Kurhany nieopodal Seiyamy

Terytorialnie największa prowincja Karmazynowych Szczytów, zamieszkana przez Ród Kōseki. Daishi graniczy od północy i zachodu z morzem, na wschodzie z Soso, zaś południowa granica oddziela ją od Kyuzo i obszaru niezbadanego. Efektem tego jest możliwość tworzenia bardzo dochodowych szlaków handlowych i handlu morskiego przy - niestety - utrudnionym utrzymywaniu bezpieczeństwa włości. Podobnie jak pozostałe prowincje, dominuje tu krajobraz górski i lasy iglaste, z tą różnicą że dużo tu fauny - w tym tej drapieżnej, co na dłuższą metę może być dosyć niebezpieczne dla podróżników. Na ziemiach tych mieszkają również shinobi ze Szczepu Jūgo.

Kurhany nieopodal Seiyamy

Postprzez Asaka » 25 lis 2018, o 13:41

Obrazek
Na zachód od stolicy Daishi, idąc krętą, wydeptaną ścieżką pomiędzy niedużymi pagórkami, jak w całej prowincji obrośniętymi dość gęsto drzewami, wychodzi się na całkiem pokaźną polanę. Nie byłoby w niej nic niezwykłego, gdyby nie to, że cała upstrzona jest mrowiem niewielkich kopców - są to kurhany, w których lud Seiyamy pochował swoich zmarłych bliskich. Część z nich oznaczona jest za pomocą mniejszych, bądź większych, kamieni, z czego niektóre porośnięte są już mchem, bluszczem czy innymi roślinami, których nikt nie sprząta - a wszystko po to, by łatwiej było odróżnić jeden grób od drugiego. Często to miejsce odwiedzają raczej niegroźne dzikie zwierzęta, jak lisy, sarny z młodymi, jelenie, świstaki i inne. Na wiosnę i lato cała łąka porośnięta jest kwitnącymi kwiatami, w których dominują białe płatki, choć nie są one wyjątkiem.
Obrazek
to capture a predator
you can't remain the prey
you have to become an equal

in every way


Avatar użytkownika

Asaka
Dobry Duszek Forum
 
Posty: 925
Dołączył(a): 18 maja 2018, o 12:08
Wiek postaci: 24
Ranga: Akoraito
Krótki wygląd: Białowłosa, złotooka, niewysoka
Widoczny ekwipunek: Kabura na broń na udach; torba na pośladku; ciemnobrązowy płaszcz z kapturem; kanzashi we włosach; wielki wachlarz
Link do KP: viewtopic.php?f=32&t=5564
GG: 0
Multikonta: Yukirin

Re: Kurhany nieopodal Seiyamy

Postprzez Asaka » 25 lis 2018, o 14:32

Chwilę kręcili się po osadzie, nim Asaka wyprowadziła ich uliczkami posa Seiyamę, kierując się niemalże od razu w gęstwinę gołych drzew liściastych i napuszonych sosen. Śnieg pokrył ziemię nierówną warstwą i skrzypiał pod butami, ale i tak nietrudno było się domyślić, że weszli właśnie na ścieżkę, a nie kręcili się tak po prostu po lesie, niby bez celu. Cel był, a i owszem i wyglądało na to, że złotooka kunoichi dokładnie wie, dokąd zmierza; nie widać w niej było żadnej niepewności, czy zawahania typowego dla kogoś, kto nie do końca wie, gdzie właśnie się znajduje. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że dziewczyna wydawała się nieco zdenerwowana. Nic zresztą dziwnego - nie codziennie zabiera się swojego towarzysza podróży (i chyba nie tylko…) na cmentarz, chociaż tutaj nikt tak tego nie nazywał. Wczoraj powiedział jej, że jego matka zmarła, gdy miał około dziesięciu lat, to… cholernie podobnie, bo jej matka też odeszła mniej-więcej w tym czasie, gdy ona była w podobnym wieku. Rozumiała aż za dobrze jak to jest stracić kogoś bliskiego, a zakładała, że jego matka była mu bliska, mówił, że wiele go nauczyła i chciał, by była z niego dumna. Dlatego tym bardziej sądziła, że zrozumie. Tylko czy zrozumie te wszystkie zawiłości, które się z tym wiązały?
Mało odzywała się po drodze, zapytana o coś odzywała się krótkimi zdaniami; widać, że cała ta wycieczka nie była dla niej prosta. Zresztą jasne to było już w momencie, gdy pytała Sanadę, czy wybierze się z nią.
Po dobrej pół godzinie wcale nie szybkiego marszu, było już jasne, dokąd Asaka zabrała Shikiego. Nie był to żaden zajazd, żaden dom, tylko sporej wielkości polana, poznaczona wieloma wybrzuszeniami, teraz przykrytymi śniegiem. Gdzieniegdzie ustawione były większe kamienie, mające zaznaczyć miejsce, odróżnić kopiec od całej reszty, która się tutaj znajdowała. Dziewczyna nabrała mocny oddech w płuca i zaraz wypuściła powietrze, wzbijając w powietrze małą chmurkę uciekającej pary, kątem oka zerknęła na czarnowłosego, chcąc zobaczyć jego reakcję, po czym w końcu ruszyła przed siebie. Miała wrażenie, jakby nogi i ręce miała z ołowiu. Mocniej ścisnęła zawiniątko trzymane pod płaszczem, jakby miało jej to dodać otuchy i poprowadziła ich nieco na ubocze polany, już na jej skraj, gdzie zatrzymała się przed jednym z kurhanów, który zupełnie niczym nie różnił się od reszty.
- To pusty grób - powiedziała w końcu, gapiąc się na przykryty śnieżną pierzyną kopiec. - Usypałam go niedługo po tym, jak trafiłam do Seiyamy. Tamtych ciał i tak nie dałoby się pochować, a jakoś uspokaja mnie myśl, że mogę tutaj przyjść i… i porozmawiać, wyobrazić sobie, że są właśnie tutaj, a nie daleko stąd - symbol, kolejny już, związany dokładnie z tym samym, co jej tatuaż, skrzętnie schowany pod ubraniem. Asaka rozpięła płaszcz, by wyciąnąć spod niego to, co targała tutaj ze sobą i była to butelka sake opakowana w byle jaki papier. Zwyczaj nie wybierał, nie bez powodu wzięła to ze sobą. Tak powinno być. - To kurhan mojej babki i matki - dodała po chwili, ciszej niż przed chwilą, jakby bała się tych słów. Jakby bała się reakcji Shikiego.
Trochę się obawiała, ale ile mogła ciągnąć tę farsę…? Miał prawo wiedzieć, chciała, żeby wiedział, żeby wiele z tego, jak się zachowywała, stało się jasne. Chciała, by wiedział, w co się właściwie pakuje. Nie miała odwagi by oderwać wzrok od grobu, by przenieść spojrzenie na Shikaruia.
Obrazek
to capture a predator
you can't remain the prey
you have to become an equal

in every way


Avatar użytkownika

Asaka
Dobry Duszek Forum
 
Posty: 925
Dołączył(a): 18 maja 2018, o 12:08
Wiek postaci: 24
Ranga: Akoraito
Krótki wygląd: Białowłosa, złotooka, niewysoka
Widoczny ekwipunek: Kabura na broń na udach; torba na pośladku; ciemnobrązowy płaszcz z kapturem; kanzashi we włosach; wielki wachlarz
Link do KP: viewtopic.php?f=32&t=5564
GG: 0
Multikonta: Yukirin

Re: Kurhany nieopodal Seiyamy

Postprzez Shikarui » 25 lis 2018, o 17:21

Rozchylił powieki, kiedy usłyszał pierwsze kroki na korytarzu. Ktoś się kręcił na dole. Matka Asaki? Nie. Dwójka osób - męskie kroki, potrafił je odróżnić od tych o wiele lżejszych, damskich, chociaż sposób poruszania się nie świadczył o tym, żeby byli to chłopi, co dopiero wrócili z pola. Nie mogli to być chłopi, bo to nie był chłopski dom. Wczoraj było wspomniane, że ojciec i brat Asaki mają wrócić nad ranem, skoro poszli na nocną wartę - tylko i wyłącznie pilnowanie bezpieczeństwa tych ziem? Gdyby chodziło o jakąś misję, Minako raczej nie wahałaby o wypowiedzeniu tego. Choć może nie chciała, bo mimo wszystko Shikarui był tutaj obcy, a przez “obcy” mam na myśli, że nie należał do klanu Koseki. Kobieta na pewno miała na myśli dobro swojego domu i rodu, nawet jeśli sprawiała przesympatyczne wrażenie. Mimo tego, że kroki go przebudziły i przez moment nasłuchiwał, wsłuchując się w rytm tego domu i bicie jego serca, nie podniósł się. Nie rozumiał szeptów, rozmów, które działy się na dole i nawet nie próbował do końca ich zrozumieć, choć ciągle się przysłuchiwał - jego zmysły nie były aż tak wyostrzone, a mężczyźni starali się zachować jak największą ciszę, by nie pobudzić domowników. Czy obudzili kogokolwiek, a żona wyszła im na spotkanie? Część opowieści była jak w dobrej książce, w której kończysz rozdział i odkrywasz, że to już była ostatnia strona. Pozornie nic się nie działo, a i tak trzymała cię w napięciu. Dlatego z rozdrażnieniem i fascynacją wzdychasz, spoglądasz w sufit i uśmiechasz się, chociaż powinieneś być zawiedziony, że to już, a teraz przyjdzie ci czekać kolejne miesiące, aż następny tom zostanie napisany i wydany. Trochę to potrwa - trzeba rozpisać fabułę, dialogi, trzeba nakreślić nowe postaci, które wezmą udział w całokształcie. Potem jeszcze wszystko musi przejść przez dłonie kogoś, kto posprawdza błędy, a następnie wszystko trzeba będzie przepisać. Tak z kilka setek razy, żeby druk puścić w końcu w obieg i uznać, że książka naprawdę została wydana. Shikarui nie dowiedział się, co działo się w następnym tomie, bo zasnął ponownie.
Obudził się dopiero, kiedy dom już stanął na nogi. Powiedzmy, że stanął - bardziej na nogi stanęła Seiyama. Zarówno Asaka jak i jej matka zachowywały się dość cicho. Jakoś tak to wychodziło, że dziewczyna wstawała zazwyczaj wcześniej od niego i z jakiegoś powodu go to dziwiło. Chyba przez to, że znał jej możliwości do zasypiania w każdym momencie, o każdej porze, przy każdej okoliczności, jaka tylko mogła się przytrafić. Fascynowało go to. Zdolność niesamowicie przydatna, jakby na to nie patrzeć, bo dzięki temu można było zbierać każde niezbędne miligramy ener… stop. Przecież miał już tak obsesyjnie nie zastanawiać się nad rozporządzaniem energią, żeby wykorzystywać ją do życia. Dom nie był do końca żywy, bo dwójka domowników nadal smacznie spała, a co działo się z siostrą Asaki - na razie pozostawało tajemnicą. Mógłby zapytać, pewnie już została posłana do swojego nowego małżonka, skoro data ślubu została ustalona, albo były jakieś spotkania przedmałżeńskie. Ewentualnie dziewczyna wyjechała na jakieś zakupy, albo sama brała udział w jakiejś misji. Zapewne wystarczyło zapytać - hmph, no kto by pomyślał, że to może być takie proste? Tylko że pytać na razie nie chciał. Zwłaszcza, że jakoś przyjemnie mu było tego poranka, nawet jeśli nie spał za dobrze. Przez tę noc dotarła do niego jedna rzecz, kiedy już zszedł na dół - Asaka zdążyła zrobić pranie, śniadanie zostało rozłożone, przywitał się z domownikami jak należy. Ta myśl, kiedy spojrzał na Asakę, że ta kobieta właściwie może stać się jego żoną, chociaż nawet nie zapytał jej o zdanie. Nie planował tego, jakoś samo mu to przyszło do głowy, kiedy zaczęli mówić o ślubie. Nie znał jej historii, ale znał jej charakter na tyle, żeby wiedzieć, że do żadnego ślubu nie dałaby się przymusić. Jak to było..? Że nie byłaby w stanie aż tyle poświęcić dla rodu? Już to wszyscy wiedzieli, że na tych ziemiach rzadko kiedy jakiekolwiek śluby odbywały się z miłości. To był biznes - w biznesie liczyły się zyski. Znalazł ten zysk dla siebie, strasznie samolubnie i teraz wahał się, tak minimalnie, zastanawiał nad tym, czy Asaka również widziała w tym zysk, czy może coś jeszcze? Może dostrzegała negatywną stronę, o której mu nie chciała przy matce mówić? Gdyby nie chciała, nie dałaby sobie w kaszę dmuchać, byłaby tą pierwszą, co krzyknęłaby: nie! Sprzeciw! Nie potrzebowała w końcu księcia z bajki na białym rumaku, co ją uratuje - potrzebowała jedynie wolności i odrobinę przestrzeni, żeby móc ratować samą siebie. Jeśli tej przestrzeni nie było, to już jej w tym głowa, żeby sobie ją zrobić. Wywalczyć. Zburzyć ściany, jeśli przeszkadzały. Żona. Nigdy by nawet nie pomyślał, że mógłby mieć żonę. To niby nie powinno być coś, co podejmuje się tak o, bo taki kaprys, ale to nie był “kaprys”, który był przelotem. Chciał ją mieć dla siebie. Więc brał to, czego chciał.
Zasiadł z paniami do wspólnego śniadania - kolejna przyjemność poranka. Rozmowy były tym razem oszczędne, jakby nie wszyscy się do końca wyspali. I kto wie, może nie wyspali? Kilka wymian uprzejmości, kilka sympatycznych gadek-szmatek, jak to zazwyczaj bywało, ale ciężko było nie wyczuć pewnego napięcia, które płynęło od Asaki. Była tutaj, ale zarazem była naprawdę daleko stąd. Niedostępna i poza jego zasięgiem. Martwiło go to. Nie szczególnie bardzo, ciężko było o to, żeby wetknąć mu w głowę najczarniejsze myśli ot tak, skoro wszystko do tej pory było w porządku, ale martwił się o jej samopoczucie, bo zawsze wiązało się ono z tym jego. To, że ona była spięta, sprawiało, że on był czujny, próbując wyłapać przyczynę. Domyślał się jej - wyprawa. To, o co wczoraj poprosiła go z napiętnowaniem, sprawiając sprawę wyżej ponad zwykły spacerek i zwykłą prośbę, jaką mogła być prośba o naprawienie jadalnianego krzesła, które przecież kolibało się od zeszłej zimy, a tak gości nie wypadało podejmować. Nie pytał jednak - znowu. Bo znowu wydawało mu się, że to nie jest miejsce i czas na rozmowy. Nie przy tym śniadaniu i nie przy jej matce. Czy dobrze myślał, że to była zadra na tyle stara, żeby być jej małą tajemnicą? Minako mogła o tej tajemnicy wiedzieć, ale to i tak nie sprawiało, że chciało się o niej mówić. Czasem trzeba uważać, czego sobie ktoś życzy - i trzeba uważać, jakie sekrety wypływają przez miękkie wargi. Bo ściany miały uszy, a nasze wnętrze było zbyt miękkie, by tym uszom powierzyć choćby jeden milimetr wycinka z dawnych lat.
Ubrał się ciepło. Zachmurzone niebo zwiastowało opady śniegu. I całkiem słusznie, że oboje opatulili się, czym mieli, bo śnieg rzeczywiście popruszył. Osada wyglądała bajecznie, kiedy przykrywał ją biały puch. Jeszcze bajecznie, bo śniegu nie było na tyle wiele, żeby tworzyć zaspy nie do przejścia, a boczne drogi w zasadzie były niemożliwe do przejechania. Tyle akurat o Daishi wiedział - i o zimie w tej prowincji. Dla shinobich nie stanowiło to aż takiego problemu, ale dla zwykłych mieszkańców potrafiło być koszmarem. I sypali solą dróżki, wszystko się rozmakało, błoto pryskało na boki, ale biel nadal potrafiła być nieskazitelna, cieszyć oczy i malować piękne wzory na szybach, które przypominały liście egzotycznych roślin i kwiaty, co chcą nachylać się ku ziemi. Potraktował ten spacer jako przyjemność. Nie pytał też, dokąd chce go zabrać, bo wiedział, że to kręcenie się po mieście jest tylko po to, żeby Asaka dała sobie czas na przekroczenie tej linii, która była ciężarem na jej ramionach. Był pewny, że kiedy już ten ciężar ściągnie i się nim podzieli - będzie jej lżej. Przestanie go targać na swoich ramionach i kulić się pod nim, a ulga stanowić będzie katharsis tej zimy. Zimna woda po wyjątkowo długiej kąpieli w gorących źródłach.
W końcu wyszli z miasta, a Shikarui nadal nie pytał. Ucałował ją w czoło, żeby zdjąć z niego chociaż odrobinę troski i dał się prowadzić. Nie jak owieczka na rzeź, a jak tygrys, który badał ślady wilczych łap wybitych w tym śniegu i ziemi. Podążający za szlakami wytyczonymi przez białe włosy i błysk złotych oczu. Bliznami, które zbadał i które zdobiły jej ciało. Widok kurhanów nie był więc niczym zadziwiającym. Przeszłość oddziałująca na teraźniejszość. Wszyscy, którzy spłonęli i zginęli tragicznie, z tego co maleńkimi okrawkami wspominała. To ten moment, w którym przestajesz dzielić z drugą osobą tylko drobne i nieważkie chwile, a zaczynasz doceniać zażyłość, jaka między wami powstała. Była czysta. Nie czuł tam żadnych kolców, więc może był w stanie oczyścić i blizny Asaki, żeby żadna drzazga nie uwierała, gdy zamierzała się z nim tym podzielić. Nie żałował. To, co przeżyli, ciężko było nazwać zupełnie nieważkim, bo walczyli u swojego boku, bo narażali się dla siebie wzajem, bo byli ninja, a nie zwykłymi śmiertelnikami, którym przeznaczone jest pracować ciężko, spłodzić dzieci, a potem na starość siedzieć przy kominku i wspominać dawne czasy. Dlatego właśnie stali tutaj teraz razem.
- Tak długo, jak o nich pamiętasz, tak długo one żyją w tobie. - Czy to, że grób był pusty, miało jakieś znaczenie? Shikarui nie był pewien, bo nie znał się tak dobrze na duchowych sprawach, ale był pewien jednego - że zmarłym to wcale nie wszystko jedno. Duchy przodków ciągle obserwowały, były obecne, w końcu to byli ludzie, którzy wpłynęli na nasze życie, przeznaczenie, którzy przekazaniem nam samego daru życia dokonali cudu, nad którym tylu ninja się głowiło. Jak stworzyć życie i zapewnić sobie nieśmiertelność? Jak walczyć ze śmiercią, której większość się tak bała? Spojrzał na Asakę i skinął lekko głową. Rozumiał. Zachęcał. Aprobował. I z całą pewnością - bardzo szanował postawę, którą sobą Asaka prezentowała. Nie musiał pytać. Teraz już wiedział, że tamta kobieta była jej macochą. Osobą, która ją przygarnęła. Tylko w takim razie, kiedy wtedy przyrównywała swoją matkę do Reiry - o której matce mówiła? Nie umknęło mu uwadze, że nie zwracała się do Minako per “macocho”. Teraz to nie miało takiego znaczenia.
- Kiedy nadejdzie odpowiedni czas, poproszę i ją o aprobatę dla naszego małżeństwa. - Było w nim naprawdę wiele, bardzo wiele szacunku dla zmarłych. To były siły, których nie do końca dało się zrozumieć, nie dało się ich poprawnie zbadać. Ale w jego świecie były realne - i naprawdę potężne.
Obrazek

But the dragon...
The dragon only need enough luck to find you once.
Avatar użytkownika

Shikarui
Pisarz Zimy
 
Posty: 1467
Dołączył(a): 6 lut 2018, o 17:25
Wiek postaci: 21
Ranga: Doko
Krótki wygląd: -Czarne, dłuższe włosy
-Lawendowe, jasne oczy
-Średniego wzrostu
Widoczny ekwipunek: Łuk, kołczan ze strzałami, płaszcz, torba na tyłku, kabura na prawym udzie, wakizashi przy lewym boku i za plecami na poziomie pasa, średni zwój, mały zwój przy kaburze,
Link do KP: viewtopic.php?p=73144#p73144
GG: 12504223
Multikonta: Koala

Re: Kurhany nieopodal Seiyamy

Postprzez Asaka » 25 lis 2018, o 20:06

Lubiła spać i fakt, nigdy nie miała problemu z zasypianiem. Mogła zasnąć zawsze i wszędzie, chyba w każdych warunkach, a czasami dobudzić ją, graniczyło z cudem. Chyba, że czuwała, a czuwając drzemała - wtedy zrywała się bardzo prędko słysząc odgłosy, które niepokoiły jej mózg - te nie jednostajne, które bywały w pewnym momencie całkiem ignorowane i klasyfikowane jako tło. To, że wstawała wcześniej od Shikaruia nie było takie znowu dziwne. Młodzieniec miał płytki sen, budził się często i podejrzewała, że rankiem udawało mu się zasnąć nieco bardziej - gdy ona była już wyspana. Przynajmniej dla niej nie było to w żadnym stopniu zadziwiające, każdy przecież potrzebował się wyspać, dlatego też gdy wstała tego ranka, to chodziła na paluszkach, żeby nie zbudzić ani jego, ani ojca, ani brata, którzy wrócili nad rankiem, czego ona nawet nie zarejestrowała, ale się domyśliła.
To, co działo się z jej siostrą nie było absolutnie żadną tajemnicą. Minako powiedziała o tym przy kolacji, gdy Asaka pytała gdzie są wszyscy – była na misji i nie było jej w Seiyamie. Nic dziwnego, że mu to umknęło, mnogość imion, wrażeń, innych pytań… Wątpliwości, które przyszły w nocy, gdy była chwila na refleksję i przemyślenie sobie tego, co się wydarzyło, po co sięgnęło się ręką, zagarniając to dla siebie i co się zaproponowało. Nie jej, nie tej prawdziwie zainteresowanej stronie, tylko matce, która chciała dla swojego dziecka jak najlepiej. Czy Asaka byłaby w stanie dla rodu poświęcić własne szczęście? Co by zrobiła, gdyby faktycznie przymuszono ją do małżeństwa? To wszystko zależałoby od okoliczności… Tutaj nikt jej nie zmuszał do niczego i nie odebrała tego wszystkiego jako chwilowy kaprys. Ludzie Karmazynowych Szczytów nieco inaczej na to patrzyli, a ta perspektywa… Ona nie była taka zła. Oczywiście, że widziała w tym też korzyści dla siebie, ale sama nie patrzyła na to jak na czysto zyskowną inwestycję biznesową. Nie, widziała w tym znacznie więcej, ale nie negatywnych rzeczy. Sama nie była do końca pewna tych uczuć, które już od dłuższego czasu kłębiły jej się w głowie, nigdy nie wypowiedziane na głos. Wiedziała już dawno, że Shikarui jest osobą, która lubi dostawać to, co sobie zażyczy i że nie waha się po to sięgać; na swój sposób jej się to podobało i jej imponowało, choć pod tym względem nie różnili się jakoś bardzo mocno. Zaraz, jak to było? Że mężczyźni dzielą się na takich, którzy korzystają z okazji i na takich, którzy potrafią tę okazję stworzyć? Shikarui zdecydowanie zaliczał się do tej drugiej kategorii.
Wydawała się nieco roztargniona, gdy za miastem czarnowłosy przyciągnął ją do siebie, by złożyć delikatny pocałunek na jej czole. Miał dodać otuchy i trochę chyba dodał, lecz mimo tego była nieco nieobecna. Nie na tyle jednak, by gdzieś błądzić, bo pewnie prowadziła ich wąską ścieżką pomiędzy jednym pagórkiem a drugim; pomiędzy drzewami po jednej, a po drugiej stronie.
Nie powiedziałaby o tym wszystkim byle komu, ale ani Shikarui nie był byle kim, ani w osadzie nie było z kim dzielić się tą tajemnicą. Bo nią nie było. Była to tajemnica tylko dla kogoś spoza Seiyamy, spoza Kosekich zamieszkujących stolicę prowincji. Dla wszystkich innych na świecie była zwykłą kunoichi, taką jak wiele innych przed nią i wiele innych po niej. Gdyby Shikarui nie był dla niej ważny, nigdy nie pozwoliłaby na połowę gestów, które między nimi wykwitły, ani na słów, które padły, choć tych ważnych padło tak niewiele. Gdyby nie był dla niej ważny, to po prostu zaprowadziłaby go do siebie do domu, dotrzymując obietnicę i spłacając dług, a później ich drogi rozeszłyby się w różne strony. On poszedłby do Nawabari, by już więcej nie wrócić, a ona… Cholera wie, dokąd poniosłyby ją nogi. Przecież nic więcej ich ze sobą nie wiązało prócz tej jednej obietnicy, a jednak ta relacja rozwinęła się w dość nieoczekiwanym kierunku i teraz stali tutaj, przed jednym z kurhanów, który tulił się do dość okazałego drzewa na skraju polany obsypanej mnóstwem innych kopców.
- Nie żyją. Nie są w stanie mi odpowiedzieć, ani potrzymać za rękę, nie wiem czego by chciały, ani co sprawiłoby im radość. Mogę sobie to tylko wyobrazić. Są tylko bardzo starym wspomnieniem, które już zaczęło się zacierać – wypłynęli więc na meandry tego, o czym rozmawiali ze… dwa tygodnie wcześniej w Sokoyamie. Temat był podobny, nie taki sam, jednak tyczył się tego samego: śmierci bliskich. Wiele słów wtedy Shikarui zostawił dla siebie, nie wypowiadając na głos swoich myśli, tak różniących się na tym polu od myśli Asaki, od jej zgorzknienia i cynizmu, gdy patrzyła na kurhan, przywołujący tak wiele bolesnych wspomnień. - Ale tak, są tutaj, póki o nich pamiętam. A jak mnie zabraknie, to nie będzie już nikogo. Przychodzę tutaj co jakiś czas, wiem, że tego akurat by chciały.
Mocniej ścisnęła butelkę w rękach i w końcu przemogła się; odwróciła głowę od ośnieżonego kopca i dość nieśmiało przeniosła spojrzenie na Shikaruia, gdy stwierdził, że poprosi jej matkę, tę prawdziwą, o aprobatę. Nie rozmawiali o tym od wczoraj, w ogóle to tym nie rozmawiali prócz ugadywania się z jej macochą i brakiem słownych komentarzy ze strony Asaki. Sam fakt, że w ogóle w rozmowę wplątał jej macochę świadczył, że raczej nie mówi tego po to, by zamieszać, a później zwiać przy pierwszej lepszej okazji, a tę miał już jutro. Przynajmniej miała taką nadzieję – a jak już mu to powiedziała: ufała mu.
- Dziękuję – odparła, a kąciki jej ust uniosły się na krótką chwilę w górę, nim ponownie nie przeniosła spojrzenia na grób. Najwyższa pora była rozwiać wszelkie ewentualne wątpliwości. - Już się chyba domyśliłeś, że Minako to moja macocha… A Katsuro i Hotaru to moje przyrodnie rodzeństwo – zamilkła na chwilę, szukając odpowiednich słów i miejsca, w którym powinna zacząć, albo raczej sprecyzować tę krótką opowieść, ostatecznie zdecydowała się na… początek. - Pamiętasz, jak opowiadałam ci, że nikt moich narodzin nie oczekiwał, a dla matki byłam przykrą niespodzianką? Ojciec był wtedy na jakiejś misji, nie znam szczegółów, ale poznał moją matkę, to był cholernie krótki romans, który skończył się szybciej niż się rozpoczął, a on nie miał nawet zielonego pojęcia, że byłam w drodze. Więc wychowywałam się bez ojca, ludzie z wioski byli bezwzględni i okrutni, co tu dużo mówić – wzruszyła lekko ramionami i poprawiła płaszcz, który odrobinę jej się osunął. Zaraz zapięła go znowu, by nie dopuszczać do siebie wszechogarniającego zimna. - Jak miałam jakieś dziesięć lat… Zachorowała najpierw jedna osoba, potem druga. Nim się obejrzeliśmy zdecydowana większość wioski leżała z gorączką, ropiejącymi bąblami na całym ciele, bez sił, by wstać. Zaczęli umierać, jeden po drugim. Epidemia zabrała ze sobą wszystko. Wszystko trzeba było spalić. Martwych ludzi, dogorywających ludzi, domy, dobytek. Wszystko. Przeżyło nas… Już nawet nie pamiętam ile osób, ale dobry rok kręciliśmy się po Daishi, gonili nas psami, żebyśmy nie przenieśli epidemii dalej. Moja matka i babka nie przeżyły, zmarły jeszcze zanim ratowaliśmy się ucieczką.
Asaka kucnęła, odkorkowała butelkę i wylała część zawartości na kurhan. Sake wyżłobiło w śniegu małą dziurkę, a z niej spłynęło cieniutkim strumieniem w dół. Zwyczaj uhonorowania zmarłych, praktykowany w całych Karmazynowych Szczytach.
- Mówiłam ci też, że mój ojciec jest dość charakterystyczny. Wiedziałam, że pochodzi z Seiyamy i że jest jednym z Kosekich, wiedziałam jak na imię i jak wygląda. Wszyscy z mojej wioski to wiedzieli. Po tym roku włóczenia się trafiliśmy właśnie tutaj, przyjęli nas, było już jasne, że nikt się nie zarazi, bo chorzy nie byliśmy. Właśnie dlatego nie wierzę w przypadki. Przypadkiem trafiliśmy do stolicy, w której mieszkał mój ojciec? Znaleźli go, zadali kilka pytań jemu i mnie. Od słowa do słowa okazało się, że… no cóż… przypadkowo natrafiłam na swoją zaginioną rodzinę. Przyjął mnie do swojego domu, ale jestem pewna, że to była kwestia honoru, a nie dobrego serca. Minako mnie nie znosiła. Bękarcica, pierworodna córka jej męża, wychowana niemalże w dziczy. Nie umiałam ani pisać, ani czytać, ani liczyć. A jednak to ona mnie uczyła. Nie musiała, ale to robiła. To ona uczyła mnie podstaw związywania chakry, gdy już się okazało, że nie poszłam w ślady mojej chłopskiej matki, a wdałam się w ojca. To było chyba jedyne pocieszenie z tego wszystkiego – tajemnice, tajemnice; odsuwane jedna za drugą, jak odsuwa się kotarę z bluszczu zasłaniającą wejście do jaskini. - Rozumiesz już teraz dlaczego nie wybrali mi dotąd żadnego męża? Albo dlaczego tak mnie rozdrażniły i zabolały słowa Teirena?
Obrazek
to capture a predator
you can't remain the prey
you have to become an equal

in every way


Avatar użytkownika

Asaka
Dobry Duszek Forum
 
Posty: 925
Dołączył(a): 18 maja 2018, o 12:08
Wiek postaci: 24
Ranga: Akoraito
Krótki wygląd: Białowłosa, złotooka, niewysoka
Widoczny ekwipunek: Kabura na broń na udach; torba na pośladku; ciemnobrązowy płaszcz z kapturem; kanzashi we włosach; wielki wachlarz
Link do KP: viewtopic.php?f=32&t=5564
GG: 0
Multikonta: Yukirin

Re: Kurhany nieopodal Seiyamy

Postprzez Shikarui » 26 lis 2018, o 11:44

Było zimno, kiedy spoglądał na te nagrobki, które nawet nie były nagrobkami. Nie postawiono nawet jednego kamienia, żeby wyryć imiona osób, które tutaj pochowano, ale te tereny nie były opustoszałe. Ludzie nie zdążyli wydeptać jeszcze ścieżek pomiędzy kolejnymi kopcami, ale zapadał się delikatnie w miejscach, gdzie wciąż trwały głębokie odciski butów które wżarły się w ziemię, gdy gleba była mokra i wilgotna, późną jesienią, gdzie nocami łapały już ostre przymrozki, pozwalając wodzie zamarznąć. Nawet jeśli ich tam nie było, to bardzo łatwo można je sobie było wyobrazić. Jedna noga większa, zaraz obok ta malutka, bo dziadek leżał tu, pod ziemią, bo z nim historia w roli głównej już została zakończona. Nadszedł czas na opowiadanie bajek. Pośród tych wszystkich odcisków były też odciski Asaki. Niewidoczne, bo była tu kiedy? Ponad rok temu, skoro od roku była w podróży, po części sama, po części z nim… może nawet nie było jej dłużej. Tak jak umknęły mu informacje o jej siostrze, tak umknął czas, który spędzili razem i który ona spędziła sama w Sogen, gdzie do mew celowała kunaiami i dobijała je szkarłatną patelnią, żeby mieć pewność, że jutrzejszego poranka jeden skrzek mniej poniesie się do błękitnego nieba. Zadziwiające, jak widok jednego ptaka potrafił zepsuć cały błękit.
Chłód, który tu panował, nie był przenikliwy. Nie przemrażał do kości. Miał dobre ubranie, był blisko Asaki, czy po prostu był za bardzo do mrozów przyzwyczajony - równie dobrze mogły być wszystkie opcje. Prócz tej drugiej. Asaka tu była, owszem, ale skostniała i w swojej obecności całkowicie nieobecna. Cofnęła się do punktu, w którym łopata miarowo rozkopywała ziemię, żeby usypać kurhan. Lub cofała jeszcze dalej. Otoczyła się bańką, której nie mógł dojrzeć. Był w stanie przez nią przenikać rękoma, fizycznie do niej sięgnąć, ale nie próbował tego robić w nadmiarze. Nie po to stworzyła swoją strefę komfortu, w której czuła się chociaż minimalnie bezpiecznie, kiedy przychodziło jej mierzyć się z demonami, żeby teraz jego jeden głupiutki ruch w celu zadowolenia samego siebie miał rozburzyć jej lśniącą zbroję. Huh, raczej tę zardzewiałą, którą powinno się porządnie wyklepać jeszcze raz. Naoliwić, nadać jej nowego blasku. Niszczenie tej kruchej konstrukcji zdecydowanie nie przyniosłoby żadnej satysfakcji. Tamten jeden całus w czoło wystarczył - gest, który widział wielokrotnie i był czuły, tak bardzo rozgrzewający serce… tutaj chyba nie zadziałał tak, jak powinien. W jego mniemaniu - nie zadziałał wcale. Zrażenie go nie dotknęło. To nie on obserwował całe swoje życie przed oczami, jemu teraz pozwolono spoglądać na te życie jej oczami - to był wystarczająco duży prezent, żeby nawet nie żartować z przedwczesną gwiazdką, która tego roku zabłyśnie chyba nadzwyczaj jasno. Lub to on będzie nad wyraz jasno i wyraźnie widzieć wszystkie kolory. Dlatego to, w czym ona się zamknęła, nie było murem, nie było wilczymi dołami, nie było okopami ani czarną dziurą, która wisiała w dole, oddzielając kontynent od jej maleńkiej wysepki. To tylko kolorowa, smętna, bo całkiem samotna, mydlana bańka, którą rozbić mogło samo powietrze. Niezwykła i cenna, bo stanowiła część białowłosej, której serce uciekało razem z tą bańką prowadzoną między płatkami śniegu. Otaczał ją czarnymi skrzydłami, rozkładał je za jej plecami, kiedy unosiła się, to opadała w dół - więcej spadając, bo nie będąc w stanie wzlecieć, mogła tylko lewitować. Nawet tutaj nie była krucha, do złamania i nie była bezbronna. Była silna - to dobrze. Gdyby pokazywała słabość, która zginałaby ją w pół, Shiakrui nie szanowałby jej. Nie odbierałby ją tak poważnie, jak odbierał teraz i nie widziałby tego świata, który mu pokazywała w melancholijno smutnych barwach - jedyne, co by widział, to jej cierpienie zarysowane czerwienią, jak drapieżnik w nocy wyczuwa ciepło swojej ofiary. Więc brnie do niego, otacza ją - wilk, co namawia królika, by skrył się pod jego ogonem, bo wtedy mu będzie cieplej. Wyrzekający się, że stado dawno porzucił, że tak, te kły zostały stworzone do tego, by zabijać, ale wyrzekł się instynktu, który krzywdził. Mamiłby i łudził, a Asaka… wpadłaby w tę sieć tak czy siak. Na początku nie wiedział, ale teraz był pewien, że tutaj nikt na nikogo sieci nie zastawiał, bo nie było niczego zwierzęcego w tym, co ich połączyło. To było tak do bólu ludzkie i proste, że jawiło się węzłem gordyjskim. Paradoks.
- Ja będę pamiętał o tobie. Będę też pamiętał o nich. - Przesunął ręką w kierunku kurhanu, żeby na niego wskazać, bo spoglądał cały czas na Asakę. Przeżywała to tak głęboko, z tak wielkim żalem, który wypełniał jej serce po brzegi, że dziwnym było, że była w stanie to wytrzymać, a ten organ, który pompował krew w jej żyłach, nie wybuchł, przepełniony emocjami, których człowiek nigdy nie powinien odczuwać. Trzymał się nadal. Nawet gdyby jej nie znał potrafiłby powiedzieć, że stojąca tutaj niewiasta jest pogrążona w żałobie, z którą mimo obietnicy, że nie będzie żyła przeszłością, nie może się pogodzić. A może? On mógł ją pocieszyć i chciał to zrobić. Starał się tymi niezgrabnymi słowami. Ech, jak to było, że niekiedy słowa same mu przechodziły przez usta, a kiedy ich potrzebował, to znikały zupełnie? Tak jak tu i teraz. Naprawdę chciał powiedzieć jej coś pięknego, co dałoby jej ukojenie, a zupełnie nie wiedział, co zrobić, jak zareagować. Nie był w tym zagubiony, bo wiedział, że nie można przejmować się na zapas, ale szukał wyjścia. Tam, gdzie wszystko byłoby zgodne z nim samym i co rzeczywiście mogłoby pomóc.
Skinął głową, kiedy uśmiechnęła się i podziękowała. Chociaż maleńki uśmiech, czarna perełka wybrana z tych najbardziej białych, wyjątkowa i niepowtarzalna. Czerń nosiła w sobie naprawdę wiele elegancji. Asaka i elegancja, co? Gdyby zestawił te dwa słowa, Minako byłaby jeszcze bardziej rozbawiona niż gdy powiedział, że uważa Asakę za naprawdę mądrą kobietę. I znów - to nie byłoby pełne szyderstwa rozbawienie. A jednak w jego głowie Asaka potrafiła chwilami się tą elegancją unosić. Zazwyczaj była niezdarna, niemal prostacka, ale na pewno nie była przy tym banalna. To, co tak bardzo w niej uwielbiał, stanowiło istotę jej jestestwa - że była sobą i nie bała się prezentować światu samej siebie. Nie miała się z czym kryć - nie w jego opinii, chociaż w tej publicznej wiedział, że wiele do życzenia pozostawało. Cały jej sposób bycia… ale to przecież wszyscy już dobrze wiedzieliśmy. Nie ma osób krystalicznych - za takową Asaki nigdy nie uważał. Jego umysł nie był przyślepiony zauroczeniem. To, co ich łączyło, to fakt, że bardzo zdrowo i realnie podchodzili do innych, do życia, do wszystkich spraw, które toczyły się z nimi w rolach głównych. Zgoda, słowo “zdrowo” nie było najlepszym słowem, bo ani on, ani ona, zdrowi nie byli, nie tak do końca. Ale chyba wiadomo, o co chodzi.
Słuchał więc opowieści o ropie, popiele i dymie. Ogień, który potrafił wypalać. Wypleniać zarazę, niszczyć niezdrowości zalęgłe w człowieku. Święty ogień. Nie lubił tego określenia. Nie podobało mu się to podejście, chociaż kiedy spoglądał na Kami no Hikage odnajdywał bardzo wiele ukojenia w tym, że to miasto płonęło. Wraz z nim płonęli przecież ludzie. Nie było jednak żadnego ukojenia dla dziesięcioletniej dziewczynki, która musiała oglądać, jak brat palił brata, a sąsiad sąsiadowi podkładał pod dom pochodnie z nadzieję, że zaraza nie przeniesie się do niego. Jeszcze większą tragedią było ułożenie na stos własnej rodziny. Nie mógł nawet powiedzieć, że rozumiał - bo nie rozumiał. Jego empatia nie pobierała tej tragedii, nie było współczucia dla niej, dzielącej się z nim tą historią. Była za to pełna akceptacja, brak wstrętu i zrozumienie na tym poziomie, na którym opowieść o ropie, popiele i dymie trafiała do niego bezpośrednio. Na poziomie, w którym dzięki temu rozumiał dzisiejszą ją. Jej niechęć do zarazy, obawy przed ropnieniem ran, staranność w opatrywaniu każdego uszkodzenia, dbanie o siebie. Ogromny strach przed swądem palonych ciał.
I choć środek historii był tragiczny, crescendo rozbiło by niejedno serce w pył, to zakończenie było słodkie i pokrzepiające. Zagubiona dziewczynka w końcu trafia do dobrego domu, ma dobrą matkę, dobrego ojca. W swoich walkach w końcu odnajduje samą siebie i to, czego od życia chce i czego się spodziewać. Teraz Minako wspominała to wszystko z uśmiechem na ustach i chyba nawet ulgą, że niechęć, którą odczuwała, nie przezwyciężyła prostej, ludzkiej dobroci, jaką każdy powinien posiadać, by podzielić się nią z innymi. Tak, to była naprawdę dobra historia. Jedna z tych, które powinny zostać spisane w książkach.
- Rozumiem. - Ach, słowa Teirena. Takie trafne, strzał w dziesiątkę! Ile było podobieństw między nimi, gdyby tak spojrzeć na to teraz? Niewiele. Na pewno to, że postanowili zawalczyć z własnym przeznaczeniem, kiedy stało się jasne, że samo nie zamierzało się zmienić i prowadziło ich prosto ku ciemności. Zatraceniu, z którego już się nie wydostaną. Trauma, jaką przeszła, kiedy szlajali się po domach, kiedy musiała uciekać jak trędowata, kiedy była na łasce obecnych domowników - nie było w tym niczego dobrego. Słodycz robiła się słodko-gorzka, kiedy parę dodatkowych faktów, całkiem logicznych, naświetlało się sobie samemu. Nie mówił nic, kiedy polewała sake nagrobek. Nic, kiedy opowiadała mu o wszystkim. To był zdecydowanie dobry czas, by pomilczeć. Kości zostały rzucone. A te kości były wyjątkowo ciężkie. Na szczęście nie zmieniały już zupełnie niczego.
- Wiem, że wszyscy nasi przodkowie czuwają i obserwują. Są jak gwiazdy na niebie - nawet jeśli my ich nie widzimy, oni widzą nas. Widząc, jak sobie radzisz, na pewno są spokojni i dumni. Tak jak jestem pewien, że moi są dumni ze mnie. - Nie był pewien, dlatego chciał tam iść, zapytać. Zobaczyć. Odwiedzić groby rodziców i ich pozdrowić tak, jak zrobiła to teraz Asaka. - Masz teraz wspaniałą rodzinę.
Obrazek

But the dragon...
The dragon only need enough luck to find you once.
Avatar użytkownika

Shikarui
Pisarz Zimy
 
Posty: 1467
Dołączył(a): 6 lut 2018, o 17:25
Wiek postaci: 21
Ranga: Doko
Krótki wygląd: -Czarne, dłuższe włosy
-Lawendowe, jasne oczy
-Średniego wzrostu
Widoczny ekwipunek: Łuk, kołczan ze strzałami, płaszcz, torba na tyłku, kabura na prawym udzie, wakizashi przy lewym boku i za plecami na poziomie pasa, średni zwój, mały zwój przy kaburze,
Link do KP: viewtopic.php?p=73144#p73144
GG: 12504223
Multikonta: Koala

Re: Kurhany nieopodal Seiyamy

Postprzez Asaka » 26 lis 2018, o 16:26

Nie, nie była krucha, nie była bezbronna. Nigdy tak naprawę nie była. Jako dziecko miała dwie możliwości – albo poddać się całemu złu świata i ryczeć w kącie, stać się nieśmiałą, zahukaną wersją siebie, albo nie. Nigdy nie płakała, nawet wtedy, gdy świat okazał się jeszcze bardziej okrutnym miejscem, niż za jaki go uważała. Nienawiść i gniew na wszystko i wszystkich przekuła w siłę, która pozwoliła jej brnąć dalej, przed siebie. Przez długi czas była ofiarą, która też pokazywała swoje zęby i pazury – co tym samym przestało ją plasować na stanowisku biednej owieczki otoczonej stadem wilków. Próbowano, a jakże, ale nie pozwalała na to, nikomu. Nie znaczyło to, by słowa innych nie raniły, oj robiły to, bardziej niż oddawane ciosy pięścią. Shikarui był drapieżnikiem – i to jakim! Udawał przemiłego, by w najmniej odpowiednim momencie wyciągnąć nóż – strzałę – i wbić go – ją – prosto w plecy, które się doń odwracało. Tak było z niemal wszystkimi, prawda? Zleceniodawca czy nie, gdy ktoś dawał więcej, to zmieniał opcję na inną. Szukał zysku dla siebie. Albo czasami dlatego, że ktoś działał mu na nerwy. Nie było w tym nic złego – albo raczej było, wiele, ale tak to już było z tymi silniejszymi, że to oni dyktowali zasady. Lecz Asaka wcale nie była wiele lepsza. Tak, miała jakiś system moralności, którego się trzymała, ale czasami… był on niesamowicie wątpliwy i chwiejny, chyba, że dochodziliśmy do sprawy rodziny czy honoru. Ale prócz tego…? Ona też była drapieżnikiem – drapieżnikiem, który wcale na niego nie wyglądał, ale gdy tylko się odzywała, wszystkie wątpliwości mijały. Nie dbała o pozory, nie bardzo. Szkoda jej było na to czasu. Tym niemniej… Nie była zwierzęciem. Tak jak nie był nim Shikarui. I nie, nie połączyło ich nic zwierzęcego, bo zwierzęta poddawały się instynktom, chęci przedłużenia gatunku, a oni… zawsze mogli powiedzieć „nie”.
Tylko jak tutaj pomóc? Nikt nie cofnie przecież czasu, to jedna sprawa, a druga – Los miała zgotowany pewien plan i pewnie dostałaby to, czego chciała w ten czy inny sposób. Nie epidemia, to jakaś inna katastrofa, która pchnęłaby białowłosą w stronę Seiyamy. Tak przynajmniej uważała. I najgorsze w tym wszystkim było to, że doskonale wiedziała, że od czasu śmierci swojej matki, jej komfort życia poprawił się… znacznie. Nie było co się oszukiwać, gdyby nie to, to nikt nigdy by się nie zorientował, że mogłaby kontrolować chakrę. Nie zostałaby kunoichi, nie wyruszyłaby do Sogen, nie poznałaby mężczyzny, który stał tuż obok i nie potrafił znaleźć słów pocieszenia. Pocieszenie w gruncie rzeczy nie było konieczne. Tak, wspomnienia bolały, ale Asaka się z nimi pogodziła, co wcale nie znaczyło, że łatwo jej będzie teraz o tym wszystkim mówić. Nigdy tego nie robiła: nie mówiła o tamtych wydarzeniach, nie musiała. No i bała się jego reakcji na to wszystko. A wyglądało na to, że nie było się czego bać, bo Shikarui nie zaczął nagle patrzeć na nią jak na trędowatą, od której należy się oddalić się w zorganizowanym pośpiechu. I była mu za to wdzięczna.
Wiedziała, że chciał dobrze. Nie chciała być jednak zacierającym się z czasem wspomnieniem, jakie krążyło po jego głowie, tak jak teraz było z jej babką i matką, które były tutaj „pochowane”. Pusty pomnik na ich cześć.
Elegancja – dobre. Nie, nie była arystokratką, którą od małego uczono jak należy stawiać stopy, jak poruszać rękami, jak wysoko trzymać głowę na wyprostowanym karku. Pochodziła z chłopskiej rodziny, nie dało się tego ukryć. Wiedziała, jak wyprawić skórę zwierząt, jak przyrządzić ich mięso, jej dłonie nie były nieskalane pracą, a jednak na tyle nauczyła się naśladować wyższą sferę, że czasami faktycznie ją brano za kogoś ważnego. Nawet Teirenowi się to wymsknęło – porcelanowa laleczka i samolubna suka, która uważa, że jest lepsza od innych, bo jest z Kosekich.
- Też tak myślę. Że czuwają i obserwują – ale na obserwowaniu się kończyło, prawda? Nikt nie brał cię nagle za rękę, by poprowadzić na tę odpowiednią ścieżkę, chociaż kto wie…? Może jednak to duch matki pchnął ich po roku do Seiyamy, gdzie wcześniej by ich nie przyjęto – pewnie skończyłoby się dużo gorzej. Dlaczego dokonujemy takich, a nie innych, wyborów…? - Na pewno są. Ja bym była – nie znała go dobrze, to już wszyscy wiemy, ale to ile widziała i ile pozwolił jej wiedzieć nie było złe. Każdy popełniał błędy, a Shikarui przynajmniej starał się rozumieć co robi źle. Jak być lepszym człowiekiem. - Tak, teraz tak… Ale nic nie przyszło samo, na wszystko trzeba było zapracować. Uspokoić się. Wiesz… Kiedyś nienawidziłam ludzi i całego świata, bo dlaczego, skoro nie spotkało mnie nic dobrego? Dopiero później zrozumiałam, że nie było warto, a gdy się dobrze poszuka, to można się przekonać, że nie jest wcale tak źle – tak, zdecydowanie w ciągu ostatnich jedenastu lat wydoroślała i choć czasami zachowywała się jak głupi podlotek, za którego miała ją jej rodzina, to nie było tak źle. Nie była taka głupia. A gdy tak zeszło na temat jej obecnej rodziny, Asaka drgnęła i rozszerzyła oczy; odwróciła wzrok od kurhanu. - Chyba powinnam ci się przedstawić raz jeszcze. Odpowiednio. Nazywam się Koseki Asaki – skłoniła lekko głowę, pozwalając by białe pukle prześlizgnęły się po ramionach. Gdy się poznali… przedstawiła mu się przecież inaczej. Aż dziw, że nie dopytał o to na granicy. - Przyjęłam nazwisko ojca, gdy przyznał się do mnie i włączył mnie do swojej rodziny. Mori to nazwisko mojej zmarłej matki. Przedstawiam się nim z szacunku do niej.
Obrazek
to capture a predator
you can't remain the prey
you have to become an equal

in every way


Avatar użytkownika

Asaka
Dobry Duszek Forum
 
Posty: 925
Dołączył(a): 18 maja 2018, o 12:08
Wiek postaci: 24
Ranga: Akoraito
Krótki wygląd: Białowłosa, złotooka, niewysoka
Widoczny ekwipunek: Kabura na broń na udach; torba na pośladku; ciemnobrązowy płaszcz z kapturem; kanzashi we włosach; wielki wachlarz
Link do KP: viewtopic.php?f=32&t=5564
GG: 0
Multikonta: Yukirin

Re: Kurhany nieopodal Seiyamy

Postprzez Shikarui » 26 lis 2018, o 22:44

Czuwają, obserwują - co więcej mogliby zrobić? Czy raczej: co więcej chcielibyśmy, żeby zrobili? Czasem przytulili, czasem poklepali po główce i powiedzieli, że dobrze sobie radzisz, czasem żeby chociaż skinęli głową i potwierdzili, że są dumni ze ścieżki, którą idziesz, bo nie jest ona zła. Prowadzi do nieuniknionych zmian. Oby na lepsze. Mogliby czasami coś doradzić, albo chociaż dać znać, że są. Doszukujemy się przecież znaków w płatkach śniegu, a inni szukają ich we wnętrznościach ryb. Każdy orze jak może, ale wszystko sprowadzało się do tego samego - że człowiek nie chciał być zapomniany. Dlatego tak ważne było to niezwierzęce przedłużenie gatunku. Shikarui podejrzewał, że jej życie, życie Asaki, poprawiło się pod względem materialnym, kiedy przeprowadziła się tutaj. Podejrzenia podejrzeniami, znów - wystarczyło po prostu zapytać, ale i kolejny raz to pytanie zachował chwilowo dla siebie. Nie wypadało? Żeby on się jeszcze przejmował tym, co wypada, a co nie… najwyraźniej tutaj przejmował. Całkowicie realnie. Jej poczucie strucia, winy, które nosiła w sobie, tylko dlatego, że ona teraz żyła - i to o wiele lepiej, niż kiedy żyła jej prawdziwa matka, całkowicie wystarczyły. Nie potrzebowała nurkować dalej, rozdrabniać to błoto bardziej… tylko że chyba sama chciała. Obedrzeć się z szat, na tym mrozie i zimnie, kiedy już nie będzie miała w dłoniach niczego, by przebłagać duchy przodków, więc będzie się starała błagać tych żyjących. Jego samego. Nie, no oczywiście, że kto jak kto, ale Asaka nie byłaby gotowa do poświęcenia swojej dumy, żeby go ugłaskać, a jemu nawet nie wpadł pomysł do głowy, że mogłaby to robić. Nie było mu dobrze, kiedy i jej było źle. Bała się tego, jak zareaguje, widział to w niej, przecież strach wyczuwał niemal w zapachu, to była ta jedyna emocja, której zawsze był pewien i która zawsze działała na niego elektryzująco, a tu i teraz, pośród tych nagrobków okrytych puchem… tutaj działała tak, że wsuwała melancholię i chęć, by ten strach rozgonić i zamienić go na pewność, że nie ważne, co chciała mu jeszcze powiedzieć i jak zamierzała to przekazać - on będzie ciągle. Mocna, bardzo mocna deklaracja, co? Dlatego nie padła z jego ust. Już zapewnił Akiego, że nigdzie się nie wybiera - i nie wybierał. Wtedy nie wybierał. Dziś był tutaj z Asaką, a jutro ruszał do Nawabari - to też nie było fair. Nie po tym, co mu powiedziała. Woda miała swoje odpływy i przypływy, kształtowała brzegi, zmieniała ziemię, ale te zmiany nie były gwałtowne. On nie był gwałtowny. Nie mógł na głos wypowiedzieć, że to nie było istotne, co powie, bo tak nie uważał. Wszystko było istotne. Jej przeszłość wpływała na teraźniejszość. Nie sądził po prostu, żeby niecelowo mogła uderzyć w taki punkt, przez który mógłby nie zechcieć już na nią spojrzeć. Ba! Był pewien, że takiego punktu nie ma.
Podszedł do niej i objął ją ramionami, żeby zamknąć ją w tych swoich. Hush, my darling. To był już zdecydowanie ten czas, w którym odległość przestała być wskazana. Cieszył się, że podzieliła się z nim tym wszystkim. Może źle robił, że nie zabierał jej ze sobą? Nie. Nie chciał. Zabierze ją, kiedy przyjdzie czas. Nie teraz, kiedy musiał się przekonać, czy za jego głowę nie wystawiono listu i czy… on nie będzie musiał kogoś tej głowy pozbawić. To nie było coś, czym chciał się teraz z nią dzielić, kiedy chciał być w jej oczach lepszy. Dostał od niej szansę i nie chciał jej zmarnować. Jeśli zgaśnie w jej złotych tęczówkach, co sypały się na niego całym złotem tego świata, co mu pozostanie? Wrócenie na stare śmieci. Powrót do egzystowania, do którego nie chciał wracać. Tutaj, z nią, było mu naprawdę, naprawdę dobrze. Z tą mądrą kobietą.
- Cieszę się, że się ze mną tym wszystkim podzieliłaś. - Gładził jej włosy, chociaż emocje już chyba opadały. Pomalutku ulegały rozprężeniu. Przestawały dręczyć i szarpać jej wnętrzności. Na tym, zdaje się, właśnie to uspokojenie polegało. Najpierw bardzo mocno walczysz - o coś, o kogoś. O samego siebie. Potem przebierasz w bitwach, rzucasz się w ich wir, starasz się zwyciężać, zapamiętując listę grzechów jak paciorek, a końca nie było widać, dopóki nie okazywało się, że tak naprawdę to już jesteś na mecie. Nie musisz nadal ściskać tego miecza. Nie trzeba ci już walczyć. Dla Asaki to była naprawdę długa i trudna walka, ale jak sama powiedziała - już dość. Odnalazła swoje miejsce i to miejsce pomogło jej ukoić nienawiść, która wypalała ją od środka i nakręcało spiralę wzajemnej niechęci. Wypuścił ją ze swoich ramion, kiedy obwieściła, że musi mu się jeszcze raz przedstawić. Odpowiedział ukłonem na ukłon.
- To zaszczyt móc panią poznać. - Odpowiedział oficjalnie. Nie, nie dopytywał o to, bo sam żonglował nazwiskami, jak tylko mu się podobało i nie przykładał do tego najmniejszej wagi. Tak i tutaj, kiedy ona przedstawiła się mu jako Mori, a na granicy jako Koseki, tak on przedstawił się jako Jugo, bo tak po prostu było wygodniej. Nie rozpatrywał nawet prawdopodobieństwa, że Asaka nosi dwa nazwiska. Brak zastanowienia nie zawsze przyświecał ku dobremu, ale już się na tym przyłapał nie raz - że zaczął właściwie na oślep ufać Asace. Czasem najmniejsze pierdoły sprawiały, że się zastanawiał, czemu to zrobiła i dopytywał, a czasem potrafił nie zauważać tak istotnych rzeczy i uznawać je za zupełną normę. Zasadę, na której świat został oparty i skonstruowany.
- Teraz już rozumiem, czemu tak późno zaczęłaś trening. Twoja matka nie potrafiła panować nad chakrą. - Więc jej trening rozpoczął się dopiero, kiedy trafiła do domu Minako. Tam wszystko się zaczęło. Tak jakby prolog, jaki musiała przejść, był wstępem zaledwie dla formalności. Okrutnie tak powiedzieć o tym, co ta dziewczyna przeszła. Wszystko, co najbardziej istotne, działo się już po tym, jak tutaj trafiła. Jej prawdziwe życie, jej prawdziwe “ja”. Prawdziwe wszystko. A jednak była nadal Mori. Nie zatraciła wszystkiego, co wyniosła z pierwszego domu jako dziewczynka. - Nie miałaś pretensji do ojca, że wcześniej cię nie szukał? - Historia o tych, którzy zostali porzuceni - nie mogła być szczęśliwa. Teraz jednak była.
Obrazek

But the dragon...
The dragon only need enough luck to find you once.
Avatar użytkownika

Shikarui
Pisarz Zimy
 
Posty: 1467
Dołączył(a): 6 lut 2018, o 17:25
Wiek postaci: 21
Ranga: Doko
Krótki wygląd: -Czarne, dłuższe włosy
-Lawendowe, jasne oczy
-Średniego wzrostu
Widoczny ekwipunek: Łuk, kołczan ze strzałami, płaszcz, torba na tyłku, kabura na prawym udzie, wakizashi przy lewym boku i za plecami na poziomie pasa, średni zwój, mały zwój przy kaburze,
Link do KP: viewtopic.php?p=73144#p73144
GG: 12504223
Multikonta: Koala

Re: Kurhany nieopodal Seiyamy

Postprzez Asaka » 27 lis 2018, o 01:17

Może i nie wypadało, może o pewne rzeczy pytać się nie powinno. Rzeczy, które wydawały się oczywiste, a przynajmniej oczywiste były dla Asaki. Bo dla Shikaruia? Nie wiedział gdzie wcześniej mieszkała, ani czym zajmowała się jej matka, bądź ona sama. Nie, to wcale nie było takie oczywiste i ciekawość Shikaruiego wcale nie była nie na miejscu, ani nie była dziwna. Zapytana na pewno odpowiedziałaby wprost, bez głupiego kręcenia, bez uciekania wzrokiem, ale nie sprawiłoby jej to przyjemności. Trudno by nie sprawiło, gdy poniekąd żeruje się na stracie, na śmierci kogoś innego. Nie, nie było w tej sprawie jej winy, ale jednak winna się czuła. Nie w całości, ale część poczucia winy zagnieździła się w jej sercu, jak zagnieżdżają się gołębie na niektórych balkonach. Znoszą sobie jedną gałązkę opadłą z drzewa, potem drugą, trzecią, dwudziestą… Gniazdko się wije, kup i jajek przybywa i nie sposób się później tego pozbyć. Tak samo było z poczuciem winy, a przecież nie była samobiczującym się typem, który w każdym niepowodzeniu wietrzy swoją winę, porażkę i zagładę. Nie musiała mu tego wszystkiego mówić, na bogów – nic nie musiała! A jednak chciała i zrobiła to, nie licząc na nic w zamian. Miała jedynie nadzieję na zrozumienie i na to, że nie okaże się być taki, jak cała masa ludzi z Karmazynowych Szczytów, którzy patrzyli na jej urodzenie, a nie na to, kim faktycznie jest. Strach, który odczuwała, nie był strachem, który powoduje zimne poty, ból brzucha, bladość skóry czy trzęsące się dłonie. Ubranie nie zaczęło nieprzyjemnie kleić się do jej ciała. To był strach, który odbijał się niepewnością na jej twarzy. Niepewnością, smutkiem, zdenerwowaniem, ale i tak dla kogoś tak nań wyczulonego jak Shiki powinni być, i było, to jasne.
Słowa miały wielką moc. Słowa sprawiały ból, słowa go koiły. Były ważne. Tyle, że czasami nie były wystarczające. A w jeszcze innych przypadkach słowa to było za dużo; bywały zbędne. Jak było teraz? Nie potrzebowała żadnej słownej deklaracji; nauczyła się już, że czasami to co ludzie mówią, a to co robią, to dwie różne sprawy. Nie chciała w ten sposób myśleć o Sanadzie, nie dał jej jak dotąd powodu, by tak uważała, a jednak zapewnienie by pomogło, prawda? Tyle, że… Poniekąd takie już padło, wczoraj, jednak nie miał tej wiedzy, którą miał teraz. Mógł uciec w każdej chwili, czy by go zatrzymała? Z pewnością zranienia nie byłaby w stanie ukryć z twarzy, tak jak każdej innej emocji, które można było z niej wręcz czytać nawet nie znając liter. Ale nie, nie zatrzymałaby go. Trzymanie kogoś przy sobie na siłę nie wydawało jej się fair. A on… Miast cofnąć się, najpierw powoli, jednym kroczkiem prawej nogi, za którą podąża lewa i z każdym pokonywanym metrem przyspieszać – stał tutaj obok niej. Nie mówił nic. Nie musiał. Wystarczyło, że krok, który zrobił, nie oddalił go od niej, a przybliżył, że wyciągnął doń rękę, by zagarnąć ją do siebie i objąć, pozwalając, by i ona objęła jego, w jednej ręce wciąż trzymając butelkę z sake. W tym momencie żadne słowa nie były potrzebne. Były wręcz… zbędne. Nieco mocniej ścisnęła palce, przyciskając je do jego pleców, a głowę wtuliła w jego ramię. Warto było nie urosnąć tak, jak większość kunoichi. Nie była zła, że sam wybierał się do Nawabari. Doskonale rozumiała, że pewne sprawy należy załatwić samemu i wpychać się nigdzie nie zamierzała. Idź… tylko wróć… O nic więcej nie prosiła. Bo i na nią te lawendowe tęczówki rzuciły czar; fiołkowy pyłek już dawno temu posypał jej głowę i układał ją do snu. Nadawał jakiś cel i sens egzystencji, którą dotąd prowadziła, trwoniąc czas na nic nie robieniu w Sogen. Gdyby nie on…
Wiele się zmieniło od tamtej pory.
Nie chciała wracać do tamtego stanu.
Przymknęła oczy, wsłuchując się w jego słowa i poddając się miarowemu gładzeniu jej włosów. Ten gest był tak bardzo kojący i uspokajający… Gdyby to było gdzieś indziej, a nie tutaj, na polance usłanej kurhanami, to mogłaby zasnąć, dodatkowo wdychając zapach, który tak dobrze jej się kojarzył od samego początku. I który tak na nią działał. Ale nie czas to był i miejsce. W końcu trzeba było też opuścić bezpieczne ramiona.
- Nie, nie potrafiła. Była kompletnie normalnym człowiekiem. Tak jak moja babka i cała reszta wioski – to, że Shikarui ufał jej na oślep niemalże od początku, nie zastanawiał się nad niektórymi sprawami, powierzał jej niejako swoje życie, było i głupotą i niesamowitą odwagą. Mogła przecież wykorzystać to przeciwko niemu. Ba, mało tego, mogła go zabić, gdyby tylko chciała, wtedy, nad jeziorem. Sanada miał jednak niesamowite szczęście, jak to stwierdziła przy ich pierwszym spotkaniu, i trafił na nią – na osobę, która tę ufność nie chciała wykorzystać ani nią zachwiać. Co jak co, ale krzywdy… Nie zrobiłaby mu żadnej. Nie dlatego, że nie mogła, a dlatego, że nie chciała.
No i zbyt mocno się do niego przywiązała.
- Miałam. Miałam pretensje do wszystkiego i wszystkich. O wszystko. Byłam pełna pretensji. Ale później pojęłam, że świat nie krąży wokół mnie, a mój ojciec nie miał o moim istnieniu żadnego pojęcia, no bo jak? Zresztą stanął na wysokości zadania i wziął mnie pod swój dach. A gdy już Minako nauczyła mnie podstaw, on zajął się resztą. Zresztą trudno, by Minako uczyła mnie jak opanować te żywioły i kryształ. Ona nie ma kekkei genkai.
Obrazek
to capture a predator
you can't remain the prey
you have to become an equal

in every way


Avatar użytkownika

Asaka
Dobry Duszek Forum
 
Posty: 925
Dołączył(a): 18 maja 2018, o 12:08
Wiek postaci: 24
Ranga: Akoraito
Krótki wygląd: Białowłosa, złotooka, niewysoka
Widoczny ekwipunek: Kabura na broń na udach; torba na pośladku; ciemnobrązowy płaszcz z kapturem; kanzashi we włosach; wielki wachlarz
Link do KP: viewtopic.php?f=32&t=5564
GG: 0
Multikonta: Yukirin

Re: Kurhany nieopodal Seiyamy

Postprzez Shikarui » 27 lis 2018, o 01:59

Nie wypadało, żeby tu i teraz układali się do snu. On nie zamierzał jej tu układać do snu. W jednej z drobnych dolinek, pośród maków i fijołków, gdzie lawenda nachylałaby się nad jej głową. Mógł się pochylać w miękkim łóżku, zacisznym kącie pokoju, gdzie cztery ściany szanowały ich sekrety, a dach chronił przed opadami śniegu. Tutaj sen był wieczny. Dlatego nie mógł jej tutaj uśpić. Nie mógł w ogóle dać jej spać, kiedy było tak zimno, nieprzystępnie, nawet jeśli obietnica wzajemnej ochrony oplatała ich obiecującymi więzami i dawała poczucie, że tak mogliby trwać. Wiecznie.
Miał nawet ogromne szczęście, że trafił najpierw na Akiego, który mógł mu wbić sztylet w plecy, a tego nie zrobił i teraz na nią. Ale nawet Akiemu nie ufał tak, jak ufał teraz jej. Za obu mógłby dać się pokroić - tak sobie myślał. Oddać życie, bo niby to tak łatwo zrobić, jeszcze łatwiej powiedzieć. Ano nie było łatwo. Raz złożył taką deklarację i więcej nie zamierzał. Na pewno nie przed Asaką, która wcale tego nie chciała, a skoro nie chciała ona - nie chciał i on. Nie każdemu trafiała się taka perełka, która zamiast marzyć o księciu z bajki, będzie marzyła o mężczyźnie, co wyłagodzi jej ogień, który lubił wyrywać się z ryz. Który ukoi, a jednocześnie nie będzie próbował jej poskromić. Jej dzikość należała tylko do niej - ucywilizowana, uspokojona, ale wilk, który całe swe życie spędził na polowaniach, przemierzając sosnowe kotliny, pamiętając ich zapach i woń zwierzyny wokół, nigdy nie stanie się udomowionym pieskiem, nie ważne jak mocno byś próbował. Wilka można złamać. Można go też oswoić i się z nim zaprzyjaźnić. Ale nikt nigdy nie okiełzna wilka, w którego ślepiach na zawsze pozostanie odcisk dawnych lat.
- Nie ma niczego złego w byciu bękartem. - Dodał, kiedy już skometował skinięciem jej ostatnie słowa. Jej pogodzenie się z tym, że ojciec o niej nie wiedział. Shikarui chyba nie potrafiłaby się z tym pogodzić. Oj nie, on pamiętał dawne krzywdy do żywego - i żadnej nie zostawiał niespłaconej. Pierwszym niespłaconym był Teiren, za którym gonić nie zamierzał ze względu na Asakę. Wybaczyła mu - on jemu nie. Jednak to jej krzywda zabolała jego, więc skoro ona sobie tego nie życzyła… Niby czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal - zastanawiał się nad tym nawet. Czy nie wyprowadzić go gdzieś daleko, gdzie słuch by po nim zaginął, skoro i tak raczej nie będzie Asace prędko do ponownego spotkania z tym Jugo, ale odpuścił z jednej przyczyny - nie chciał jej okłamywać, a takie kłamstwo potrafiło mieć wyjątkowo krótkie nogi. W końcu nie dało się przewidzieć, jakie ścieżki wytyczyła Los.
- Ty i ja. Niczym się nie różnisz od ludzi z błękitną krwią. Nie jesteś gorsza. Jesteś od większości lepsza. - W końcu i on był niechcianym bękartem. A jednak nie ważne, ilu ludzi pociął, każdy z nich krwawił tak samo.
Obrazek

But the dragon...
The dragon only need enough luck to find you once.
Avatar użytkownika

Shikarui
Pisarz Zimy
 
Posty: 1467
Dołączył(a): 6 lut 2018, o 17:25
Wiek postaci: 21
Ranga: Doko
Krótki wygląd: -Czarne, dłuższe włosy
-Lawendowe, jasne oczy
-Średniego wzrostu
Widoczny ekwipunek: Łuk, kołczan ze strzałami, płaszcz, torba na tyłku, kabura na prawym udzie, wakizashi przy lewym boku i za plecami na poziomie pasa, średni zwój, mały zwój przy kaburze,
Link do KP: viewtopic.php?p=73144#p73144
GG: 12504223
Multikonta: Koala

Re: Kurhany nieopodal Seiyamy

Postprzez Asaka » 27 lis 2018, o 10:23

Ach, ależ nikt nie zamierzał spać, to była jeno myśl, krótka i płochliwa, że było jej tak dobrze, że mogłaby tutaj zasnąć. Przy nim, zamknięta w ciepłych i bezpiecznych ramionach, wystawiona tylko odrobinę na chłód zimy, skutecznie odsuwany przez ciepły płaszcz i przyzwyczajenie. Cóż, akurat na tyle lawendowooki ją znał i wiedział doskonale, że tej pannicy naprawdę nie potrzeba wiele, ot tylko zamknąć żółte oczy, dać jej kilka, może kilkadziesiąt sekund i… I już spała. Gdyby tylko się dało, to mogłaby się wysypiać za ich dwóch, skoro Sanada potrafił się wiercić pół nocy w namiocie z boku na bok bez wyraźnego skutku. Albo skoro budził go byle głośniejszy szelest, jakby wszystko na tym świecie tylko czekało, aż zmruży oczy i - haps! Nic tylko zaatakować szanownego pana. Cóż, poniekąd tak właśnie było, zwłaszcza będąc podczas jakiejś misji. Chwila nieuwagi i można było znaleźć się po pas w grząskim bajorze, ale we wszystkim należało znaleźć umiar. Złoty środek.
Biała perła mieniła się delikatnym złotawym blaskiem i prawdę mówiąc nic dziwnego, że nie marzyła wcale o księciu na białym koniu, w jednej jego ręce tarcza, w drugiej lanca, a na ciele wypolerowana zbroja, która tak odbijała światło, że aż trzeba było mrużyć oczy, by cokolwiek zobaczyć. Nie, nie, nie. Tacy księciunie zwykle mieli ulizane włosy i nienaganne maniery na pokaz, a trzy minuty rozmowy z takim i twój mózg zaczyna z nudów tańczyć makarenę. Asaka nie marzyła o niedoścignionym “ideale”, a o mężczyźnie z krwi i kości - ze wszystkimi swoimi wadami i zaletami. O takim, który po prostu będzie ją dopełniał i którego nie będzie miała dość po tygodniu. Inna sprawa, że jakoś dotąd jej głównym celem wcale nie było znalezienie takiego mężczyzny i założenie rodziny. Ba, nadal to nie był jej cel, a na pewno nie główny. To nie była jedna z tych dziewcząt, które całymi dniami marzą i wzdychają, byle tylko wyjść za mąż. To był… tylko dodatek. A jakoś teraz nie wydawał się wcale taki nierealny jak jeszcze wczoraj o tej samej godzinie, gdy byli jeszcze w drodze.
- Jesteś jedyną znaną mi osobą, która tak uważa - widziała mnóstwo złego w byciu bękartem, przecież przez większość swojego życia odczuwała na własnej skórze tego skutki. I nie życzyła tego nikomu.
Nie upadła na szczęście tak nisko, by samą siebie uważać za gorszą, nie. Starała się robić wszystko, by i w oczach innych zabłysnąć. Szkoda tylko, że przez większość czasu zabierała się do tego od złej strony. Wybaczyła ojcu, bo w gruncie rzeczy nie zrobił niczego złego. Mogła go winić jedynie o to, że nie przewidział konsekwencji swojego wyboru, a to ona ponosiła tego koszty. Jednak jej to wynagrodził, w taki czy inny sposób. Zaś początkowe przeciwności związane z zamieszkaniem w Seiyamie, atmosfera w domu… To wszystko zmieniło się z czasem. Potrzeba było jedynie cierpliwości (której srebrzystowłosej brakowało) i samozaparcia. I teraz byli tutaj, nie na żadnym zakręcie, tylko na prostej, na której hen hen daleko widoczny był horyzont i spory kawałek drogi. Bo Asaka wybaczyła ojcu i go pokochała, wybaczyła Minako jej niechęć i ją też pokochała. Zaś rodzeństwo? Hotaru zawsze była oczkiem w głowie Asaki, siostrzana miłość od któregoś z pierwszych wejrzeń; Katsuro natomiast był tym bratem, któremu należało utrzeć nosa. Ale z wiekiem przyszedł i szacunek. Obustronny.
- Tak, teraz to wiem… Dziękuję - teraz wiedziała, owszem, ale kiedyś? Kiedyś to nie było takie oczywiste. No i w oczach mnóstwa ludzi jednak gorsza była. Przywykła.
Westchnęła cicho pod nosem i odwróciła się na chwilę, by kucnąć przy kurhanie. Wyciągnęła prawą dłoń, lekko przesunęła nią po miękkim śniegu, aż w końcu położyła dłoń w rękawiczce, by zostawić swój mały ślad. Mówiła jasno: byłam tu. Chwilę później wyprostowała się.
- Chyba… Chyba możemy już iść. Zabrać cię w jakieś konkretne miejsce, czy chcesz wrócić do domu? - mieli przecież jeszcze mnóstwo czasu, nie było jeszcze nawet południa. Mogli pójść gdziekolwiek chcieli, gdziekolwiek chciałby Shikarui. Wystarczyło powiedzieć tylko słowo… A ona mogła spełnić jego jedno życzenie. W zamian za to, że nie ocenił jej przez pryzmat tego, co mu dzisiaj opowiedziała. W zamian za to… że jej nie odrzucił.
Obrazek
to capture a predator
you can't remain the prey
you have to become an equal

in every way


Avatar użytkownika

Asaka
Dobry Duszek Forum
 
Posty: 925
Dołączył(a): 18 maja 2018, o 12:08
Wiek postaci: 24
Ranga: Akoraito
Krótki wygląd: Białowłosa, złotooka, niewysoka
Widoczny ekwipunek: Kabura na broń na udach; torba na pośladku; ciemnobrązowy płaszcz z kapturem; kanzashi we włosach; wielki wachlarz
Link do KP: viewtopic.php?f=32&t=5564
GG: 0
Multikonta: Yukirin

Re: Kurhany nieopodal Seiyamy

Postprzez Shikarui » 27 lis 2018, o 11:44

Mijały całe lata, a ludzie się nie zmieniali. Podział na tych lepszych i gorszych nadal był mocno odczuwalny, a Shikarui nie był tym, który próbowałby walczyć o lepsze jutro i czysty poranek, w którym mróz nie pochłonie całej ziemi i nie sprowadzi epoki obojętności do ludzkich serc. Nie walczył z kastami, bo były mu obojętne. Przynajmnije tak mu się wydawało, że było mu to obojętne, bo sam odczuwał tak rażącą i bolesną niesprawiedliwość tego, że był uważany za kogoś gorszego, traktowany gorzje od wszystkich innych, tylko dlatego, że jego krew nie była błękitna, a oczy nie prezentowały sobą linii rodu. Czerwone, przeklęte. Za każdym razem, kiedy palec był wycelowany w pierś i już miały paść słowa "bękart" czy "dziwoląg" - bolało, do cholery, tak samo mocno. Tak było kiedyś, bo teraz? Słyszał to wiele razy, a jak wiadomo - choć kłamstwo powtarzane wiele razy staje się prawdą, to do każdej prawdy można się było przyzwyczaić. Do tego został stworzony człowiek. Do adaptowania się. Shikarui był w tym naprawdę dobry. Mógł nawet powiedzieć, że lepszy od Asaki, bo posiadał cierpliwość typową pająkom. Pozwalała mu zapleść swoją sieć, nieszczególnie się śpiesząc, a potem siedzieć w bezruchu całymi dniami, czekając, aż jakiś owad zaplącze się w lepkie nitki splecione w piękny wzór, którego czasem nie sposób dojrzeć, jeśli nie spojrzysz pod słońce. Nie wszyscy mieli tak wyostrzony wzrok, by to dojrzeć. Więc tak, widział mnóstwo złego w byciu bękartem, ale nie dlatego, że rzeczywiście uważał to za bycie "złym", a dlatego, że wiedział, jak naprawdę ludzie reagują na bękartów. Dlatego też, chyba lepiej niż większość osób ją otaczająca, mógł zrozumieć, przez co przechodziła, kiedy tak bardzo, bardzo denerwowała ją niemoc i to, że jej przeznaczenie zostało spisane na straty tylko dlatego, że jej matka nie należała do żadnego szanowanego rodu. Tylko dlatego, że miała te piękne, białe włosy i unikalne, miodowe oczy, które potrafiły ciąć tak samo skutecznie, jak kryształowe ostrza, które potrafiła stworzyć na swoim przedramieniu. Nie zdziwiło go to, kiedy stwierdziła, że jest jedyną osobą, która tak uważa. Smutne, jakie smutne... Samotne życie, na którym postawiono "x". Co sobie myślały Mojry, kiedy tkały czyjeś nici w ten sposób? Na niektóre pytania ponoć lepiej nie znać odpowiedzi. Jeśli je poznasz, zaczyna do ciebie docierać, jak prawdziwie niesprawiedliwa jest rzeczywistość, w której przyszło nam żyć.
- To dziwne. Wszyscy krwawimy tak samo i tak samo umieramy. Osób myślących tak jak ja i ty jest więcej. Trzeba tylko dobrze trafić. - On trafiał wyjątkowo dobrze. Chociaż... czy te trzy osoby przez całe dwadzieścia lat można było nazwać wynikiem niezłym? Na pewno tak, jeśli przyrównać do wyniku Asaki. Był pierwszy. Nawet jej matka, siostra... och, gdyby był wrażliwszy, to na pewno bardzo mocno by jej w tym momencie współczuł, współdzieląc jej ból, ale jego twarz cały czas pozostawała spokojnym kamieniem, w którym nie kuto specjalnych emocji. Czasem tylko artysta kusił się na drobne zmarszczenie brwi, wykrzywienie czy jeszcze drobniejszy uśmiech. Mimo to nie było co się nadmiernie rozczulać. Wtedy było ciężko, ale sposób myślenia się zmienił, Asaka zdołała ten sposób myślenia odmienić - u swojej matki, siostry, brata. Przecież widział - wcale nie spoglądali na Asakę jak na gorszą. Więc wcale nie był pierwszą osobą. - Twoja matka na pewno myśli o tobie tak samo. - Mogła to przeoczyć. Czasem te największe oczywistości, choć leżały pod naszymi butami, były najbardziej niezauważalne. Zbyt łatwo było na nie nadepnąć. Nawet nie zdołałeś się o nie potknąć, a nawet jak już to robisz kolejny krok i po problemie. Nie oglądasz się za siebie, bo jesteś za bardzo skupiony na tym, co przed tobą. Tak to działało.
Obserwował, jak przesunęła dłonią po śniegu, a który to gest znaczył więcej niż tysiąc słów. Był tak intymny, tak osobisty, że Shikarui nie mógł oderwać od ruchu jej ręki spojrzenia. Kolejny z czarów, tym razem ten bardzo smutny. Pozdrawiający tych, którzy już odeszli i dający znać, że mimo upływu kolejnych lat, dekad, pozostają w pamięci i to prędko się nie zmieni.
- Nie ma za co. Dla ciebie wszystko. - Powiedział to całkowicie poważnie. I naprawdę miał to na myśli. No... może nie dokładnie wszystko. Były jakieś drobne wyjątki. - Poćwiczyłbym trochę Suiton dalej, więc może w jakieś ustronne miejsce, gdzie woda wszystkiego nie zniszczy? - Uśmiechnął się lekko i wyciągnął do niej dłoń.
[/zt z Asaką]
Obrazek

But the dragon...
The dragon only need enough luck to find you once.
Avatar użytkownika

Shikarui
Pisarz Zimy
 
Posty: 1467
Dołączył(a): 6 lut 2018, o 17:25
Wiek postaci: 21
Ranga: Doko
Krótki wygląd: -Czarne, dłuższe włosy
-Lawendowe, jasne oczy
-Średniego wzrostu
Widoczny ekwipunek: Łuk, kołczan ze strzałami, płaszcz, torba na tyłku, kabura na prawym udzie, wakizashi przy lewym boku i za plecami na poziomie pasa, średni zwój, mały zwój przy kaburze,
Link do KP: viewtopic.php?p=73144#p73144
GG: 12504223
Multikonta: Koala


Powrót do Daishi

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość