brał udział (lub w którą mógł być posądzany o branie udziału). Znaczy się, mógł to zrobić, bo przecież mógł wszystko, tylko tego po prostu nie chciał.
- Jest tu ktoś? - wymamrotał, masując dłonią pulsujące skronie. Wolnym krokiem, przesuwając butami po lepkiej posadzce, pokierował się w stronę zaplecza. No chyba nie został tutaj sam?
Avatar użytkownika

Ichirou
Mister Lata
 
Posty: 1842
Dołączył(a): 18 kwi 2015, o 17:25
Wiek postaci: 24
Ranga: Sentoki
Krótki wygląd: Chodzące piękno.
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=320
GG: 401110
Multikonta:

Re: Promyk Słońca

Postprzez Shijima » 7 gru 2017, o 20:03

Wyprawa rangi B
Chociaż i tak powiedzą, że C

Oto Cisza i ogień - to we mnie i w tobie.
Obrazek
3/∞

Nie pytaj, ilu.
Zapytaj: jak silnych?
Wiele siły tutaj nie potrzeba, Mój Miły, wystarczy jeden ładny uśmiech na różanych usteczkach, jeden podmuch słodkiego, różowego paluszka, jeden przebłysk słońca w Różowych, jakże Różowych włosach, jedno mrugnięcie klarownych, błękitnych niby to niebo, oczu, w których nie odbijała się nawet twoja sylwetka - za mocno lśniły tysiącem zebranych z nieba gwiazd, które ktoś wsunął do tych szklanych dzieł sztuki. To była ta jedna panienka od Kaguya, czy to ten tuzin samurajów? Nie bądź dla siebie taki srogi, nie zgarniaj całych laurów. Nie pozwalam Ci. Przecież pamiętasz mnie bardzo dobrze, nie ukrywaj! Podobał ci się zapach różowych włosów i podobał dym, który ulatywał w przestrzeń i czas, kiedy jej dłonie, lekkie niczym pióra wytroczone z poduszek, z których parę musnęło twoje kostki, pomagały ci dźwigać raz po raz fajkę do twoich ust stworzonych do pocałunków. Dziś to nie ty obsypywałeś kobietę pieszczotami - dziś to Ona obsypywała nimi ciebie. Choć może powinnam napisać - wczoraj? Dziś to dziś czy może już jutro? Czułeś ją na całym swoim ciele, w każdej komórce, docierała do twoich głębin i wypalała na twoich kościach i wnętrznościach swoje imię, ryła je w twoim umyśle, a ty i tak nie potrafiłeś go odczytać. Sam żeś sobie winien - co innego mogłeś powiedzieć samemu sobie? Że twój umysł stworzył kobietę, która nie istnieje? Że tak naprawdę nikt przy obie nie siedział, a jedyną osobą, która cię odwiedzała, kiedy twój towarzysz zniknął, nawet nie zarejestrowałeś gdzie i kiedy, była ta miła panienka obsługująca lokal? Jeśli powiesz sobie: ona istniała! na jakiego kretyna byś wyszedł? W końcu - już i tak wyszedłeś. Niemal z samego siebie, och, widziałam to dokładnie! Nie ma historii, która skryłaby się przed tymi oczyma, w których za dnia śniły wszystkie gwiazdy tej galaktyki - tych poznanych i niepoznanych ludziom. I czy więc wina, że tutaj skończyłeś, leżała w Tobie, w Ciszy czy może w przeklętej Kaori, która tak zgrabnie cię oszukała? Shh, nie mów nic. Rzeczywiście, przecież ta panienka siedząca tak blisko na imię miała Cisza, ale czy na pewno? Zdradzę ci, że ona istniała, tylko nie mów o tym nikomu - to będzie nasza słodka tajemnica.
Na imię jej było Los.
Teraz nie było jej u twojego boku. Był ktoś inny, ktoś, kto ni miał już swojej twarzy, nie miał dłoni i nie miał nóg, na których mógłby stanąć. I zdecydowanie nie chciałeś, by cię pieścił w jakikolwiek sposób. Brzydki, spocony, śmierdzący wczorajszym alkoholem mężczyzna - oj... to chyba ty, co? Z poczochranymi włosami i zerdzewiałym ciałem od snu w dziwnej pozycji, której nikt normalny dobrowolnie by nie przyjął - pół siedząc na fotelu, a jednocześnie leżąc twarzą na stole. On na imię miał Kac - i trafiał do twojej głowy równie mocno, jak różowowłosa dziewczyna. Jak to z mężczyznami i kobietami bywało - ten pierwszy uderzał mocno i potem mogła wyniknąć z tego przyjaźń, ale z tej raczej nic nie będzie, nie liczyłabym na to i ty też nie zamierzałeś, choć dobrze by było być z Kacem za pan brat. Druga zaś przychodziła powoli, kołysząc zmysłowo biodrami, usidlała, pętała w swoich wdziękach, obiecując noc pełną uniesień - i dawała ją. Każdy jednak wiedział, że większość z nich ma tego cholernego, śmierdzącego mężczyznę za mężczyznę, który uderzał bez zaproszenia na drugi dzień. Tak się kończy, Przyjacielu, uderzanie do kobiet, po które nigdy nie powinno się sięgać. Jeśli zastanawiałeś się, co było twoich grzechem, to chyba właśnie to. Zapomnienie się w całkowitej przyjemności, która odrywała cię od codzienności. Od świata, który biednemu chłopczykowi zrobił kuku, dlatego chciał uciec w ramiona różowowłosej - i jak, warto było?
Oczywiście, że nie.
Inaczej nie błagałbyś mnie o śmierć.
Heroiczne sięganie po butelkę początkowo nie miały żadnego efektu. Potrąciłeś jedną z pustych butelek, rozgarnąłeś kawałki szkła, które musiały odprysnąć z kryształowych świeczników zawieszonych pod sufitem - albo raczej tych, które pod sufitem powinny być zawieszone, bo zrobiły sobie urlop i zdecydowały, że grawitacja ziemska jest im o wiele słodsza od wiecznego unoszenia się w powietrzu. Anioł zechciał dotknąć Ziemi i rozbił się na niej na proch. Pokraczne ruchy, jeszcze bardziej pokraczne, godne pożałowania myśli klujące się w rozbolałej głowie - zrób sobie klina, powiedzieli, będzie fajnie, powiedzieli! I czym się strułeś, tym się lecz! Wielki Diabeł Świtu. Nie rozśmieszaj mnie. Tak wielki, by korzystać z mądrości ludowych i kulić się w samym sobie, czując gorączkę przeszłego niepowodzenia, które będzie się za tobą ciągnąć ponurym widmem. Ewentualnie jak smród po gaciach, skoro i tak jesteśmy przy miejscowych powiedzonkach. Książęca utopia upadła, została tylko dystopia - jedyny prawdziwy, osiągalny dla twoich dłoni sen. Marzyły się chwile awansu? Uleciały wraz z wczorajszą Kochanką. Butelka trafiła do twoich dłoni i przyciągnąłeś ją do siebie. Gdybyś miał czym wymiotować pewnie właśni byś to zwrócił - marne pocieszenie, że nie miałeś czym. Czułeś żółć w ustach, paskudny posmak, który spłukałeś zwietrzałą sake. Żołądek podszedł ci do gardła, zakrztusiłeś się trunkiem, ale przełknąłeś. Och, jaki łatwy, banalny cel... Nie masz czasem wystarczająco wielu wrogów, by bardziej się pilnować, Mój Panie..?
Podniosłeś się ociężale z fotela. Błędnik nie szalał, alkohol z ciebie zszedł, problemem w utrzymaniu równowagi był posty brak poczucia stabilności przez ociężałość. Mięśnie zwyczajnie nie chciały zbytnio z tobą współpracować. Tym bardziej nie chciały tego okolice twojego brzucha i sam brzuch, zginało cię w pół. Żołądek zwinął się w jeden kłębek, który mógłbyś rzucić jednemu ze swoich przywołańców, by pobawił się, goniąc za nim. Szkło zachrzęściło nieprzyjemnym dźwiękiem pod twoimi butami, ale jeszcze bardziej nieprzyjemny był twój własny głos zdradzający wątpliwie dobry stan - zachrypnięty, wydobyty przez zaschnięte, zaciśnięte gardło. Jakby nie należał do ciebie. Kto ci odpowiedział?
Cisza.
Przeszedłeś przez przybytek, który wczoraj cieszył twoje oczy swoim pięknem, dziś wyglądał jakby był epicentrum wojny, kierując się na zaplecze. Koraliki, które odgradzały zaplecze od całego przybytku, chwiały się na delikatnym, chłodnym wietrze. Nie miałeś pewności, czy to ten ruch powietrza powoduje na tobie te dreszcze, czy może jednak była to bardziej wina kaca. Szemrały opowieść o minionym dniu - te różnobarwne korale, które odcinały się intensywnością barwy na tle półcieni. Wszystko tu chyba poszarzało, czy to tylko twój wzrok się tobą zabawiał i odmawiał współpracy? Wyciągnąłeś dłoń, by rozsunąć koraliki i rozejrzeć się po pomieszczeniu. Poprzewracane regały, rozsypana kawa, herbata, porozbijana zastawa, która stłukła się, strącona z półek, na których stała lub zleciała razem z nimi, gdy ktoś (lub coś) je połamał. Dwa ciężkie regały zawaliły się w przejściu tak, że nie dało się przejść. Ważyły o wiele za dużo jak na twoje obecne standardy.
Pod ścianą naprzeciwko ciebie siedziała martwa dziewczyna o przechylonej głowie, której twarz zakrywały różowe włosy.
W jej klatce piersiowej tkwił nóż.
Krew zdążyła już zaschnąć i przestała wyciekać z rany.

Obrazek
Dostałem w darze moc, by emocje budzić.
Przestałem czytać z ksiąg, zacząłem z ludzi.
Avatar użytkownika

Shijima
Pisarz Lata
 
Posty: 690
Dołączył(a): 28 lip 2017, o 23:10
Wiek postaci: 24
Ranga: Akoraito
Widoczny ekwipunek: Czarny płaszcz ♥
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=3910&p=56595#p56595
GG: 12504223
Multikonta: Koala ♥

Re: Promyk Słońca

Postprzez Ichirou » 8 gru 2017, o 01:18

Ten jeden uroczy uśmiech, zgrabne usteczka, słodki paluszek, przykuwające uwagę włosy, skradzione gwiazdom oczęta - to wszystko było piękne, wspaniałe, kuszące. Przyjemne. No ale co, do czego to wszystko miało wystarczyć? Raczej nie do pokonania kogoś, kto zwiedził ładny kawałek świata i miał okazję do skosztowania wielu pięknych jego owoców? Zatrzepotanie rzęs, choćby nie wiem jak długich, czy zalotne spojrzenie, choćby nie wiem jak głębokich oczu, nie mogło tak zamieszać w głowie i tak odurzyć jak mieszanka używek, po które sięgnął brązowowłosy ubiegłego dnia i których skutki teraz dotkliwie odczuwał. Chyba że mowa o celowej kapitulacji, poddaniu się temu magnetyzującemu pięknu, zaciągnięciu się zapachem różowych włosów. Tylko czy porażką można było określić osiągnięciu tego, na co miało się ochotę? Bo w gruncie rzeczy, to ochotę miał.
W sytuacji, gdy świat stracił kontury, nie było rozróżnienia między snem a rzeczywistością. Czy faktycznie pani o różowych włosach otoczyła go opieką i obdarowała rozkoszną czułością, czy to tylko odurzony umysł wprowadził w świat błogich fantazji - nie miało to jakiegokolwiek przełożenia na przeżyte doświadczenie.
Może była to jednak właśnie ta mityczna pani, splatająca z rozmachem niezwiązane ze sobą wydarzenia? Ta, która z pieczołowitością planowała wszelkie przypadki? Och, jeśli to faktycznie była ona, to panicz Asahi z chęcią szepnąłby jej kilka słów na uszko, ale nie do końca wiadomo, czy aby na pewno miłych. No co? Trzeba przyznać, że mieli za sobą burzliwość przeszłość. Figlarna pani lubiła bowiem popychać złotookiego w wir burzliwych wydarzeń, wprost w samo centrum zawieruchy. Tak, jakby go ciągle testowała. A może po prostu robiła to dla czystej rozrywki? Mimo wszystko w swej wielkiej złośliwości nie była bezlitośnie okrutna, bo nieraz obdarzyła panicza swym błogosławieństwem, określanym powszechnie przez ludzi jako szczęście.
Jej pojawienie się, nawet jeśli niezwykle miłe, nie mogło zwiastować niczego dobrego.
Ból głowy pulsował na przemian z ulatającym wspomnieniem o różowych włosach. Najwyraźniej wciąż jeszcze był na haju. Czuł się tak, jakby co dopiero ocknął się ze snu i próbował go sobie odtworzyć, ale z każdą chwilą uchwycenie detali było coraz trudniejsze. Nie mógł ze wspomnień wydobyć niczego konkretnego, nie potrafił tego opisać słowami, ale za to najlepiej wychodziło mu przywołanie swojego stanu i odczuć z tamtych błogich chwil. Mówiąc w skrócie, nie widział już tego snu, ale go czuł.
Od zastanego widoku bolały aż oczy. Atsui po oblężeniu wyglądało znacznie lepiej niż Promyk Słońca po imprezowej nocy. Huh, chętnie obejrzałby ten cały rozpierdziel, ale jeszcze chętniej wykopałby tego "kolegę" skurwiela za drzwi. Tak, Kac, do ciebie mowa, chuju jeden. Ten niepożądany gość był klasycznym natrętem, który jak nikt inny na świecie potrafił popsuć dobrą zabawę. Jedyne co, to pozostało mieć nadzieję, że wypity wcześniej haust sake prócz skrętu kiszek przyczyni się do zniechęcenia niepożądanego kolegi.
Wyglądało na to, że jest sam. I dobrze i źle. Dobrze, bo przynajmniej nikt nie widział go w tak fatalnym stanie. Źle, bo wciąż pozostawało wiele pytań do odpowiedzi. Człapał powoli w stronę zaplecza, licząc, że znajdzie tam kogoś z obsługi lub przynajmniej dzbanek wody. Taaak, wooody. Czuł się jak pustelnik wędrujący od paru dni bez zapasów życiodajnego płynu. Jego wargi były popękane, a w ustach miał taką suszę, że wśród mikroorganizmów w niej żyjących zapewne właśnie powstał ród Sabaku.
Dotarł na zaplecze, ale i tutaj nie zastał żadnej żywej duszy. Było cicho, jedynym źródłem odgłosów był on sam, co i tak wystarczało, by pękała mu łepetyna. Za głośno mrugasz oczami, kurwiu - mógł powiedzieć do siebie samego. Smętnym spojrzeniem styranego, mającego wszystkiego dość człowieka, rozejrzał się za ciekłym zbawieniem.
A chwilę później go wmurowało.
Rzucił mu się na oczy charakterystyczny róż. Róż włosów. Włosów dziewczyny. Dziewczyny bezwładnie opartej na ścianę. Z wbitym w pierś nożem. Zmięty umysł wolno przyswajał fakty, ale i tak nie zapobiegło to zszokowaniu.
Zmrużył oczy i intensywnie rozmasował dłonią brwi, jakby chcąc rozproszyć efekt majaków po ćpaniu, ale rzeczywistość pozostała taka sama.
Odejdź stąd, to nie twoja sprawa, zostaw to - mógłby się teraz odezwać głos w jego głowie, pragnący tylko i aż świętego spokoju. Ale nie. On, wielki mi, kurwa, lekkoduch, zrobił krok naprzód, mając przecież świadomość, że pcha się w kolejne problemy, jakby tych już nie miał za wiele.
Zgiął sztywne nogi w kolanach i przykucnął, w ostatniej chwili ratując się przed upadkiem poprzez wsparcie się ręką. Przyjrzał się martwemu ciału.
Dlaczego odnosił wrażenie, że znał te włosy? Czy to ten dający rozkosz róż, który nawiedził go w snach? A może to jednak nie był sen?
Czy była szansa, że to on... Nie! Wykluczone. Nie miał jakichkolwiek powodów do takiego czynu, a poza tym "styl" tego zabójstwa w ogóle do niego nie pasował.
- Ja pierdolę... - powtórzył jakże wymowną frazę, po czym zakrył swoją twarz dłonią, próbując ogarnąć to wszystko cierpiącym, stłamszonym rozumem. W jakim gównie znalazł się tym razem?Cała ta sytuacja przyprawiała go ból głowy, na który i tak zresztą cierpiał z powodu potężnego kaca.
Później spojrzał jeszcze raz na dziewczynę. Nie, żeby pierwszy raz widział trupa w swojej karierze, ale i tak widok nie należał do najprzyjemniejszych. Co innego zresztą było oglądać poległych w boju, a co innego natrafić na ofiarę w tak dezorientującej sytuacji. Nietypową ofiarę, należy dodać. Czy to była ta dziewczyna, czy jednak to tylko złudne wrażenie?
Zbliżył się odrobinę, by dłonią odgarnąć różowe włosy na bok i tym samym odsłonić już bladą jak śmierć twarz. Zastanawiał się, czy może ten widok choć trochę zadziała na jego mętną, niewyraźną pamięć.
Przyjrzał się również pozostałym szczegółom, choć niełatwo było się skupić w takim stanie psychofizycznym. Zwrócił uwagę na narzędzie zbrodni. Przede wszystkim na to, czy nóż wyglądał na taki, który mógł być zabrany własnie z zaplecza, z kuchni, czy jednak bliżej mu było do broni, jaką mógł nosić cały czas zabójca. Co poza tym? Ano ogólne rzeczy, typu rany, zadrapania lub cokolwiek innego, co mogłoby pomóc rozszyfrować w jakich okolicznościach przyszło odejść różowowłosej z tego świata.
Czy ten dzień mógł się gorzej zacząć?
Avatar użytkownika

Ichirou
Mister Lata
 
Posty: 1842
Dołączył(a): 18 kwi 2015, o 17:25
Wiek postaci: 24
Ranga: Sentoki
Krótki wygląd: Chodzące piękno.
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=320
GG: 401110
Multikonta:

Re: Promyk Słońca

Postprzez Shijima » 8 gru 2017, o 12:11

Wyprawa rangi B
Chociaż i tak powiedzą, że C

Oto Cisza i ogień - to we mnie i w tobie.
Obrazek
5/∞

Przeciwnicy bywali różni. Jedni mieli twarz starego gnojka, który zgwałcił trzy dziewczyny i dwie z nich pochował żywcem w lesie, inne Królewny Śnieżki, a jeszcze inne chłopaka tamtej dziewczyny, która tak przyjemnie pieściła ciało zeszłej nocy. Nie zawsze można było ich wybierać. To jak na rodzinnych zdjęciach - wszyscy wyglądają radośnie, idealnie,
nie zmienia to jednak faktu, że to nie my sobie tą rodzinę wybraliśmy. Nie oznaczało to też, że pewne obrazy nie potrafiły kłamać. Zebrałeś ich w swoim domu wystarczająco wiele, by wiedzieć, że nie można ufać pędzlom malarza, który wykluł świat nierealny spod swojego pędzla. Czasem były to pejzaże miejsc, które naprawdę istnieją, czasem były tak idealnie odzwierciedlone, że chciało się wyciągnąć do nich rękę i przejść na drugą stronę - doceniasz wtedy talent, ale czy docenisz wyobraźnię? Twarze ludzi nie były płótnem, a ty nie byłeś malarzem. Byłeś pionkiem postawionym na tej szachownicy, jednym ze zjawisk przedstawionych, które dostały od niewidzialnego Gracza prawo decydowania, w którym kierunku skręcisz. Zdaje się, że zazwyczaj to ta różowowłosa lubiła decydować. Ta sama, której ciało leżało pod ścianą, całkowicie blade, ubrana dokładnie tak, jak ją zapamiętałeś. Pamiętasz? Twoja dłoń przejechała po jej udzie, odgarnęła miękki materiał przepaski, którą miała na biodrach. Była koloru czerwonego. Nie pasowała zupełnie, dlaczego akurat dołożyła czerwień do swoich ślicznych, różowych włosów, które pachniały orchideą topioną w wannie podczas jej wcześniejszej kąpieli i do błękitnych oczu, które denerwująco przyciągały spojrzenie? Dlaczego ta cholerna czerwień? Dekoncentrowała cię. Tak samo jak wąskie pasma materiału przykrywające jej jędrne piersi. Też był cholernie czerwony. Rozpraszał. W pamięci brzmiał słodko mamiący odgłos kołysania się dzwoneczków, które zostały przymocowane u dołu, grały tak delikatnie, że słyszałeś je tylko kiedy się w twoim kierunku nachylała, całą resztą nakrywała płachta szumu. Teraz zamiast szumu i dźwięku dzwoneczków było irytujące piszczenie w uszach. Nachylała się prawie ciągle, tylko dlaczego? Najpierw siedziała i tylko wpatrywała się w ciebie, uśmiechnięta, jej oczy, jej włosy, jej idylliczne usta, z którego chciało się spijać sake. Czy rzeczywiście tak cię ogłupiła..? Chyba nie. Wróg miał w końcu wiele twarzy i nie każdej twarzy można było ufać. Nic nie mogłeś po prostu poradzić na to, że ta panienka niekiedy zupełnie rozkładała cię na łopatki, albo raczej - rozkładałeś samego siebie, ona jedynie pomagała drobnym pchnięciem. W końcu, mój Przyjacielu, szaleństwo, jak wiesz, jest jak grawitacja. Wszystko, czego potrzebuje, to lekkie pchnięcie.
Oparłeś się dłońmi o ciężkie szafy blokujące drogę, przez które przedostanie się było niemożliwe. Przeskoczyć je? Nie ma szans. Przepchnąć? Nie-e. Nie dzisiaj. Dla chcącego jednak nic trudnego, a ty naprawdę chciałeś - i to chyba bardziej niż śmierci przed paroma chwilami. Drewno było chłodne, tak jak wszystko tutaj - nietypowo chłodne jak na pustynię, chociaż biorąc pod uwagę, jak chłodno było, nadal panował zmrok. Słońce leniwie wstawało i nie raczyło się wychylić znad morza złotych piasków, ale jego pierwsze promienie rozjaśniły całkowity mrok i zchłostały gwiazdy. Musiały. Inaczej nie znalazłbyś całego nieboskłonu w oczach jednej Ciszy. Sam nie byłeś już pewien, jak w końcu znalazłeś się po drugiej stronie. Twoje palce przejeżdżały po wypolerowanym drewnie, szukając jakiegoś przejścia i w końcu przeszedłeś parę kroków i nachyliłeś się w stronę Losu. Twojego własnego, osobistego Losu. Tej, której chciałeś powiedzieć wiele przykrych słów, ale której nie mógłbyś wbić noża w serce, w końcu nader często pozwalała ci spojrzeć na świat przez Różowe Okulary. Zostałeś stworzony do większych celów, miałeś wynurzyć się spośród zwykłych ludzi - gdyby nie tych kilka pchnięć z jej strony pewnie by się to nie udało. Wyciągnąłeś do niej dłoń i sięgnąłeś włosów, które kurtyną przysłaniały jej lico, którego nie mogłeś sobie przypomnieć. Nie potrafiłeś złożyć go w całość - z całą pewnością było równie słodkie co ona sama, tylko co to dokładnie oznaczało i jak ją rysowało..? Nie posiadała twarzy. Cała jej skóra została zdarta, pozostały tylko mięśnie, gołe zęby i puste oczodoły pozbawione oczu.
Oto Twoje Różowe Okulary, Przyjacielu.
Plamy, które wcześniej były bardziej niezidentyfikowane, teraz stały się bardziej wyraźnie. Krew. Krople krwi pozostawione pojedynczo na ziemi, rozchluśnięte na ścianach, szkło, które ciągle chrzęściło i łamało się pod twoim ciężarem ciała, a który to odgłos był jedynym tutaj, nie licząc mocnego uderzania twego własnego serca i oddechu zbieranego w klatce piersiowej. Na ścianie, przyczepiona kunaiem, wisiała karteczka, której treść głosiła "Było miło. Kuroi Kuma pozdrawia i poleca na przyszłość".

Obrazek
Dostałem w darze moc, by emocje budzić.
Przestałem czytać z ksiąg, zacząłem z ludzi.
Avatar użytkownika

Shijima
Pisarz Lata
 
Posty: 690
Dołączył(a): 28 lip 2017, o 23:10
Wiek postaci: 24
Ranga: Akoraito
Widoczny ekwipunek: Czarny płaszcz ♥
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=3910&p=56595#p56595
GG: 12504223
Multikonta: Koala ♥

Re: Promyk Słońca

Postprzez Ichirou » 9 gru 2017, o 09:55

Wszystko, czego potrzeba, to tylko lekkie pchnięcie. Pani o różowych włosach nazywana Losem właśnie lekko pchnęła świat.
Prosto w przepaść.
Świat się kończył? Być może. Na pewno zamieniał się w ruinę. W totalny chaos porozwalanych mebli, wyważonych drzwi,
roztrzaskanego szkła i poprzewracanych przedmiotów. Zmieniał się w ból głowy, ociężałe ciało i pobrudzone ubrania. Zamieniał się w żałość i udrękę.

Zarówno brązowowłosego jak i lokal można było określić jednym słowem - zrujnowany. Dzień ledwo się zaczął, ale Asahi miał go już konkretnie dość. Choć miał w swojej karierze wiele ciężkich, skacowanych poranków, to ten absolutnie zdystansował konkurencję.
Koniuszkami palców odgarnął kosmyk różowych włosów, a wyobraźnia jakby trochę przez mgłę podpowiadała mu, czego powinien się spodziewać. Jakoś podświadomie przeczuwał, że za tą miękką i pachnącą orchideą, różaną kotarą objawi mu się delikatne, młode oblicze. I te głębokie, błękitne oczęta, w których szło się zatopić. A może już się w nich zatopił? Te wszystkie przebłyski były tak rozmyte, a silny ból głowy uniemożliwiał odsiania prawdy od fikcji.
Och, jakże się mylił i jakież było jego zdziwienie, kiedy zamiast ładnej twarzyczki ujrzał to coś. Natychmiast cofnął dłoń, zakrywając włosami z powrotem twarz dziewczyny. Nie miał ochoty oglądać tego parszywego widoku, choć pamięć na wespół z wyobraźnią były skore do psot nie pozwalały na dobre pozbyć się tego nieszczęsnego obrazu.
Kurwa, chciał jedynie dożyć dnia kolejnego, przetoczyć się jakoś, przespać, odetchnąć. Ale nie, Los musiała go wepchnąć w najgorszym możliwym momencie w jakieś ogromne bagno. Ichirou miał już tego dość.
Złapał się znowu za czoło i z grymasem na twarzy rozmasował puchnące skronie. To nie było zwykłe zabójstwo, z pewnością nie przypadek sprzeczki, która rozwinęła się w niewłaściwą stronę. Kobieta nie była też nieszczęśliwym świadkiem niewłaściwego zdarzenia. Sprawca zadał sobie zbyt wiele trudu, by mówić tutaj u przypadku. Tylko po co to wszystko? Ta egzekucja i oszpecenie ofiary miały coś manifestować? Niby co? Że zabójca jest popierdolony? Była spora różnica między tak makabrycznym potraktowaniem celu po śmierci, a zabiciem kogoś w gniewie, czy nawet z premedytacją, ale z powodu konfliktu interesów, przekonań, reprezentowania wrogich stronnictw.
Mafijne porachunki, czy jakiś zjebany świr?
Przyjrzał się uważnie plamom, szukając jakichkolwiek śladów, które mogłyby poprowadzić gdzieś dalej. Później podniósł się z wielką ociężałością i skrzywił się wyraźnie na chrzęst miażdżonego szkła pod jego stopami. Trudno ocenić, co było gorsze -przeklęty kac, czy ta gówniana sprawa. Nie miał na to ochoty ani werwy, ale zmuszał się do kolejnych działań. Do rozejrzenia się po pomieszczeniu, do zwróceniu uwagi na napotkane detale. Do wczytania się w treść odnalezionej kartki.
Kuroi Kuma. Kurwa, pamiętał to imię. Pamiętał gościa, z którym pił ubiegłego wieczoru. To była ostatnia rzecz, którą kojarzył jeszcze klarownie. Czy on właśnie biesiadował z osobnikiem odpowiedzialnym za tę całą masakrę? Ta świadomość jeszcze bardziej denerwowała rozdrażnionego już Ichirou. Tylko dlaczego to wszystko? Po co ta karteczka? Ciężko było się po popierdoleńcu spodziewać jakiejś logiki, ale i tak Asahi chciał odpowiedzi.
To w pewien sposób wyjaśniało, dlaczego w ogóle nie kojarzył starszego od siebie Sabaku i dlaczego tamten posiadał najniższa rangę z możliwych. Kuroi najwyraźniej był Sabaku, ale nie należał do Sabaku. Obcy. Wyrzutek. Intruz, który wrócił w kręgi swego kuzynostwa, by namieszać z nieznanych powodów. Może chciał się odegrać za jakieś dawne waśnie? Ale dlaczego na tej dziewczynie, a nie na nim? Żeby coś zademonstrować? Bo może? Kurwa, musiał być niesamowicie pewny siebie, by zostawić za sobą ślad. No właśnie, przecież podane imię mogło być fałszywe. Ale i tak przecież się ujawnił. Pokazał swoją twarz, swoje więzy krwi, czyli umiejętność kontroli piachu.
No właśnie! Piasek? Gdzie on, kurwa był? Asahi rozejrzał się raz jeszcze pomieszczeniu, w poszukiwaniu kwarcowych ziarenek, na które wcześniej mógł nie zwrócić uwagi. Musiał być jakiś ślad po tym skurwysynie.
Avatar użytkownika

Ichirou
Mister Lata
 
Posty: 1842
Dołączył(a): 18 kwi 2015, o 17:25
Wiek postaci: 24
Ranga: Sentoki
Krótki wygląd: Chodzące piękno.
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=320
GG: 401110
Multikonta:

Re: Promyk Słońca

Postprzez Shijima » 9 gru 2017, o 10:42

Wyprawa rangi B
Chociaż i tak powiedzą, że C

Oto Cisza i ogień - to we mnie i w tobie.
Obrazek
7/∞

Ilu potrzeba ludzi do pokonania jednej panienki o różowych włosach?
Jednego wyrzutka z klanu Sabaku? Grupki asasynów? Tuzina samurajów? Całego oddziału shinobi czy może już wojska, wyposażonego w najnowszą technologię, w najlepsze maszyny oblężnicze, które byłyby w stanie przeciwstawić się sile jej drobnych, bezbronnych ramion?
Nie był potrzebny nikt.
Pokonała się sama.
Stojąc nad przepaścią z rozwartymi ramionami, łapiąc w nie wiatr i tchnienie wszechrzeczy, pozwalając by Mojry ściągały włosy z jej ramion, które naturalnym stanem rzeczy wysunęły się z jej głowy i plotły z nich ludzkie życia, pokonała siebie samą. Przestała popychać ludzi - popchnęła cały świat. Tam zaś, gdzie nie było świata, nie było ludzi. Tam Los był niepotrzebny - i oto była, tuż przed tobą, jej twarz, której nawet brzydziłeś się dotknąć, na którą nie chciałeś spoglądać,
składając jej obraz na słodycz i delikatność, na całkowitą niewinność pomimo tego, jak wiele zła miała na sumienieu.
Tylko czy można było ją winić za to wszystko? Ona jedynie popychała, reszta była wolną wolą i decyzją człowieka.
To, czy uniesiesz miecz i splamisz ręce swoją krwią nigdy nie było jej przymusem. Jej rozkazem. Czy zasłużyła, czy też nie -
kwestia sporna, jedni powiedzą, że jak najbardziej, inni zamilkną w zdruzgotaniu, a trzeci jeszcze przyklasną - to wszyscy ci, którzy nie kopali zbyt głęboko w próbach zrozumienia świata, oni jedynie spoglądali na ładnie opakowany prezent i szukali sensacji. Nie mając swoich uczuć żyli uczuciami innych. Nie mając swojej prywatnej dziewczyny o różowych włosach.
Teraz, zdaje się, ty również byłeś od niej uwolniony - i co? Czujesz się z tym lepiej? Nikt już nie będzie rzucał tobą na boki,
nikt już nie zepchnie twojej rzeczywistości z krawędzi i nie pozwoli jej się zapaść. Pan własnego Losu, czy to nie brzmi pięknie? Obiecująco?
Jak na razie nie panowałeś nad samym sobą, co dopiero nad Losem.
Ślady, którym się przypatrywałeś, nie mogły zostać zrobione przed godziną czy dwiema. Były zaschnięte, kurz i pył pustyni zdążył zebrać się już częściowo w pomieszczeniu, nie nakrywał niczego gęstą warstwą, tutaj i w ciągu jednej nocy potrafiło się go tyle zebrać. Krople krwi rozmazane zostały na ziemi w miejscu, z którego przyszedłeś, jakby ktoś tam coś ciągnął (lub kogoś), w tym samym progu, w którym jeszcze przed momentem stały zawalone regały. Teraz ich nie było. Tak samo jak zza kolorowych koralików nie widać było wnętrza herbaciarni - zdezelowanej i wydrylowanej bogatą w imprezy nocą. Gdybyś miał opisać swój stan, to czy stan tej herbaciarni nie byłby jego uplastycznieniem? Zrobiło się jeszcze chłodniej. Dreszcze,
które przebiegły po twojej skórze stały się aż nad wyraz odczuwalne - zaatakowały niespodziewanie, wzdrygnęły i równie szybko odeszły. Być może chmury przysłoniły księżyc i pierwsze promienie słońca, dlatego zrobiło się wokół tak ciemno?
W pomieszczeniu widziałeś jednak wszystko dość wyraźnie. Blada, zimna łuna wpadała do wnętrza z zamkniętego okna, odbijając się chłodnym blaskiem w kolorowym, roztrzaskanym szkle. Pomiędzy tym szkłem było naprawdę sporo piachu. Rozsypane ziarenka, które nie zakrywały całej podłogi, ich natężenie raczej wąskimi liniami rozsypywało się bardziej pod ścianą i koniec końców - przy różowowłosej, tworząc wokół niej rozdmuchnięty częściowo przez wiatr krąg, ale było ich na tyle wiele, że nie trudno było je przegapić - zwłaszcza kiedy się wiedziało, czego szukać. I gdzie. Piach jednak znajdował się pod rozbitym szkłem.
- Mówiłam ci, że Sachiko to zwykła dziwka. - Mówiła?
Zaraz, kto mówił?
Nie usłyszałeś szelestu koralików.
Kaori stała w progu, opierając się o ścianę ramieniem, z zaplecionymi na klatce piersiowej rękoma, ubrana w twoje kimono. Nie spoglądała nawet na ciebie. Patrzyła na liścik wbity w ścianę, na zostawiony kunai, by zaraz przenieść spojrzenie na dziewczynę smętnie leżącą pod ścianą, pozbawioną życia, której wykradziono dech z piersi gwałtem, przemocą. Nic się nie zmieniła. Tak, różowowłosa na pewno, nie licząc tego, że ktoś skradł jej twarz - sama Kaori nie zmieniła się nic na nic. Te same, błękitne oczy, te same czarne jak noc włosy, które były jak pajęcza sieć, miękkie, długie, opadające na jej plecy i na klatkę piersiową pojedynczym pasmem. Nadal stąpała boso i podkrążone mocno oczy wskazywały na zmęczenie i trud drogi, który przyszło jej przekroczyć przez wszystkie ostatnie dni. Nie, nigdy nie mówiła, że Sachiko to dziwka, ale mówiła, że trzymała ją siłą. Bajeczki. Dziewczynka, która cię oszukała w tak banalny sposób, miała tupet pokazywać ci się przed oczyma i opowiadać ci bajeczki.
Wszystko, czego potrzeba, to tylko lekkie pchnięcie. Pani o różowych włosach nazywana Losem właśnie lekko pchnęła świat.
Prosto w twoje ręce.

Obrazek
Dostałem w darze moc, by emocje budzić.
Przestałem czytać z ksiąg, zacząłem z ludzi.
Avatar użytkownika

Shijima
Pisarz Lata
 
Posty: 690
Dołączył(a): 28 lip 2017, o 23:10
Wiek postaci: 24
Ranga: Akoraito
Widoczny ekwipunek: Czarny płaszcz ♥
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=3910&p=56595#p56595
GG: 12504223
Multikonta: Koala ♥

Re: Promyk Słońca

Postprzez Ichirou » 9 gru 2017, o 12:43

Sam najchętniej wydłubałby oczy skurwielowi, który umieścił go w tej chorej sytuacji. Wmieszanie go w tę sprawę w tak tragicznej kondycji było bardziej nieludzkie niż oszpecenie ciała dziewczyny. Tak się nie robi. Nie człowiekowi, umęczonemu przez potężnego kaca, mającego dość wszystkiego. Po co Asahi się w ogóle w to pchał? Mógł przecież opuścić lokal, przekazać informacje odpowiednim służbom lub swojemu zwierzchnikowi, a potem wziąć kąpiel i przespać resztą dnia w wygodnym łóżku w jednej z trzech sypialń nowej rezydencji. Ale nie, mimo pękającego łba wciąż rozglądał się po zakamarkach zakrwawionego pomieszczenia, starając się rozwikłać zagadkę i odnaleźć odpowiedzi na postawione przez siebie pytania. Niby chciał prostego, przyjemnego i lekkiego życia, ale za każdym razem je sobie utrudniał. Przyciągał problemy z większą siłą niż najsprawniejsi Maji żelazo, dążył do autodestrukcji jak gliniane twory Dōhito.
Dopatrując się kolejnych szczegółów w otoczeniu, rozważał wszystkie możliwe opcje. Dlaczego w ciele ofiary był wbity nóż kuchenny, a liścik został później przybity kunaiem? Sprawca musiał wmieszać się gości lokalu, być może nawet w personel i w dogodnym momencie sięgnąć po najbliższe ostrze. Tylko co z resztą ludzi? Knajpa została wywrócona do góry nogami przed czy po zabójstwie? Dlaczego była teraz pusta, nie licząc tego jednego, jedynego ciała?
Z jednej strony Kuroi był pierwszą osobą, jaka przychodziła na myśl, ale nie wszystkie roztrzaskane, drobne kawałeczki układały się w jedną całość. Staruszek też już był porobiony, ale fakt, zawsze mógł udawać swoje nakopcenie, wylewając swoje kolejki za kołnierz i nie zaciągając się dymem fajki wodnej. Tylko czemu piach znajdował się pod, a nie na szkle?
A może to była Sachiko i jej wyraz niezadowolenia po porażce Asahiego? Tak, Ichirou był na tyle egocentryczny, że musiał się umieścić jakoś w tej sprawie i mocno wątpił, że znalazł się jedynie w niewłaściwym czasie i niewłaściwym miejscu. Wpływowa pani polityk z pewnością dysponowała odpowiednimi środkami, by dokonać tej makabry, albo inaczej - tego pokazu. To by tłumaczyło brak ludzi, czy jakiejkolwiek straży w lokalu. Mowa przecież o przybytku znajdującym się w centralnej części osady, więc jak mogło obejść się to bez echa?
A może świat się naprawdę skończył? I brązowowłosy jeszcze nie był świadom, że na zewnątrz nie ma już niczego, że pozostały jedynie zgliszcza.
I wtedy dotarł do niego głos, który wprawił go w absolutną konsternację i zjeżył wszystkie włosy na jego ciele.
Kaori.
Obrócił się w jej stronę. Jego twarz zbladłaby, gdyby nie to, że już i tak w obecnej chwili prezentowała się jak siedem nieszczęść. Źrenice bursztynowych oczu rozszerzyły się. Drażniące wspomnienia, których tak bardzo chciał się pozbyć poprzedniego wieczoru, nagle wróciły.
Do tej pory był absolutnie pewien, że gdy tylko spotka ją jeszcze raz, natychmiast doskoczy jej do gardła i udusi własnymi rękoma, odgrywając się tym samym za wystawienie jego imienia na pośmiewisko. Co się stało, że jednak tego nie zrobił? Przede wszystkim był zbity z tropu, całkowicie zdezorientowany. Starał się pospiesznie scalić ze sobą elementy układanki, ale ta rozsypywała mu się w dłoniach. Nie rozumiał. I brak mu było sił. Przy normalnym samopoczuciu, wypoczętych kończynach, świeżej i nieobolałej głowie już dawno przyszpiliłby ja piaskiem do ściany i wydusił odpowiedzi. Teraz nawet nie miał gurdy pod ręką.
- Nie mówiłaś - wycedził, otrząsając się z kilkusekundowego szoku. Udzielił najprostszej odpowiedzi, jaka tylko przyszła mu do głowy, chcąc tym samym ugrać na cennym czasie potrzebnym do analizy sytuacji.
Ona za tym wszystkim stała? Dlaczego posłużyła się bronią, zamiast skorzystać ze swych kości? Żeby przerzucić winę na kogoś innego? Po co więc tak wpatrywała się w ten pieprzony liścik, skoro powinna dobrze znać jego treść? Nic tutaj, do cholery, nie pasowało.
Tak bardzo chciał się na niej odegrać i wyładować se złości, ale tak bardzo nie mógł. Nie w tym stanie, nie w tej sytuacji. Chociaż w sumie, to już nawet nie był pewien, czego teraz chce. Może jednak świętego spokoju? Czy jednak prawdy i odpowiedzi na mnożące się bez liku pytania?
Graj, chłopie, graj.
- Nie spodziewałem się tu ciebie... - zaczął zachrypniętym, możliwie spokojnym głosem. Skoro nie przebiła go kościami na wylot przed momentem, to najwyżej była skora do rozmowy. Równie dobrze mogła być to krótka pogawędka przed egzekucją. Tylko czy był jakiś powód do egzekucji? Ha, nawet jeśli, to Ichirou zamierzał je odebrać.
- Liczyłem, że już nie wrócisz. Nie po to pozwoliłem ci na ucieczkę i naraziłem się przez sabotaż własnego zadania, żebyś teraz wszystko zepsuła. - Odparł, uważnie się jej przyglądając. Był ciekaw jej reakcji. Myślała, że go wcześniej wykiwała? Dobre sobie, to on wykiwał ją, pozorując swoją nieostrożność i przymykając na to oko. Przecież podkreślił już różnicę ich sił. Ba, nawet podczas herbatki zasugerował, że dziewczyna jest tylko klonem, testując tym samym jej reakcję. Chyba wtedy powinna się domyślić, że on wie, nieprawdaż?
To wszystko tak idealnie się zgrywało, gdyby nie znał prawdy, to sam uwierzyłby w to, że rezultat jego poprzedniego zadania był całkowicie zamierzony, a nie wynikał z nieuwagi lub błędu czarnego kocura, który za słabo wbił swe pazurki w udo panienki o czekoladowych włosach.
- Chyba należą mi się za to wszystko wyjaśnienia, nie sądzisz? - rzucił na koniec, nie dowierzając temu, że ten cały bałagan może wytłumaczyć mu wcześniejszy wróg.
Avatar użytkownika

Ichirou
Mister Lata
 
Posty: 1842
Dołączył(a): 18 kwi 2015, o 17:25
Wiek postaci: 24
Ranga: Sentoki
Krótki wygląd: Chodzące piękno.
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=320
GG: 401110
Multikonta:

Re: Promyk Słońca

Postprzez Shijima » 9 gru 2017, o 14:01

Wyprawa rangi B
Chociaż i tak powiedzą, że C

Oto Cisza i ogień - to we mnie i w tobie.
Obrazek
9/∞

Moje słodkie, drogie Dziecko... Chciałabym ci powiedzieć, byś spojrzał w lusterko, spojrzał na swoje przekrwione, wyschnięte oczy, które nie lśniły diamentami, jak lśnić powinny, byś poprawił ten kosmyk włosów, który przysłaniał twoje czoło, podstawiłabym ci misę, byś zmył z siebie dzień wczorajszy, przedwczorajszy... I cały ten czas, którego nie byłeś w stanie pochwalić. Chciałabym ci powiedzieć tak wiele słów, które umarły. Przecież umarła też Cisza. I gdybym nawet mogła otworzyć usta, gdybym zmusiała gardło do współpracy i miała siłę w dłoniach, by lustro ci przysunąć - dałbyś radę w nie spojrzeć? Nie katuj się, tak, moje Słońce - jeszcze się nie zbudziłeś, jeszcze nie wysunąłeś się nad horyzont, daj sobie minuty, zamień te drobne na godziny. To jeszcze nie twój czas. Spójrz, wszyscy jeszcze śpią. Śniły gwiazdy, śniła Sol, śniła nawet różowowłosa dziewczyna - tylko ty stoisz tutaj, z oczami podniesionymi na zapałki,
oceniając samego siebie mocno i surowo. Koniec końców oboje zapominaliśmy, że lustro już miałeś - tuż przed sobą.
Opierało się o ścianę i - oh - nie byłeś w stanie na nie spojrzeć! Odrzuciło cię od razu, gdy tylko się nad nim nachyliłeś.
Wszystko dlatego, że odmówiłeś łatwej drogi, która wyłożona została miękkim, bordowym dywanem. Unosiłam ją ponad szkłem, który drażnił twe uszy i wonią juchy rozlewającej się wszędzie, która dopiero teraz zaczęła do ciebie docierać ponad smrodem własnego ciała, przepoconych ciuchów, alkoholu i wymiocin. Nikt i nic nie odbijałby twojej twarzy. Zostałaby ci zwrócona, nie musiałbyś słać przekleństw w powietrze i grozić niepoznanemu wrogowi, że wydłubiesz jego oczy. Ach, mój Przyjacielu, chyba nie powiedziałam najważniejszego.
Uważaj, czego sobie życzysz.
Masz rację, nic tu do siebie nie pasowało. Wszystko się rozjeżdżało i tylko jeszcze bardziej rozpadało, jak szkło pod twoimi nogami. Podnosiłeś kolejne elementy puzzli, ale jak mogłeś je zlepić, kiedy brakowało ramki..? Tu nie było barw, które mogłeś ze sobą scalić, nie było żadnych konturów. Bawiłeś się w tej piaskownicy na ślepo z wrażeniem, że piaskownica należy w pełni do ciebie. Czemu więc nie mogłeś jej kontrolować..? Brakowało czegoś. Ogień twojego wnętrza przygasał i rósł równomiernie, kropla po kropli, płomyk po płomyku - czujesz to? Rosnące napięcie, które coraz mocniej rozsadzało twoje skronie i sprawiało, że stawałeś się naprawdę maluczkim pionkiem na planszy. Nie obejmowałeś jej wzrokiem. Nie obejmowałeś umysłem. Puzzle, piaskownica, plansza szachowa - wirujący świat, ten mały, malutki świat zamknięty do jednego zaplecza, na którym gotowano słodką herbatę i z której wydawano najlepszą sake w okolicy, która zwilżała przyjemnie twoje myśli i gardło. Światło księżyca na moment przysłoniła chmura i w pokoju zapanował całkowity mrok. To nic.
Jej oczy ciągle lśniły.
Wyraźny błękit na tle koralików zakrywających otchłań, która nie zwracała twojej najmniejszej uwagi. Musiałeś liczyć rozważnie, a jeśli już liczyć miałeś to tylko na samego siebie. Dwa dodać dwa musiało równać się cztery - nawet jeśli teraz równało się pięć. Zamrażający, lodowaty błękit, który teraz wcale nie przypominał nieba nad Atsui. Był tak wyraźny, jak zimowe, mroźne niebo Hyuo, sprowadzało je do serca, przesiąkało na wskroś sprawniej niż ugryzienie kobry królewskiej, jeszcze bardziej niespodziewanie.
Celnie.
Nic nie znaczyło to, że wcale nie spoglądała na całe to miejsce oskarżająco. Nie było w niej osądu, nie potrafiłeś powiedzieć, czy jej dwa plus dwa równa się cztery, czy wie, kto to zrobił, czy może sama to uczyniła i teraz po prostu chciała się nad tobą poznęcać. Zabije cię, potem przyniesie twoją gurdę, rozsypie wokół piach. Przyjdą strażnicy i dla nich będzie oczywiste, kto tu co uczynił - może właśnie ty? Oszalałeś, najpierw ułatwiłeś ucieczkę niebezpiecznej, szalonej dziewczynie, a potem upiłeś się, wpuściłeś do krwiobiegu narkotyki i postradałeś sam zmysły? Na pewno toczone by było śledztwo, tylko kogo to obchodzi? Jak na razie sam je toczyłeś, pragnąc odpowiedzi na pytania... czy może pragnąc w gruncie rzeczy swojego przytulnego mieszkania, w którym nie wyrastałyby spod ziemi trupy i twoja twarz w lustrze nie byłaby obdarta ze skóry? Wydłubane oczy nic jeszcze przecież nie znaczyły. Znaczenie miało tylko to, że w tym miejscu, o tej porze, o tej godzinie, to Ty byłeś tym, który powinien grać rozważnie i uważać, jakie elementy lekko pchniesz do przodu, sprawdzając, jak rodzi się chaos w twoim zupełnie poukładanym świecie. Miał być naprawdę śliczny. W twoim nowym pałacyku, być może z nowymi paniami, które zabawiałyby ciebie a ty je - miało być życie godne życie króla! Było życie godne żebraka. Dlatego, mój Słodki, czujesz, co zaatakowało to miejsce, gdy zabrakło tej różowołosej pani..?
To Strach.
Kaori lekko odepchnęła się ramieniem od kamiennej, zimnej framugi (raz, dwa, trzy...) i postąpiła krok do przodu. Dwa. Trzy. Wolne, flegmatyczne, uważne. Gdyby szkło pod twoimi nogami było Twoim życiem i gdyby to one były puzzlami, które tak bardzo chciałeś ułożyć - co byś wtedy zrobił? Padłbyś na kolana, starając się je złożyć w całość, naprawić? Zmyłbyś krew ze ścian i uprzątnął piach, a porcelanę posklejał do jej dawnej świetności czy zostawił to daleko za sobą i znalazł nową herbaciarnię, w której znalazłbyś nowy dom?
Tam dom twój, gdzie twoje rozbite serce. Nie słyszałeś o tym?
Kościane kolce wysunęły się z ciała Kaori i wbiły w twoje ciało, spychając cię na ścianę, przybijając do niej jak zwierzynę łowną na wystawie, których łby wieszało się nad kominkiem w salonie. Pajęczyca wystawiła swoje cztery odnóża - a mówili - trzymaj się z daleka od czarne, pajęczej sieci...
Ich jad powala najsilniejszych.
Ból przysłonił, przyćmił zmysły, kości przybiły do ściany twoje dłonie, twoje przedramiona, boki i nogi, nie pozwalając na jakikolwiek ruch. Impet uderzenia odebrał na chwilę dech w piersiach. I to... już..? Dziewczyna, która cię oszukała, miała cię zabić w tym podłym miejscu, dla której byłeś dobry przez parę chwil z powodu, którego sam do końca nie rozumiałeś..? Przed którą teraz grałeś, chcąc ocalić swój byt? Spójrz na siebie. NO SPÓJRZ! Przyjrzyj się wszystkim tym kawałkom szkła swym ograniczonym, pulsującym od bólu umysłem i zobacz w nich swoje odbicie. Widzisz je? Dostrzegasz?
Czy zgubiłeś już twarz w twoim własnym świecie?
- Tak strasznie mi przykro... - Nie wydaje mi się! - cisnęło się aż na usta, prawda? Ale wydawała się bardzo smutna. Samotna, smutna, opuszczona dziewczyna, która nawet nie potrafiła się pozbyć twojego kimona. Która ciągle chodziła boso, pomimo tego, jak istotne dla kultury były stopy, ich czystość, bo nikt jej nie dał butów. Która nie mogła od ciebie oderwać teraz wzroku, choć nie spoglądała na ciebie tak jak wszystkie inne kobiety. Ciągle się zbliżała.
... trzy, cztery...
Kaori uniosła swoją dłoń, z której wysypał się piasek, by ukazać zwisający z niej medalion. Złapała łańcuszek w obie ręce - bardzo delikatnie i ostrożnie.
Pięć.
- Nawet jeśli świat się kończy, zawsze wstaje nowy dzień. Jesteś moim Słońcem, Ichirou. Powinieneś o tym wiedzieć najlepiej. - Uniosła medalion, by zawiesić go na twojej szyi i musnąć go palcami. Zupełnie jakby nie słyszała twoim poprzednich słów, albo postanowiła je zupełnie zignorować.

Obrazek
Dostałem w darze moc, by emocje budzić.
Przestałem czytać z ksiąg, zacząłem z ludzi.
Avatar użytkownika

Shijima
Pisarz Lata
 
Posty: 690
Dołączył(a): 28 lip 2017, o 23:10
Wiek postaci: 24
Ranga: Akoraito
Widoczny ekwipunek: Czarny płaszcz ♥
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=3910&p=56595#p56595
GG: 12504223
Multikonta: Koala ♥

Re: Promyk Słońca

Postprzez Ichirou » 9 gru 2017, o 16:13

Czy zgubił już twarz w swym własnym świecie? A czy to jeszcze był jego świat? Te porozwalane meble, roztrzaskane szkło,
rozlany alkohol, rozmazana po ścianach krew, oszpecony trup? Można było postawić teraz i tysiące luster wokół niego, ale mała szansa, żeby w jakimkolwiek rozpoznał swoje odbicie. Brudny, śmierdzący, zniszczony, rozmawiający z nieprzyjacielem? Gdzie był ten wielki gniew, gdzie złość, gdzie potężna siła woli, przytłaczająca otaczające go osoby? Był jedynie marnym cieniem siebie. Obolałym, zmęczonym, bez werwy, motającym się we krwi i rzygowinach, próbującym poskładać z drobnych jak pustynny pył kawałeczków coś, o czym nie miał bladego pojęcia. Był jak ślepy szukający światła, albo jak głuchy szukający źródła dźwięku. Był w kropce. Mógł co najwyżej kierować ciepłotą wypromieniowaną przez światło lub drżeniem wprawionego w wibracje powietrza.

Nie odpowiedziała. Ruszyła powolutku w jego kierunku, a on się przyglądał, zastanawiając, jaki podejmie ruch. Jakiekolwiek nagły zryw, atak, uskok lub sięgnięcie po zwój z gurdą byłyby zbyt jasną deklaracją jego zamierzeń. Myślenie przychodziło mu ciężko, ale znaczy, że nie miał w sobie choćby krzty rozsądku. Nie chciał toczyć boju ze względu kiepski stan i nieciekawe położenie. Zresztą, w tym momencie jego złość wymierzoną w stronę Kaori przebijała dezorientacja i pragnienie docieknięcia do sedna sprawy. Nie chciał być najzwyklejszym pionkiem, miotającym się po szachownicy jak pojedyncze ziarnko piasku podczas pustynnej burzy. Chciał po prostu wiedzieć, o co tu, kurwa, chodzi.
Być może źle wyczytał intencje dziewczyny lub przeliczył skuteczność swojego dyplomatycznego podejścia. Nieważne.
Ważne teraz było to, że ona zaatakowała, a on miał przejebane. Zanim jego otępiałe zmysły wysłały odpowiedni komunikat, zanim jego ociężały umysł podjął reakcję, zanim jego obolałe, zesztywniałe ciało wykonało odpowiedni ruch... Cóż, było już zbyt późno.

Został przyszpilony grupą kości do ściany, choć to on ją powinien już dawno przyszpilić piachem. Krytyczny błąd.
Zawył cicho z bólu, starając się zatrzymać krzyk w wyschniętym gardle, by nie dać jej tej satysfakcji z zadawania mu cierpienia. W bursztynowych oczach błysnęła złość. Złość na Kaori, na swoją bezsilność, na całą tę przeklętą sytuację. Zabawy z ofiarą się jej, kurwa, zachciało.
Był jednym, wielkim kłębkiem bólu. Do pękającej od wczorajszej libacji głowy dołączyła cała reszta ciała przeszyta kościanymi ostrzami. Nie ważne, jak wielkim shinobim się było. Rany bolały tak samo, a te były głębokie i było ich wiele. Zbyt wiele, by się ruszyć, bo w jakiś sposób wywinąć się z objęcia tej niezrównoważonej suki. Każda, nawet najmniejsza próba wyrwania się skutkowała jeszcze większym bólem, jawiącym się na twarzy brązowowłosego.
Tak to się miało skończyć? Nie pierwszy raz był na skraju przepaści i spoglądał w nieskończoną, czarną otchłań nazywaną śmiercią, ale za żadnym razem nie można było się do tego przyzwyczaić. Znowu pojawiła się ta nieprzyjemna mieszanka strachu i gniewu. Asahi miał wszystkiego dość, a z drugiej strony nie chciał umierać. Choć nie miał praktycznie pola manewru, to jednak szukał jakiegoś wyjścia. Resztkami sił zebrać okoliczny piasek i zaatakować ją od pleców uformowanym ostrzem? Okaleczoną dłonią dotknąć jakiejś powierzchni i przyzwać sojusznika z Kociej Doliny? Tylko jak, bez pieczęci? Kurwa mać.
A wtedy ta z wprawą magika wydobyła z rękawa medalion. JEGO medalion. Jak? Kiedy? Jakim cudem? Przez ten wielki pierdolnik, w jakim się obudził, nie zdążył spostrzec, że nie ma na sobie rodowej pamiątki, którą przecież nosił cały czas.
Przez głowę przemknęła mu myśl, że ta zakłada mu naszyjnik tylko po to, by przyozdobić go jak ofiarę przed nadchodzącą egzekucją. Nałożyła piaskowemu paniczowi jego koronę, by potem pstryknięciem palca strącić ją na ziemie. By pogrążyć go całkowicie.
- Bardzo miło traktujesz swoje Słoneczko, nie ma co - ledwo wycedził przez zaschnięte usta, nie tracąc swojego dowcipu nawet mimo tego, że brzmiał teraz jak prawie-nieboszczyk, przechodzący na drugą stronę świata. Miał błagać o litość? Ją? Kaguya? Po tym wszystkim, co zrobiła? Dobre sobie.
Ostatkiem sił drgnął palcami, by zebrać z reszty pomieszczenia za nimi (tak, żeby ta nie widziała ruchu ziarenek) ten cholerny piach, by ocenić, ile go w ogóle jest. Nie będzie jak picza, nie podda się bez walki. Nawet, jeśli przyjdzie mu się zaraz tu wykrwawić, to weźmie tę sukę ze sobą do grobu. Albo przynajmniej spróbuje.
Avatar użytkownika

Ichirou
Mister Lata
 
Posty: 1842
Dołączył(a): 18 kwi 2015, o 17:25
Wiek postaci: 24
Ranga: Sentoki
Krótki wygląd: Chodzące piękno.
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=320
GG: 401110
Multikonta:

Re: Promyk Słońca

Postprzez Shijima » 9 gru 2017, o 17:19

Wyprawa rangi B
Chociaż i tak powiedzą, że C

Oto Cisza i ogień - to we mnie i w tobie.
Obrazek
11/∞

Dłoń Kaori uderzyła w dłonią dłoń, nakryła swoimi drobnymi placami twoje palce, przyciskając je do ściany - nie mocno, lecz stanowczo. Wiedziała..? Drgnięcie twoich palców było minimalne, szybkie, krótkie. Może dziewczyna, którą ugościłeś, miała jednak w sobie więcej siły, niż na to pokazywała..? Ten dotyk niby nie bolał, a jednocześnie parzył - sprawiał, że twoja dłoń, chcąc nie chcąc, poruszyła się i poruszyła przez to raną zrobioną na przestrzał przez kolec. Ledwo je czułeś - ręce, nogi, własny kark, nawet kac przy tym wydawał się małym, nie wartym wspomnienia zagadnieniem. Skoro już zapytałeś, jak wielu ludzi potrzeba na pokonanie cię, skoro Ja już zapytałam Mojry, jakiej siły potrzeba do pokonania Losu, to teraz zapytaj ze mną, razem. Jak wiele czasu na to potrzeba..? Pokonałeś się sam, czy więc czas nie był również ograniczony twoim własnym wyobrażeniem tykania zegara, który zazwyczaj wieszano na ścianie, by wiedzieć, o której wstać,
o której wyjść na herbatkę z koleżaneczką, a o której zacząć się szykować na bajecznie upojną noc. Wskazówki zwalniały.
W przeciwieństwie do twojego serca, które zaczęło wyznaczać nowe progi czasu, przyśpieszając - ze strachu, z besilności,
ze złości i z nienawiści do kościanej istoty, która była teraz blisko, za blisko jak na fakt, że powinna być całe mile stąd.
W końcu pomogłeś jej uciec.
- Nie lubię, kiedy kłamiesz. I kiedy zadajesz się z wężami. - Nacisnęła mocniej swoimi palcami na twoje, zgarniając je w garść, sprawiając ból, chyba nawet całkiem świadomie i jakoś ten smutek i te przeprosiny zostały zmyte z jej twarzy,
zostawiając na twarzy jedynie minimalną ciekawość, kiedy śledziła ból w twoich oczach, kiedy spijała z twoich ust każde kolejne sapnięcie, każdy kolejny ciężki oddech, który badała wciąż trzymając jedną z dłoni na twojej klatce piersiowej. Nie było w niej satysfakcji, radości, ale nie musiało być. Wszystko było tu tak samo dziwne, tak samo pochrzanione, no i kogo tu winić, hmm..? Mogłeś mieć pretensje tylko do samego siebie i do tego, że poddałeś się ckliwej złości, niemal nastoletniemu buntowi, który zaprowadził cię do tej knajpki. Ty i Twój Los, żałosna z was para, więc i tak samo żałośnie przyjdzie was skończyć. Nazwałam cię Przyjacielem? Och, wybacz, co za pomyłka...
Śmierć nie posiada Przyjaciół.
Piasku było naprawdę niewiele, ale jakąś niewielką kulkę można by z tego ulepić. Czy też kolec. Wątpliwe, by kolec ten dał radę zabić, ale jeśli tylko miałbyś dobry widok na wszystko, gdyby tylko ten świat nie skurczał się jeszcze bardziej, a twój umysł nie płatał coraz mocniejszych figli, rozmywając ciebie samego w swoich podstawach, to może, może..! Było jeszcze okno, za oknem było wiele piachu, gdyby udało ci się je zbić, gdybyś miał na tyle siły i potrafił zebrać odpowiednio wiele koncentracji..! Och, Ichir, Ichir. Gdyby, gdyby, gdyby... gdyby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała, wiesz? I gdyby Ichirou nie był pijany, nie wisiałby przygwożdżony do ściany. Kawałki szkła zadrżały, kiedy zacząłeś je podnosić, przelewać błękit energii w ziemię, przesunęły się odrobinkę, a ten szmer szkła i tak był jak wybuch notki w tej absolutnej ciszy. Zamarły koraliki, które do tej pory obijały się o siebie, przestałeś słyszeć ruch powietrza i przestałeś go też czuć. Wszystko zamarło. Tylko ta jedna, jedyna istota przed tobą, wpatrująca się w twoje oczy, które uniosła z medalionu, była jedynym elementem wszystkich tych puzzli, jedynym pionkiem, który mógł się ruszać, skakać - mogła robić, co tylko chciała. Z Tobą i z tym światem, który wyciągnęła ci z dłoni, odbierając poświęcenie Losu. Odebierała ci wszystko po kolei. Najpierw spokój, potem pewność siebie, dumę, urodę... Przyszła kolej, by odebrała ci wszystko.
- Daj spokój, próżniaku. - Ho, zabrzmiała teraz całkiem jak Kaori - nawet zrobiła taką minę, uśmiechnęła się w ten swój lekko ironiczny, ale bardziej rozbawiony sposób, unosząc wyżej jedną brew, z pstoliwymi błyskami w oczach. Zmieniała się jak kalejdoskop na twoich oczach... może nawet zmieniała się jej twarz? Jeśli ty zagubiłeś swoją we własnym świecie, to czemu ona miałaby nie zagubić..? Tamta pierwsza - czy to nie była twarz tej dziewczyny, którą porzuciłeś wraz z dzieckiem? Ta sprzed chwili - czy to nie była twarz Sachiko? I ta teraz. Kaori? - Ty nawet nie ma przyjaciół. Kto ci przetrzepie tyłek, jeśli nie ja? - Oderwała dłoń od twojej klatki piersiowej, tą, której palcami ciągle muskała rodzinną pamiątkę, cenną ozdobę na twojej szyi. Czy może bez-cenną? Kościane ostrze zaczęło wysuwać się z jej przedramienia. - Mam ci przypomnieć, kto chciał mordować bezbronnych cywili na ziemiach mojego rodu? Kto wyrwał moje korzenie z moich własnych ziem? - Puściła dłoń, którą próbowałeś przyzwać piach i odsunęła się o krok. - To do ciebie nie pasuje. Wiszenie na ścianie, jak bezbronne dziecko, zapijanie się z powodu jednej pomyłki. Pobudka, fajtłapo. Dość już rozczulania się! - Uniosła ostrze. - Panie, obudź się!
Ach, tak.
Odbicia w szkle wyraźnie pokazywały twoją pozbawioną gałek ocznych, obdartą ze skóry twarz.
Mówiłam Ci.
Uważaj, czego sobie życzysz.
- Ichiirooou..! - Kościany kolec wbił się w twoją klatkę piersiową.



Fabularna śmierć postaci. ♥

Spoiler: pokaż
Przebudził cię szmer. Podmuch wiatru plątający się między nogami, który muskał twoje odzienie, podmuch myśli w samych myślach, które muskały twoje wewnętrznie napuszone "ja" - wiń swoje ego, nie mnie. Podmuch chłodny, pozostawiający na ciele gęsią skórę. Wzdrygnąłeś się. Stół nadal był tak samo twardy, jak zeszłej nocy? Chyba o wiele bardziej, przecież wyraźnie pamiętałeś wczoraj, jak miękki stawał się pod twoim dotykiem, jak się rozjeżdżał niczym glina pod twoimi palcami, tak jak rozpływały się panienki, które obdarzałeś całymi pocałunkami. Cóż, tym razem zamiast budzić się obok pięknego, kobiecego ciała, obudziłeś się na stole. Całkiem nieprzyjemna zamiana - przynajmniej dobrowolna. Wszystko rozjeżdżało się w sposób zupełnie inny niż jeszcze parę godzin temu - teraz nie było w tym otępiającego, rozluźniającego mięśnie wygładzenia ostrych krawędzi rzeczywistości buzującej, napakowanej twoim gniewem. Z gniewu niewiele zostało, ale z używek już tak. Obolała głowa, ciężkie, lepkie powieki, oczy, które straciły na swojej klarowności, a które za to zdążyły załzawieć, napięte mięśnie nieprzystosowane do spania w aż tak niewygodnej pozycji.
Czułeś, jak ktoś mocno szarpie cię za ramię i woła ciebie, twoje imię. Przebudzenie, które winno być wolne i leniwe,
było gwałtowne. Zerwałeś się od razu.
Po Promyku Słońca krzątała się tutejsza służba. Słońce zaglądało przez okna i wciskało ci się do szeroko rozwartych powiek,
co zmusiło do ich szybkiego zamknięcia. Za jasnooo..! Zdecydowanie było tutaj za jasno, aż bolało. Do twoich nozdrzy wdarł się smród potu twojego ciała, rzygowin i alkoholu, ale przede wszystkim świeży podmuch powietrza i lekka woń herbaty,
którą już zaparzono w kuchni, tudzież na zapleczu - jak zwał tak zwał - mieszając się z zapachem płynu, którym jedna z kelnerem musiała wycierać właśnie stół - i pewnie dlatego cię budziła. Nie było tu jeszcze żadnych gości, musiałeś, z dobroci tych miłych pań, przeleżeć tu całą noc.
- Panie Ichirou, proszę się obudzić! - Ten głosik... całkiem uroczy, milutki, słodki wręcz lecz nie do przesady -
pasował idealnie do drobnej... drobnej...
Drobnej, różowowłosej dziewczyny.
Pochylała się nad tobą w swojej roboczej sukience, przyglądając ci się ze zmartwieniem błękitnymi, wielkimi ślepiami -
drobniutka i malutka, mogłaby uchodzić jeszcze za dziecko, ale kobiece kształty ją zdradzały. Ech, makijaż w tych czasach robił wszystko. Przysunęła ci szklankę z wodą i korzystając z tego, że się podniosłeś, od razu przetarła blat w miejscu,
na którym leżałeś.
- Za dużo pan wczoraj wypił, Panie Ichirou! Mówiłam Panu, żeby Pan przestał!


ŻARTOWAŁAM ♥
Obrazek
Dostałem w darze moc, by emocje budzić.
Przestałem czytać z ksiąg, zacząłem z ludzi.
Avatar użytkownika

Shijima
Pisarz Lata
 
Posty: 690
Dołączył(a): 28 lip 2017, o 23:10
Wiek postaci: 24
Ranga: Akoraito
Widoczny ekwipunek: Czarny płaszcz ♥
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=3910&p=56595#p56595
GG: 12504223
Multikonta: Koala ♥

Re: Promyk Słońca

Postprzez Ichirou » 9 gru 2017, o 19:23

Wiedziała? Jakim cudem? Czy Ichirou był teraz tak beznadziejny, tak bardzo z wyprawny z jakiejkolwiek mocy, że nawet drobne, idealne kłamstewko w jego ustach brzmiało podejrzanie? Widząc, że słowami nic nie wskóra musiał sięgnąć po ostatnią z opcji. Piach zgromadzony w poruszył się, ale właściwie to tyle. Zakotłował jak jakaś śmieszna, miniaturowa burza piaskowa, by potem opaść swobodnie z powrotem na posadzkę. Było już za późno. Nie miał w sobie energii, jego ciało odmawiało posłuszeństwa. Przeszywał go niemiłosierny, paraliżujący ból. Tak bardzo chciał teraz dorwać się jej do gardła, rozszarpać na drobne kawałki. Pociąć, zmiażdżyć, zabić. Ale nie mógł zrobić nic. Nie miał nawet śliny w ustach, by splunąć na twarz cholernej, kościanej dziewczyny.
Był jedynie biernym widzem swojego upadku.
Skąd tyle wiedziała? Jakim cudem wchodziła mu do głowy? Już nic nie rozumiał, niczego nie wiedział. Ból zagłuszał wszystko. Nie mógł poskładać nawet myśli, nie mówiąc dopiero o nierozwiązywalnej układance.
Tym razem życzenie, choć te same, miało zupełnie inny wydźwięk, niż w odniesieniu do niemiłosiernego kaca.
No dalej, zabij mnie.
Całkowity upadek. I to na własne życzenie. Miast pozbyć się suki już dawno temu, teraz miał zginąć z jej ręki. I to w tak marny sposób, w tak upodlonym stanie.
Dla Diabła Świtu nadszedł zmierzch.
I kolec wreszcie przebił jego ciało.
***Mimo zesztywniałego ciała zerwał się nagle, dokładnie tak jak piorun spadający mu na czerep kilka dni temu. Rzeczywistość bez pardonu huknęła mu w twarz, równie niemiło przywitał się ból głowy. Natłok wspomnień, odczuć, informacji był tak duży, że napuchnięta mózgownica potrzebowała chwili, by to wszystko przetrawić. W pierwszych sekundach Ichirou nie miał pojęcia gdzie jest i co się wokół niego w ogóle dzieje. Tak jakby te pierwsze promienie słońca, które wdarł się do jego oczu, odebrały mu wzrok i widział teraz za sprawą wyobraźni. Wyobraźni, która była bardzo figlarna, która zdążyła mu napsuć wiele krwi.
Krwi, której teraz nigdzie nie było. Lokal zupełnie nie przypominał ruiny, w której obudził się za pierwszym razem. Było tu zupełnie normalnie. Czysto i schludnie, jeśli nie liczyć stolika władcy piasku i jego samego. Nie było tu porozwalanych mebli, roztrzaskanego szkła. Nie było oszpeconego trupa. Nie było też Kaori.
To był tylko zły sen.
Źle znosił porażki i wszelkie potknięcia. Ale żeby aż tak bardzo? Tak bardzo drażniła go ta jedna, mała suka, która uciekła mu z piaskowych objęć? Czy to dlatego, że należała do kościanego klanu? A może chodziło o wystawienie na szwank swego imienia wśród wysoko postawionych? Może wciąż gryzł go temat politycznego ślubu?
Dopiero po chwili podniósł zmęczone, bursztynowe oczy. Powoli oswajał się z zastaną rzeczywistością. Nie była ona przyjemna, ale i tak znacznie lżejsza od tego, co jeszcze przed kilkoma chwilami przeżywał.
I wtedy go zatkało. Różowe włosy. Dokładnie te, które przewijały się od samego początku do końca. Asahi zbladł, jakby zobaczył śmierć. Bo w gruncie rzeczy ją właśnie zobaczył, tyle że wcześniej. Teraz przed nim znajdowała się zupełnie żywa istotka. Na jej twarzy dało i chciało się patrzeć. Tam, gdzie kiedyś były puste oczodoły, obecnie znajdował się głęboki błękit Morskich Klifów.
- Masz absolutną rację - odpowiedział śmiertelnie poważnym, niskim i zachrypniętym głosem. A potem złapał dziewczynę za dłoń. Tę, którą używała do ścierania blatu. Tak, jakby chciał się upewnić, że żyje i jest cała. Że jest prawdziwa. Że to wszystko jest już prawdą, a nie kolejna fikcją stworzoną przez jego chory umysł.
Odetchnął z ulgą. Miał nawet powiedzieć, że cieszy się widząc ją żywą, ale w ostatniej sekundzie powstrzymał się, uświadamiając sobie, jak to idiotycznie by to zabrzmiało.
- Dzięki. I przepraszam - rzekł, bo to jedyne, co na ten moment przychodziło mu do głowy. Był trochę zmieszany. Skronie pulsowały z bólu tak, jak pulsowały wspomnienia ze świeżego koszmaru.
- Zrób sobie przerwę i napij się ze mną herbaty. Zaschło mi w gardle. Macie jakąś na kaca? - oznajmił po chwili, wreszcie puszczając dłoń różowowłosej panienki. Był już za stary na pijaństwo. Alkohol najwyraźniej przestał mu służyć. Chyba nadszedł czas, by przerzucić się na herbatkę.
Avatar użytkownika

Ichirou
Mister Lata
 
Posty: 1842
Dołączył(a): 18 kwi 2015, o 17:25
Wiek postaci: 24
Ranga: Sentoki
Krótki wygląd: Chodzące piękno.
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=320
GG: 401110
Multikonta:

Re: Promyk Słońca

Postprzez Shijima » 9 gru 2017, o 22:58

Tu będzie odpis
Wyprawa rangi B
Chociaż i tak powiedzą, że C

Oto Cisza i ogień - to we mnie i w tobie.
Obrazek
13/∞

Wszystko leżało na swoim miejscu. Nie było podartych obrazów, zniszczonych ścian, plam krwi i jej metalicznej woni.
Drzwi przybytku wisiały w swoich zawiasach i nie miały zamiaru wybierać się na wycieczkę w najbliższym czasie ani tym bardziej pokładać na tutejszej podłodze. Piękne żyrandole nadal wisiały na swoim miejscu, nie było nawet cienia szkła na wypolerowanej posadzce, która dopiero co musiała być myta. Z wolna przyzwyczajałeś zmysły do panującej tutaj jasności.
Chyba dzięki adrenalinie, która uderzyła do twojej głowy i sprawiła, że serce zabiło mocniej, głucho uderzając w twoich bębenkach usznych, jakby chciało całemu światu obwieścić, że właśnie się obudziłeś. Aż dziwne, że nikt poza tobą tego nie słyszał. Jeśli dziewczyna, która znajdowała się najbliżej, tego nie słyszała, to raczej nie słyszał nikt więcej, prawda? Tylko Ty i własne myśli w tej dziwnie krępującej sytuacji, w której kelnerka musiała cię budzić, bo wylegiwałeś się na stole w knajpie jak ostatni żul, który nie wie, jak dawkować przyjemności, żeby nie przedawkować. Pieprzyć to. Pieprzyć fakt, że powinieneś być dawno na nogach, albo chociaż we własnym łóżku, przebrany z tych śmierdzących ciuchów i to, że ktoś cię budził -
właśnie to, że ktoś to robił, było teraz największym błogosławieństwem, które uderzało do twojej głowy. To, że tamta kobieta klęczała właśnie na ziemi i domywała resztki brudów dnia wczorajszego, polerując podłogę i to, jak ta druga znikała co chwilę za zasłoną z koralików, szykując naczynia do otworzenia knajpy i ta różowowłosa, która nie leżała tam pod ścianą, a stała obok ciebie, aktualnie nawet nie patrząc na to, co robisz - po prostu zmywała blat energicznymi ruchami, jakby wczoraj... jakby nic się nie stało. Bo nie stało, prawda? Nuciła coś pod nosem. Jakąś melodyjkę, która membraną pobrzmiała w twoim umyśle, wsuwając się głęboko w twoje ja. Gdzieś tą melodię już słyszałeś. Tylko gdzie, kiedy?
Była odległa, a jednocześnie tak dobrze znana jak kołysanki dla ludzi dorosłych, które słyszeli od swojej matki, gdy leżeli jeszcze w kołysce.
Melodia została przerwana dopiero, gdy wyciągnąłeś do niej swoją rękę i niespodziewanie złapałeś ją za te drobne, dziecięce dłonie, zwracając na siebie znów jej uwagę. Zaskoczoną uwagę, należałoby dodać. Wyprostowała się nieznacznie,
przerywając czynność.
- Wszystko w porządku, panie Ichirou? - Zapytała trochę niepewnie. Nie było w tych słowach strachu, w niej
nie było strachu, bo czego miała się bać, lub kogo? Ciebie? Tej Śmierci, która uśmiechnęła się do ciebie pięknie znad jej ramienia, chociaż nie mogłeś dojrzeć jej twarzy spod czarnego kapturu? Musiała się uśmiechać - czułeś to całym sobą.
Zaś Los? Jak widać miała się całkowicie dobrze. Pchnięcie świata w przepaść? Och, to tylko takie żarciki! Przecież nigdy nie ośmieliłabym się zrobić ci czegoś tak przykrego..!
Przyjacielu.
- Oczywiście, przygotuję Panu napar z ziół. - Wystarczyło, by Kostuchna się rozmyło, wystarczyło, by rozwiała się jak rozwiewały się drobinki piasku na pustyni, a uśmiech gładko wsunął się na usteczka różowowłosej panienki - ten jednak nie przyprawiał o dreszcz na karku i nie dawał złowróżebnego odczucia. Ten był absolutnie obiecujący, jak podziękowanie za życie, które dane jej było zachować. Masz rację, ty lepiej nie dziękuj - nie na głos. Twój świat, drogie Dziecko, twoja piaskownica - i twoje tajemnice, które w tych piaskach powinny zostać zagrzebane, skoro tak długo i solidnie kopałeś dla nich grób. Szkoda, że nie przyszło ci do głowy postawić dla nich nagrobka. Byłby z tego naprawdę okazały, bogaty w historię cmentarz.
Dziewczyna starła ostatnim ruchem stolik i zabrała szmatkę, kierując się na zaplecze, z którego wychodziły wszystkie zamówienia. Ciekawe, czy wyglądało tak samo, jak w twoim śnie, czy może miało kompletnie inny kształt, kompletnie inny wystrój? Pomijając otoczkę apokalipsy, która zajrzała przez blade okienka i machała ci w sennych marach, całkowicie rozbawiona swymi figlami. Komu było do śmiechu, temu było. Kartka zostawiona przez twojego towarzysza z nocnej balangi leżała na stoliku - tak po prostu, nie przybita kunaiem, nie poplamiona krwią, najzwyczajniejsza w świecie kartka z najzwyczajniejszymi słowami, które nie brzmiały już tak złowróżebnie jak nocą. Nikt cię nie okradł, nikt...
Oh wait.
Wszystko było na swoim miejscu prócz naszyjnika na twojej szyi.
Zazwyczaj zamówienia przychodziły szybciej, pech chciał, że teraz dopiero rozpalano w piecu i przygotowywano się do obsługi klientów, dlatego musiałeś uzbroić się w cierpliwość, tym nie mniej w końcu herbata wyszła z kuchni, albo raczej -
różowowłosa z tej kuchni wyszła, niosąc na tacy śliczny imbryczek i dwie filiżaneczki. Nie zamierzała najwyraźniej odmówić gościowi, kiedy ten prosił, wypicia z nią herbaty. Usiadła na miękkiej poduszce i zaczęła rozstawiać wszystko, przygotowując cały ceremoniał parzenia herbaty na twoich oczach.
Obrazek
Dostałem w darze moc, by emocje budzić.
Przestałem czytać z ksiąg, zacząłem z ludzi.
Avatar użytkownika

Shijima
Pisarz Lata
 
Posty: 690
Dołączył(a): 28 lip 2017, o 23:10
Wiek postaci: 24
Ranga: Akoraito
Widoczny ekwipunek: Czarny płaszcz ♥
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=3910&p=56595#p56595
GG: 12504223
Multikonta: Koala ♥

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Kinkotsu (Osada Rodu Sabaku)

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość