Natsume Yuki

W tym dziale lądują zaakceptowane karty postaci. Na ich podstawie można się upewnić wyglądu właściwie wykonanej KP, aby uniknąć późniejszych poprawek.

Natsume Yuki

Postprzez Natsume » 24 mar 2015, o 22:15

Obrazek
Obrazek


IMIĘ: Natsume 夏目
NAZWISKO: Yuki 雪
KLAN: Yuki Obrazek
WIEK [DATA URODZENIA]: 25
PŁEĆ: Shinobi
WZROST | WAGA: 169/68
RANGA: Kogō, Shirei-kan Rodu Yuki, Shimakage Cesarstwa Morskich Klifów


Obrazek


Wizualizacja wyglądu
WYGLĄD: Natsume jest młodzieńcem o delikatnych rysach twarzy i czarnych włosach, zazwyczaj sterczących na wszystkie strony w artystycznym nieładzie. Ma on lekko zadarty nos i zwykle przymrużone oczy niemalże złotej barwy ukryte pod kształtnymi, ostrymi łukami brwiowymi. Wygląda na dosyć chuderlawego, lecz jak wiadomo - pozory mylą. Dość szczególną cechą jest jego nieco serdeczny (acz niekiedy dość kpiący) uśmiech, dość często pojawiający się na jego twarzy. Rzadko kiedy na jego twarzy pojawia się ekspresja przedstawiająca zamyślenie (nawet pomimo tego, że ma naturę myśliciela) bądź powagę, lecz gdy już się objawi - oznacza to, że sam młodzieniec przestał się w końcu bawić. Dość szczególne są też u niego zęby - śnieżnobiałe, o wydłużonych kłach. Jako Yuki, ma on również kilka cech aparycji typowych dla Rodu - chociażby nieco blada skóra i znacznie niższa temperatura ciała. Jego skóra pokryta jest gęstą siatką blizn, z czego największa - zadana pazurami niedźwiedzia - zawsze jest ukryta pod ubraniem.
Dodatkową, dość interesującą cechą, jest fakt że jego włosy mogą zmienić barwę na białą - staje się to za każdym razem, gdy pozwala na jakikolwiek wyciek chakry ze swojego ciała.


Wizualizacja stroju
UBIÓR: Młody shinobi zazwyczaj nosi ciemne stroje z domieszkami neutralnych kolorów - na górne sektory ciała zakłada czarną, żebrowaną kamizelę bez rękawów z wszywanymi wstawkami, z dodatkiem błękitnego płaszcza do kostek. Zamiast skórzanego paska nosi on szerokie obi z czarnego materiału, mające na celu utrzymanie kabur i miecza. Do tego nosi luźne czarne spodnie z trwałego materiału, w żadnym stopniu nie blokujące ruchów (w końcu jakoś musi się poruszać) i skórzane buty do kolan, pozwalające na ciche poruszanie się, a mające zarazem fason. Niekiedy jednak można go zobaczyć noszącego pełny japoński strój: czarne keikogi, rozłożystą, ciemną hakamę, takoż czarne zōri oraz haori - dla odmiany barwy czarnej, z symbolem rodu Yuki. Na udzie zawsze ma przyczepioną specjalną kaburę na broń, przy obi na sektorze pleców znajduje się okrągła torba na wyposażenie. Dodatkowo, na jego plecach wisi szeroki przedmiot, będący złożonym wachlarzem, zaś przy materiałowym pasku, przy lewym boku, wiszą jego zdobione tachi, które nazywa Shiroi Sō (Biały Mnich) i Hakuhyō (Czarny Lód).
ZNAKI SZCZEGÓLNE: Długie kły, niska temperatura ciała, mnóstwo blizn na ciele, złote oczy, błękitny płaszcz


Obrazek


CHARAKTER: Natsume jest osobnikiem pacyfistycznym, cichym i ślamazarnym, standardowym introwertykiem pozostającym w cieniu, który nie widzi potrzeby pośpiechu. Podczas rozmów okazuje się też że jest dobroduszny i przyjazny nawet wobec tych, którzy w założeniu są jego oponentami, lubi też sobie pożartować i bardzo często odznacza się dobrym humorem. Uśmiecha się nawet do złej gry, nie szczędząc sobie przy tym kąśliwych uwag i często kpiących wypowiedzi - sarkazm i cynizm to jego druga natura. Jest samotnikiem, lecz lubi ludzi i nie ma problemów z nawiązywaniem kontaktów. Lubi też przebywać na łonie natury - twierdzi że go to uspokaja. Ot, taki typ romantyka. Gdy jednak nadchodzi pojedynek lub misja, staje się zupełnie innym człowiekiem: aktywuje, jak sam to nazywa, tryb Shiranui. W tym stanie jest on zimny i metodyczny, w skrajnie stresowych przypadkach zahaczając o psychopatyczną brutalność, której u niego na co dzień nie ma szans zobaczyć. Gdy jest nastawiony na wykonanie misji lub staje w sytuacji, od której zależy jego życie, lubi pokazać swoją wyższość nad oponentem, nie waha się wykorzystywać nawet brudnych sztuczek (jak grożenie swoim pomocnikom, branie jeńców lub atakowanie zza pleców), byle tylko wykonać plan od początku do końca. Gdy jednak pojedynek zostaje zakończony, nie widzi potrzeby emocjonowania się - jeśli wie, że przeciwnik zginie, to nie widzi potrzeby gniewania się na martwego. A jeśli uzna, że zasługuje on na życie, to zazwyczaj pozostawia tą osobę w przeświadczeniu: jeśli ponownie dojdzie do podobnej sytuacji, nie zawaha się dobić.
NAWYKI: Wzdychanie, drapanie się po głowie, nadmierna mimika
NINDO: "Co mnie nie zabije... lepiej niech spierdala w podskokach."

HISTORIA:
Spoiler: pokaż
Rozdział 1
Prolog. Zew głębin


Kilka promieni słońca przedostało się przez okiennice i padło na moją twarz. Ech, cholerne początki wiosny. Przez zimę ani razu nie dało się dojrzeć jakichkolwiek oznak tego żółtego drania, a teraz… najwidoczniej znów będę skazany na pobudki z samego rana. Czyli na coś, czego nienawidzę z całego serca. Nie, żebym bardzo potrzebował snu, ale jednak… gdy już mi się zdarzy odpłynąć, bardzo nie lubiłem być z tego stanu wyrywany. Podniosłem dłoń i przetarłem oczy. Moja popękana skóra rąk zdawała się być jeszcze bardziej szorstka niż na co dzień. Ech, świetny początek dnia.
Wzdychając ciężko, podniosłem się ze zdobionego drewnianymi balami łóżka i narzuciłem na siebie ubranie. Temperatury na Hyuo początkowo były wyjątkowo męczące nawet dla człowieka tak wytrzymałego jak ja, ale z czasem przyzwyczaiłem się na tyle, by móc wytrzymać nawet w stosunkowo ciężkich wyspiarskich warunkach. Skierowałem się do kuchni, gdzie znalazłem miskę ze świeżo zrobioną potrawką rybną. Obok leżała kartka.
Ryuichi, dzisiaj niestety musiałam jak najszybciej dostać się na spotkanie z Radą. Zajmij się dziećmi, śniadanie zostawiłam ci na stole. Kocham cię, Yuriko
Uśmiechnąłem się lekko, siadając przy stole. Ech, Yuriko. Pierwsza kobieta będąca liderką rodu Yuki, i uznawana za jedną z najlepszych. Doskonała pani taktyk, znakomity ekonom, pierwszoligowy przywódca wojskowy.
I przy tym moja żona.
Poznaliśmy się w sumie przez przypadek. Wiele… wieeele… lat temu, byłem człowiekiem uznawanym za jednego z najniebezpieczniejszych ludzi swoich czasów. I w sumie nie dziwię się, że przylgnęła do mnie taka opinia – z mojej ręki padły dziesiątki, ba, setki ludzi, w dużej części niewinnych. Morderca. Gwałciciel. Niszczyciel. Człowiek, którego jedynym bratem był mrok, a jedyną przyjaciółką – samotność. A jednak, nawet człowiek taki jak ja zasłużył na chociaż częściowe odkupienie. Dla mnie było to spotkanie z Yuki Yuriko – spotkałem ją pewnego dnia, gdy walczyła ona z grupą kultystów, zwących samych siebie Wyznawcami Antykreatora. Szaleńcy, kompletnie obłąkani, ale jedno trzeba było przyznać – wiedzieli, jak się walczy. I gdyby nie moja pomoc, dziewczyna najprawdopodobniej pożegnałaby się z tym światem.
Z czasem zbliżyliśmy się do siebie. A teraz byliśmy małżeństwem z dwójką dzieci, ona była liderką rodu Yuki, a ja byłem samotniczym najemnikiem. Wielu uznawało to za mezalians, który pociągnie Yuriko w dół, lecz nie obchodziło nas to. Dla mnie ta rodzina była pierwszą ostoją, jedynym źródłem mojego człowieczeństwa, o którym przez te wszystkie lata zdążyłem już zapomnieć. I nie potrafię sobie wyobrazić, jak wyglądałoby moje życie bez tego.
-Tato?
Spojrzałem w kierunku drzwi i zobaczyłem mojego nieco ponad rocznego syna, Natsumego (pieron mały już potrafił powiedzieć kilka słów). Chłopak, podobnie jak jego siostra Mei, był mieszanką cech Yuriko i moich. Brązowe włosy odziedziczył po matce, złote oczy – po mnie. Początki charakteru miał po mnie, w zamian jednak po matce otrzymał cechy fizyczne – no, tutaj w sumie mam na myśli jego temperaturę, ale przypuszczam, że kiedyś wyrośnie na przystojnego młodzieńca. Podobnie jak jego siostra wyrośnie na piękną dziewczynę. Po prostu to czułem.
-Co jest, Natsu? Jesteś głodny?
Pokręcił głową. Chłopak już w tak młodym wieku doskonale rozumiał, co ludzie do niego mówią… aż się uśmiechnąłem.
-Mei śpi, jak wnioskuję… połóż się jeszcze, chłopie. Muszę porozmawiać z mamą, za chwilę wróci też babcia Hanase...
[akap]I faktycznie, po chwili do środka wkroczyła matka Yuriko, Hanase. Była to dobroduszna, rozsądna i bardzo miła kobieta, i chyba była jedyną osobą, która tolerowała moje istnienie. Nawet mój szwagier, Raien, nie mógł znieść myśli, że taki człowiek jak ja mógł być członkiem jego rodziny. A jednak dzieci akceptował. Pieprzony hipokryta.

-Witaj, Ryuichi. Jak się masz? Jak Natsu i Mei?
-Dobrze, dziękuję. Mei jeszcze śpi, a Natsu jest tutaj. Herbaty?
* * *
Nawet nie zauważyłem, gdy minęła dobra godzina. Rozmowa z Hanase zawsze mnie uspokajała, i lubiłem wymieniać się z nią argumentami. Natsume przysypiał na kolanach babci, ta zaś piła właśnie kolejny łyk herbaty. Wtedy przypomniałem sobie, że miałem ważną sprawę do Yuriko, i jeśli chcę ją znaleźć jeszcze na służbie, będę musiał się pospieszyć. Poprosiłem więc, żeby Hanase zajęła się przez kilka minut dziećmi, po czym wyszedłem z domu i ruszyłem w kierunku miasta.
Poczułem jednak, że coś mi tu nie pasuje. A moje przeczucie jeszcze nigdy mnie nie zawiodło.
I w tym momencie z centrum miasta uderzyła na wszystkie strony olbrzymia fala wody. Część z niej zaczęła proces zamarzania – najwidoczniej Yuki zaczęli się już zajmować zagrożeniem – lecz cieczy było po prostu za wiele. A na dodatek przyjęła taki kształt, że nie miałem szans na pomyłkę co do wykorzystanej techniki. Hoshigaki.
Wokół mojego ciała błysnęła potężna aura, zaś po skórze zaczęły przemykać duże wyładowania elektryczne. Raiton no Yoroi. Techniki tej używałem praktycznie tylko w ostateczności, jako że w tej aurze moja siła sięgała nieludzkich poziomów. Niegdyś upajałem się tą potęgą, cieszyłem się z każdej okazji użycia tego jutsu. Teraz jednak, gdy uczepiłem się swej ostatniej szansy na zapomnienie, jedyną myślą która kłębiła mi się w głowie, było dotarcie do Yuriko i upewnienie się, że jest bezpieczna. Dzieci, zostawione z babcią, powinny być bezpieczne. Ruszyłem z prędkością godną błyskawicy prosto w oko wodnego cyklonu.
Na dachu pałacu zobaczyłem Yuriko uzbrojoną w jej rodzinny miecz, Białego Mnicha, walczącą z dzierżącym wielkie zanbato mężczyzną o błękitnej cerze i skrzelach na szyi. Mężczyzna wyskoczył w powietrze i wykonał potężne cięcie znad głowy, lecz liderka Yuki była znacznie szybsza – bez problemu odskoczyła w bok i wykonała gładkie cięcie w bok mężczyzny. Twarda skóra Hoshigakich pomogła mu jednak w ominięciu rany i wyprowadzeniu ciosu kolczastą głowicą miecza. Tego Yuriko już nie zdążyła uniknąć, i poleciała na posadzkę, ogłuszona i zakrwawiona.
Poczułem, jak krew ścina mi się w żyłach. Krzyknąłem wściekle, rzucając się w kierunku walczących. Minął tylko ułamek sekundy – przebyłem prawie sto metrów i potężnym ciosem barkiem rozszarpałem górną połowę ciała przeciwnika. Nie miał najmniejszych szans przeżycia. Stanąłem nad Yuriko i spojrzałem na pozostałych oponentów, stojących obok. Była ich co najmniej dwudziestka… jakim cudem tak duży oddział dostał się bezproblemowo tak głęboko do osady? Przykucnąłem przy Yuriko i sprawdziłem jej stan. I poczułem, że znów ogarnia mnie mrok.
Kolec przeszył jej czaszkę. Yuriko była martwa.
Od dziesiątek lat nigdy nie czułem takiej furii jak w tym momencie. Nie czułem nawet, że w ogóle podnosiłem się do pozycji pionowej. Z mojego ciała zaczęła buchać czarna chakra, skóra zaczęła się zmieniać w łuski.
-Yuriko… obiecuję. Nie pożyją dość długo by tego pożałować.
Czarna chakra wymieszała się z pancerzem z błyskawic, formując wokół mego ciała buchający obłok. I wtedy ruszyłem do danse macabre. Doskoczyłem do pierwszego i jednym ruchem dłoni wyrwałem mu krtań, tylko po to by siłą wcisnąć mu ją przez oczodół do mózgu. Doskoczyłem do następnego, złapałem go za szczękę, drugą dłonią rozerwałem mu głowę na pół. Trzeci skończył z czaszką zmiażdżoną uderzeniem jego własnej, urwanej nogi. Dłonią pociąłem czwartego tak, że po uderzeniu w głowę jego ciało rozpadło się na kształt kwiatu raflezji.
To nie była walka. To była egzekucja. Gdy skończyłem, krew pierwszego oponenta nie zdążyła nawet jeszcze paść na podłogę. Stałem tam, pośród zwłok, dymiący mroczną energią. Byłem czysty. Żadna kropla krwi nie była w stanie nawet mnie tknąć.
Padłem na kolana przed ciałem Yuriko, czując że w ten sposób straciłem ostatnie źródło człowieczeństwa. Przez moje myśli przemykały wspomnienia z przeszłości – ciała mojej rodziny. Moich przyjaciół, wyniszczonych przez plagę. Zwłoki mojej przyjaciółki, zabitej przez jej opętanego ojca.
Usłyszałem kolejny huk, tym razem z miejsca, w którym uprzednio byłem. Dom. Zerwałem się natychmiast i w ciągu kilku sekund byłem już na miejscu.
Zastały mnie ruiny zniszczonego budynku, rozszarpanego na kawałki przez różnego rodzaju techniki… i coś w rodzaju szponów. Byłem w stanie rozpoznać w tym rozkład dłoni przypominający ten, z którym miałem już do czynienia. Juugo. A przynajmniej coś, co wyglądało jak ręce zmutowane przez Senninkę. Skąd by się tu wzięli?... Mając bardzo złe przeczucia, kopniakiem zniszczyłem drzwi i wkroczyłem do środka, spodziewając się najgorszego.
W kuchni znalazłem pierwszą dwójkę. Hanase była zdecydowanie martwa, ze zmiażdżoną przez bierzmo głową. Obok zaś leżał Natsume. Pochyliłem się nad nim i przyłożyłem do jego szyi dwa palce, by sprawdzić czy wciąż żył.
Był puls.
Z uczuciem ulgi ruszyłem do sypialni, by sprawdzić czy znajdę tam Mei. Lecz jej nie znalazłem. Nad jej łóżkiem znajdował się znak. Ten znak… uderzyłem pięścią w ścianę, rozwalając ją na kawałki, i ruszyłem sprintem. Przed siebie. Nieważne gdzie. Zostawiając Hyuo za sobą. Zostawiając Natsumego. Yuriko. Hanase. Ród Yuki. Moja przeszłość powróciła, i teraz już byłem pewien, że mój cel, który sobie niegdyś postawiłem, był słuszny.
Oni no Mori. Zapłacicie za wszystko, czego się dopuściliście. Obiecuję wam to.


Rozdział 2
Szkarłatny przypływ


-Natsu?
Dziesięcioletni chłopak, siedzący do tej pory na gałęzi jednego drzew, spojrzał powoli na stojącego pod drzewem pięćdziesięciolatka. Wujek Raien stał pod drzewem i patrzył na chłopaka z troską. Od kiedy tylko miał miejsce ten tajemniczy atak na Hyuo, w którym zginęła jego matka, młody Yuki zachowywał się w sposób aż zanadto wzbudzający troskę. Natsume rzadko kiedy pojawiał się wśród ludzi, spędzając większość czasu na zewnątrz, nie zważając na złą pogodę czy niebezpieczeństwa. Nie trzymał się nikogo, nie uważał żadnego człowieka za godnego zaufania. Nawet własną rodzinę traktował jak ludzi obcych. I Raien, pomimo usilnych prób, musiał w końcu zaakceptować to, że chłopak praktycznie wychowuje się sam, z własnej woli odrzucając młodość. Pomógł mu nawet w odbudowie pewnej starej pagody w lesie, w której Natsume od tamtej pory spędzał większość czasu.
-Tak, wujku Raienie?
-Zejdź na moment, chciałem z Tobą porozmawiać.
Natsume zręcznie zeskoczył z gałęzi, lądując tuż przed starszym Yukim. Pomimo młodego wieku chłopak wykształcił niezwykłe umiejętności akrobatyczne. Był też szybszy od wielu swoich rówieśników… chociaż to najprawdopodobniej było związane z jego dość dzikim stylem życia. Raien uśmiechnął się lekko, poklepał młodzieńca po ramieniu i razem ruszyli w kierunku wioski.
-Niedługo będą testy badające predyspozycje na shinobi.
Natsume spojrzał na wujka ze zmęczeniem w oczach.
-Jaki to ma związek ze mną? Mówiłem przecież, że nie chcę zostać shinobi.
Raien westchnął ciężko. Fakt, chłopak wielokrotnie mówił, że nie ma zamiaru dołączać do tej niebezpiecznej profesji, i znacznie bardziej przemawia do niego życie pustelnika lub mnicha. Mężczyzna jednak cały czas próbował mu to wyperswadować, jako że dużo odziedziczył po rodzicach – po ojcu zręczność i sprawność fizyczną, jak również i dobre pokłady chakry, po matce zaś otrzymał niezwykły talent w kontroli lodu i zapał do szermierki. Ba, młody Yuki spędzał mnóstwo czasu na treningach szermierki, chcąc opanować tę umiejętność na tyle, by móc osiągnąć umiejętności godne bohaterów z opowieści, jak na przykład samurajów, o których historie uwielbiał. Niestety jednak, argumenty wuja miały taką samą siłę przebicia jak ryż rzucany w mur.
-Mimo tego chciałbym, żebyś również wziął udział. Masz talent, chłopie.
-I co mi z tego? Nie interesuje mnie żywot shinobi. Nie mam czego bronić, by musieć się szkolić. I proszę, nie kontynuujmy tematu.
Raien westchnął ciężko, ale nie drążył. No tak, chłopak w ogóle nie wiedział o swojej przyszłości. Nie miał pojęcia, że był synem poprzedniej liderki. Nie wiedział o tym, że kiedyś miał siostrę, nie oświecono go również o osobie ojca. Nie miał niczego ważnego w tym świecie. Po prostu egzystował. I być może dlatego był tak wycofany. Nie mówiąc już nic, skierowali swe kroki do wioski.
* * *
Natsume usłyszał jakiś ruch wewnątrz pagody. Pomimo tego, że jeszcze minutę temu smacznie spał, poderwał się, sięgając dłonią po kij. Tej nocy postanowił pozostać wewnątrz swojego nowego domu, by przetestować, czy zakładana przez wujka izolacja była w stanie pozostawić wnętrze wystarczająco ciepłym do spania. I chyba wybór akurat dzisiejszej nocy nie był zbyt fortunny…
Poczuł nad sobą obecność jakiegoś człowieka. Odruchowo uderzył mężczyznę w krocze (po jęku mógł wywnioskować, jakiej płci był agresor) i ruszył biegiem w kierunku wyjścia. Nie zdołał jednak przebiec nawet piętnastu kroków, gdy u drzwi ktoś narzucił mu worek na głowę i silnie uderzył czymś pokroju maczugi. Chłopak padł na podłogę i stracił przytomność, osuwając się w mrok...
* * *
Gdy młodzieniec się ocknął, zorientował się że był w pozycji pionowej, z uniesionymi rękoma i na niestabilnym gruncie. A przynajmniej początkowo miał takie wrażenie, bo pomimo stania prosto, cały czas miał wrażenie że wszystko wokół falowało. Dopiero po jakimś czasie zorientował się, czemu wszystko wokół zachowuje się tak nietypowo. Znajdował się na statku. Co więcej, był przykuty do ściany przez grube łańcuchy. Próbował szarpnąć ręką, by sprawdzić wytrzymałość łańcuchów, lecz te niestety okazały się być wyjątkowo solidne.
-Chłopaki, zaraz mi tu! Dzieciak się obudził, możemy zaczynać!
Dopiero teraz, gdy usłyszał krzyk, chłopak się zorientował że nie jest w pomieszczeniu sam. Obok niego na ścianach wisiała grupa innych dzieci – wśród nich kilkoro które był w stanie rozpoznać z wyspy Hyuo – oraz jeden z porywaczy, tęgi mężczyzna o ogolonej głowie, z gęstą kasztanową brodą, kilkoma bliznami na ramionach i jedną większą na oku. Za pasem miał coś, co wyglądało jak flagrum – bicz z wielu rzemieni z wplątanymi weń stalowymi kulkami i zakończonych szerokimi, żelaznymi hakami. Trafienie takim biczem zadawało ogromne obrażenia, cięło skórę, a przy trafieniu pod odpowiednim kątem wyrywało nawet spore kawałki mięsa. Ból z trafienia takim narzędziem tortur pozostawał jeszcze długo po biczowaniu.
Przez drzwi wlała się po chwili grupa kolorowych mężczyzn, odzianych w najróżniejsze stroje i uzbrojonych w różne bronie, wśród których kilku Natsu w życiu na oczy nie widział. Kamy, kusarigamy, włócznie, miecze, baty, kije, sztylety… kątem oka zauważył też długi nóż z hakiem, połączony długą liną ze stalowym kołem, przypuszczalnie pozwalający na wykonywanie niespodziewanych ataków lub pętanie przeciwnika. Każdy z mężczyzn był również widocznie nawalony. Razem z nimi przyszło też kilka równie pijanych kobiet, odzianych tak skąpo, że równie dobrze mogły na sobie nie mieć nic.
Pierwszy mężczyzna odpiął łańcuchy Natsumego i powalił go na ziemię, gdzie jego dłonie zostały przygniecione do ziemi ciężkim butem drugiego z porywaczy. Chłopak poczuł jak kości jego palców trzeszczą, wywołując ból, lecz młodzieniec nie wydał z siebie żadnego dźwięku.
-Dzieciaki wyspiarzy są w dzisiejszych czasach zbyt… miękkie. Zdjąć mu koszulę, trzeba mu pokazać czym jest ból.
Zgodnie z rozkazem, jedna z kobiet sięgnęła po długi nóż i jednym gładkim ruchem rozcięła strój chłopaka, odsłaniając jego plecy. Młodzieniec zagryzł wargi, domyślając się jak to się skończy.
Jeden z piratów doskoczył do leżącego chłopaka i wymierzył mu silne uderzenie wąskim, bambusowym kijem. Ślad po razie w postaci czerwonej pręgi natychmiast odbił się na bladej skórze Yukiego. Chłopak skrzywił się, lecz nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Nie zamierzał dać im tej satysfakcji. I tak spodziewał się czegoś gorszego, lecz znając życie – dopiero zaczynali, a to flagrum przypuszczalnie nie było na pokaz. Na samą myśl o tym narzędziu tortur zimna krew chłopaka zmroziła się jeszcze bardziej.
Niezadowoleni z jego spokoju, doskoczyło do niego jeszcze kilku mężczyzn z podobnymi kijami i zaczęli ogólne biczowanie. Całe ciało chłopaka zaczęło się pokrywać czerwonymi pręgami, w wielu miejscach zmieniającymi się w paskudnie krwawiące rozcięcia. Natsu zaczął warczeć, aby utrzymać w sobie uczucie gniewu, mogące zastąpić rozszarpujący ból.
Wszyscy wokół zaczęli tymczasem biesiadę – piraci zachlewali swoje zakazane mordy, tańczyli, śmiali się zarówno z torturowanego, jak i z tych wiszących na ścianach, jak i zabrali się za kopulowanie z przybyłymi razem z nimi lampucerami. Najwidoczniej obserwowanie cudzego cierpienia działało na nich jak najlepszy narkotyk i afrodyzjak zarazem. Podczas gdy Natsume zalewał się krwią, czując praktycznie tylko ból, pozostali używali sobie w najlepsze. Niektórzy z porywaczy, najwidoczniej mający zapędy pedo-nekrofilistyczne, zaczęli zabierać się za wiszące na łańcuchach, półżywe ofiary.
Wtedy torturujący przerzucili się na flagrum.
Wystarczyło jedno uderzenie, by chłopak stracił resztki siły woli i ryknął z bólu. Stalowe haki bez problemu rozorały jego skórę i uszkodziły mięśnie. Czuł, że posoka trysnęła na jego unieruchomione kończyny, plamiąc też podłogę wokół, a nawet sięgając jednej ze ścian. Kolejny cios przyniósł tylko kolejną paraliżującą falę bólu, sprawiając że chłopak nieomal odgryzł sobie język. Zupełnie się załamał. Nie myślał. Teraz już tylko krzyczał.
A biczowanie było kontynuowane.
* * *
Gdy wszyscy opuścili salę, młodzieniec wyglądał tylko jak humanoid złożony z mielonego mięsa. Całe ciało chłopaka pokryte było rozległymi ranami szarpanymi i krwią, nadając jego bladej skórze iście czerwoną barwę. Nie mógł się utrzymać na prostych nogach, i gdyby nie kajdany, dawno już wylądowałby na podłodze. Te zaś ścierały mu skórę z nadgarstków, lecz ten ból był już dla niego nieodczuwalny. Obecnie nie czuł praktycznie niczego.
-Natsu…me…?
[akap]Yuki wykorzystał całą swoją siłę woli, by podnieść głowę i spojrzeć w kierunku, z którego nadchodził głos. Spod pokrytych posoką włosów, przyklejających się do jego twarzy, zauważył kształt wychudzonego chłopaka o nastroszonych, białych włosach i pociętej twarzy. Jego rysy jednak wydawały się znajome…

-D… dai…su…ke…
Sosei Daisuke, jedyna osoba, którą Natsu był w stanie nazwać przyjacielem. Sierota o niezwykłym charakterze i dużych ambicjach, serdeczny wobec każdego człowieka i potrafiący podnieść na duchu nawet w najmroczniejszych sytuacjach. Yuki próbował się uśmiechnąć, ale nie był w stanie. Nie miał nawet siły, by się ucieszyć.
-Czyli Ciebie również złapali… – Daisuke pokręcił głową ze smutkiem. – Gdybyśmy nie byli w głębokiej dupie, powiedziałbym że cieszę się że Cię widzę.
-Ta… W… wiesz… czego… o… oni… chhhhcą…?
-Nie mam pojęcia – białowłosy westchnął ciężko. – Cały czas powtarzają, że chcą nas nauczyć jak powinni myśleć prawdziwi wyspiarze. Wygląda na to, że po prostu planują nas torturować, albo przerobić nas na niewolników.[/akap]
I przez zadawanie bólu chcą ich nauczyć życia na wyspach? Barbarzyństwo tych bandytów było naprawdę zastraszające. Co tak naprawdę chcieli osiągnąć, wyniszczając młodzików z Hyuo i Kantai? Przecież to nie mogło być ich głównym celem…
-I… co… t…te…raz?... – zadał pytanie, lecz nie dosłyszał już odpowiedzi. Osunął się w ciemność. W miejsce, gdzie nie będzie czuć czegokolwiek.
* * *
Od porwania minął ponad rok. Przez pokład przeklętego okrętu przewinęły się dziesiątki dzieci, lecz mało które przetrwały kilka dni. Natsume i Daisuke byli prawdziwymi weteranami – pokryci setkami blizn, chudzi, lecz dzięki ćwiczeniom (bandyci przestali ich przykuwać do ścian, bo wiedzieli że są za słabi by uciec, więc mieli czas żeby chociaż trochę wrócić do kondycji sprzed pojmania) i możliwości polegania na sobie nawzajem wytrzymali już prawie 400 dni. Większość ran zdążyła się już zasklepić, a i tortury zdarzały się teraz coraz rzadziej – po tak wielkiej dawce bólu, jaką przyjęli przez początki, każde następne biczowanie i bicie było im zupełnie obojętne. Charakter młodzieńców jednak również zmienił się diametralnie – przestali być idealistami, próbującymi pomóc wszystkim, skupili się tylko na własnym przetrwaniu i na jednym zadaniu. Odzyskaniu wolności. Wszyscy wokół byli tylko przeszkodami.
-Słyszałeś, co zamierzają przygotować na wieczór? - Natsume wykorzystał chwilę spokoju, gdy przytrzymywał stopy robiącego brzuszki Daisukego. – Podobno mają zrobić jakąś większą imprezę. Wszystkie okręty piratów zbiorą się w jedno miejsce, by zachlać twarze i skorzystać z chwili przypływu.
-Czyli zaszyją się gdzieś, korzystając z morza by uniemożliwić innym ucieczkę lub atak z ukrycia – podsumował białowłosy, kończąc kolejną serię stu brzuszków. Obaj młodzieńcy byli doskonale uwarunkowani fizycznie, umięśnieni i stali się jeszcze silniejsi niż niegdyś, w tak odległych dniach przed pojmaniem, nawet pomimo żałosnej strawy i tortur. – Całkiem sprytnie to sobie obmyślili, skurwysyny.
-Jeżeli dobrze to obmyślimy, będziemy w stanie uciec nawet pomimo przypływu – odparł Natsume, uśmiechając się delikatnie. – Wystarczy tylko zaczekać, aż będą zbyt zaślepieni alkoholem by widzieć dalej niż na metr.
Wtedy otworzyły się drzwi do ich celi, a do środka wkroczył szef porywaczy razem z nieznacznie od nich starszą córką. Bez słowa złapali młodzieńców za ramiona i wyprowadzili na zewnątrz, prowadząc w kierunku wrzawy. Młodzieńcy się nie szarpali. Wiedzieli, że to nie ma sensu.
Na miejscu okazało się, że wokół siedzieli już dość mocno upici piraci z kilku załóg. Wyglądało na to, że impreza zaczęła się już chwilę temu, a nie miała rozpocząć się nieco później (w sumie, nie dziwiło ich to, w celi kompletnie tracili rachubę czasu. I tak spali kiedy tylko mieli możliwość, nie czekając na wieczór). Ryki rozbawienia, muzyka, jęki zabawiających się. Istna kakofonia.
Daisuke i Natsume zostali wrzuceni na środek okrągłego pola, idealnie pomiędzy wszystkich obecnych. Nie trzeba było geniusza, by domyślić się, co to takiego. Arena. Czyli oni również mieli teraz być atrakcją tej pirackiej imprezy. Spojrzeli po sobie, na poły zaskoczeni i przerażeni. Domyślali się, do czego to może zmierzać.
Na potwierdzenie do dziury wrzucono dwa miecze. Daisuke opuścił na chwilę głowę, po czym podniósł je z uśmiechem i rzucił jeden w kierunku Natsumego. Ku zaskoczeniu młodzieńca, był to Shiroi Sou. Biały Mnich.
-Wygląda na to, że będziemy musieli walczyć, przyjacielu.
Na potwierdzenie większość piratów wokół ryknęła z radości, gromadząc się wokół areny. Natsume zamarł, patrząc z szeroko otwartymi oczami na swojego przyjaciela. Co mu strzeliło do głowy? Przeżyli tutaj tak długo tylko po to, by jeden z nich musiał zginąć w walce!? Nie po to przecież się przygotowywali do ucieczki, do cholery! Młodzieniec opuścił rękę, odsłaniając się.
Daisuke to wykorzystał i wykonał cięcie od góry. Brązowowłosy ledwo zdołał uniknąć ciosu.
-Opuszczenie gardy jest bardzo złym pomysłem!
Natsume w ułamek sekundy wysunął ostrze z pochwy. Był znacznie lepszym szermierzem, i obaj doskonale o tym wiedzieli. A nawet mimo tego, Daisuke kontynuował atak, mierząc w punkty witalne. Doświadczenie bojowe Yukiego było jednak zbyt duże – żadne cięcie nie było w stanie nawet się do niego zbliżyć.
Sosei wykonał cięcie od boku, na które Natsume zareagował odruchowo, zbijając cios w bok i natychmiast wyprowadzając kontrę w lewą rękę oponenta. Dłoń Daisukego opadła na piasek, ten zaś tylko skrzywił się z bólu. Dopiero wtedy złotooki zorientował się, co zrobił.
-Teraz w końcu zachowujesz się jak należy! Zapomniałeś, co ustalaliśmy?
Najważniejszy jest tylko cel misji. Wszyscy, którzy staną ci na drodze, nawet jeśli są to przyjaciele, są tylko przeszkodą. A tej trzeba się pozbyć natychmiast. Ich zadaniem było odzyskanie wolności.
I wtedy uświadomił sobie, co chciał uzyskać Daisuke. Wolność przez śmierć.
Oczy Natsumego zmatowiały. Zrozumiał. Teraz robił przyjacielowi tylko przysługę. Jednym ciosem zbił miecz Daisukego na bok, by skończyć walkę jednym pchnięciem w serce.
Sosei umarł z uśmiechem na ustach, pośród radosnych ryków bandytów, wymieszanych z klątwami tych, którzy przegrali na zakładach. Bezwładne ciało przyjaciela osunęło się na piasek. Yuki przyklęknął przy nim, zamykając mu oczy w ostatniej przysłudze.
-Dobra, szczylu, wyłaź!
Zwrócił swoje puste spojrzenie na krzyczących, zaciskając pięść na rękojeści miecza. Nie czuł gniewu. Nie żądał krwi. Teraz tylko będzie usuwał przeszkody na drodze ku wolności. Odetchnął i poczuł, jak jego skóra zaczęła się nienaturalnie schładzać. Dźwięki krzyków ucichły.
Z ciała Natsumego parowała chakra Uwolnienia Lodu.
Dwunastolatek ruszył powoli w kierunku piratów, na twarzach których pojawiły się ślady strachu. Większość z nich była zbyt pijana, by sięgnąć po broń, a nawet wstać, w niektórych przypadkach. To nie będzie nawet walka. To będą żniwa.
Zanim zareagowali, doskoczył do pierwszej grupy i uderzył mieczem od góry. Cięcie rozpłatało głowę łysego brodacza, który był pierwszym oprawcą nastolatka. Krew i mózg powoli wypłynęły na zewnątrz, spływając na tsubę katany. Natsu wysunął miecz z truchła i wykonał jeszcze trzy uderzenia, wszystkie na różne kierunki, rozcinając bok jednego wroga, dekapitując drugiego i odcinając nogę trzeciego. Przywódca porywaczy podniósł się, sięgając po kuszę.
-Na co czekacie, durnie!? Zabić go!
Jeden z mężczyzn powoli podszedł do młodzieńca, zmierzającego w kierunku okrętów. To właśnie wtedy Natsume dokonał jednego ze swoich najbrutalniejszych mordów – wbił rękę w bok oponenta, zgniótł mu pięścią wątrobę. Hyoton przepłynął przez jego rękę, zamrażając krew podczas wysuwania dłoni, czego efektem było powstanie wielkiego, krwawego sopla… który ostatecznie wylądował w oczodole przeciwnika. Padł martwy, nawet nieświadomy tego, co go zabiło. Piraci podnieśli się ze zgrozą… a chłopak jak gdyby nigdy nic kontynuował swój marsz.
-Hej!
Przywódca zatrzymał Yukiego, mierząc w jego kierunku z kuszy. Brązowowłosy spojrzał na niego jak na bardzo interesującego robaka, i wyciągnął przed siebie dłoń.
Za przeciwnikiem pojawiło się małe pole pokryte lodowymi kolcami. Oponent zwrócił na to swoje zaskoczone spojrzenie… i tym samym skazał się na śmierć. Natsume doskoczył do niego i kopniakiem nabił go na wytworzoną pułapkę. I dla pewności docisnął głowę tak długo, aż jeden z kolców przebił jego czaszkę na wylot i wyciągnął z niej jedno z oczu.
Córka mężczyzny ryknęła wściekle, sięgając po miecz. Wiedziona furią, rzuciła się na Natsumego, lecz ten nabił ją na ostrze Białego Mnicha. Przeżyła, ale ledwo. Matowe spojrzenie spoczęło na reszcie piratów, która próbowała albo uciekać, albo atakować.
-Jesteście irytujący.
Ponownie wyciągnął dłoń. Tym razem z ziemi wystrzeliły setki wielkich filarów z lodu, przeszywając setki bandytów. Impreza zmieniła się w krwawą łaźnię. Chłopak wzruszył tylko ramionami i ruszył w kierunku łódek. Czas opuścić to miejsce. I wrócić na Hyuo.
Po kilku godzinach wiosłowania, młodzieniec w końcu dotarł na wyspę i ruszył w kierunku domu. Odnaleziono go później, pokrytego krwią i leżącego bez sił wśród drzew, z leżącym obok martwym niedźwiedziem. Chłopak był zniszczony psychicznie, jego organizm ledwo się trzymał w jednym kawałku, a teraz do kolekcji setek blizn dołączyła rana od pazurów. Ale przeżył.
I właśnie tamtego dnia postanowił, że zostanie shinobi. Po to, by zmienić wyspy.


Rozdział 3
Początek Kenshiego


Od tamtego feralnego dnia minęło prawie sześć lat. Osiemnastoletni Natsume przebywał właśnie na terenach treningowych Rodu Yuki. Przez przeżycia z młodości chłopak zaczął podchodzić do treningów śmiertelnie poważnie. Te zresztą również stały się znacznie bardziej wymagające niż wcześniej. W głównej mierze przez jego umiejętności, które objawiły się po raz pierwszy właśnie podczas ostatniej walki. Po części podświadomie i bez żadnego szkolenia zdołał on aktywować swoje Uwolnienie Lodu, korzystając z tej siły do wymordowania sporej grupy piratów. Od tamtego czasu bardzo często próbował powtórzyć to osiągnięcie, lecz nigdy mu to się nie udawało.
Opanowanie podstaw zajęło mu dobre kilka lat. Kontrola chakry, podstawowe techniki ninjutsu, a do tego również kontrola żywiołów. Wiatr i woda. Idealnie odzwierciedlały duszę Yukich i ich umiejętności. Z czasem powrócił również do szkolenia się w szermierce, lecz od jakiegoś czasu te odeszły na dalszy plan pod wpływem szkolenia rodowego. Na szczęście wyniki były bardzo obiecujące.
-Wciąż trening, co?
Natsume odwrócił się, spoglądając w kierunku wejścia na pole treningowe. Znał ten głos. Ciepły, żeński sopran o specyficznym, niskim tonie. Wyglądało na to, że Mikoto się nudziło w służbie liderce. Uśmiechnął się i opuścił drewniany miecz.
-Znasz mnie. Od dłuższego czasu nie robię nic innego.
Parsknęła cichym śmiechem, podchodząc bliżej i opierając się biodrem o przed chwilą obijanego przez młodzieńca manekina. Tradycyjnie, miała na sobie jasnobłękitną tunikę, ciemne spodnie i wysokie buty z dobrej jakości skóry. Uwielbiała trzymać fason, nawet gdy była na służbie. Ale musiało być jej cholernie gorąco, zważając na temperaturę… Natsu czuł się doskonale, mając na sobie tylko luźne pantalony, treningowe buty i bandaże zasłaniające blizny na torsie. W tak ciepłe dni jak ten założenie płaszcza (lub nawet koszuli) było dla niego katorgą, a że siatka starych ran, stworzona na jego plecach i torsie za pomocą flagrum, nie wyglądała zbyt dobrze, zwykł je zasłaniać najzwyklejszym w świecie bandażem. Zazwyczaj wystarczyło.
-Faktycznie, od kilku miesięcy praktycznie całe dni spędzasz, machając mieczem lub stawiając lodowe figury. Mógłbyś sobie raz na jakiś czas zrobić przerwę. Przecież już teraz osiągnąłeś wyższy poziom niż niejeden Akolita, a nie jesteś nawet Uczniem!
To akurat była prawda. Uczniowie byli zazwyczaj dzieciakami, szkolącymi się od początku, bez żadnego ciśnienia na postęp. Akolici byli już bardziej doświadczonymi przedstawicielami Rodu, lecz ich umiejętności jeszcze pozostawiały sporo do życzenia. Natsu zaś, nawet pomimo tego że teoretycznie jeszcze nie został pełnoprawnym shinobi, już teraz osiągnął pułap pozwalający mu spokojnie zostać Sentokim – Bojownikiem, jednym z głównych elementów siły swojego Rodu. A jednak, przez barierę wieku i treningu pod ścisłym nadzorem, wciąż był zaledwie adeptem. Chociaż, nauczyciele coś mówili że to się może niedługo zmienić. I w tym przypadku trzymał ich za słowo.
-Wiem. Ale to oznacza tylko, że muszę utrzymać to tempo. Jak już się przyzwyczaiłem do spędzania czasu na polach treningowych, wolę tego nie zaprzepaścić lenistwem. – Parsknął śmiechem, wbijając ostrze w ziemię. Teraz, w lipcu, była jedyna taka okazja, gdy opoka nie była twarda, i wbicie w nią drewnianego kija było w ogóle możliwe. – Wiesz przecież, że gdybym zaczął, nie mógłbym przestać.
-W sumie prawda – zawtórowała śmiechem Mikoto. – Już raz pozwoliłeś sobie na lenistwo, i dopiero kilka lat temu znowu ruszyłeś dupę.
Natsu parsknął śmiechem, lecz nie był to śmiech wesoły – Mikoto nie wiedziała o pojmaniu przez piratów i o jego nieobecności przez ponad rok. Nie miała zielonego pojęcia, czemu postanowił zostać shinobi tak jak ona. I nie podejrzewała nawet, że wzbudziło to w nim takie zacięcie, że stał się już silniejszy nawet niż ona sama, strażniczka rangi Sentoki.
-Nie oznacza to jednak – ciągnęła czarnowłosa – że powinieneś aż tak się przemęczać. Już niedługo osiągniesz pełnoletniość, i nie będziesz mógł się nacieszyć beztroską.
-Nie wiem, co to jest, i tak szczerze mówiąc, nie prze…
W tym momencie dziewczyna złapała go za przedramię i pociągnęła za sobą. Chłopak chciał ją powstrzymać, lecz wiedział, że jego koleżanka była uparta niczym muł. A zwłaszcza, gdy sobie coś umyśliła.
* * *
Dawno nie byłem na Hyuo.
Od mojej ostatniej wizyty na wyspie minęło już prawie dwadzieścia lat. Siedemnaście, by być dokładniejszym. Dokładnie tyle czasu minęło od śmierci Yuriko. Blizna zdążyła się już trochę zasklepić, lecz wspomnienie tamtego wieczora wciąż napawało mnie istną furią. W ciągu jednego dnia straciłem wszystko, co tylko było dla mnie cenne, znów wylądowałem na dnie. I wróciłem na ścieżkę mordercy, tym razem jednak z dokładnie określonym celem – przez siedemnaście lat byłem cierniem w boku organizacji Oni no Mori. Pozbawiłem życia wiele z ich eksperymentów, zabiłem naukowców. Oficerów. Niewiele brakowało, bym dorwał samego Senju Akumę. Nie zamierzałem jednak zaprzestać ataków ani na moment, tak długo aż serce ostatniego członka tego popapranego zakonu nie przestanie bić. Nie zasługiwali na litość.
I tak się zdarzyło, że podążając za kolejnym celem ja i mała grupa moich pomocników (udało mi się zgromadzić całkiem niezłą grupę typów spod najciemniejszej gwiazdy) wylądowaliśmy ponownie na zmrożonej wyspie. Każdy krok, każdy wdech, wszystko mi przypominało o tym krótkim czasie w którym byłem normalnym człowiekiem. Czasie, który już nie powróci. Odwróciłem się i spojrzałem na zabijaków za moimi plecami. Byli silni, to prawda. Lecz byli świadomi, że ja byłem silniejszy, i nie zawaham się ich wymordować jeśli okażą niesuboordynację. Ale pozwalałem im na marudzenie, czego niekiedy żałowałem.
-Ech, cholera. Ile możemy tak leźć bez celu?
-Zabiłbym kogoś…
-Pochędożyłbym…
I tak od kilku dni. Niekiedy miałem ochotę po prostu im urwać łby, a jedynym co mnie powstrzymywało, był pragmatyzm – im mniej mięsa armatniego, tym więcej musiałbym zrobić sam. A nie mam ochoty marnować siły na cele, które nie są w stanie dać mi chociaż trochę radości z walki. Taka dola lidera. Jednak tym, co mnie najbardziej irytowało, był… spokój. Przez te kilka dób nawet nie natknęliśmy się na ślad Oni no Mori. I to mnie doprowadzało do szału…
-Szefie…
Sądząc po głosie, pytanie zamierzał zadać Riiken, śniadoskóry zabijaka z Antai. Dwumetrowy, silnie umięśniony, uzbrojony w spore zanbato nie potrzebował być shinobi, by stanowić zagrożenie nawet dla bardziej doświadczonych Akolitów. Jednak nie po to trzymałem go ze sobą. Ten koleś miał ze sobą nie tylko mięśnie, ale i też bardzo sprawny mózg. Był chyba najinteligentniejszym gościem w całej bandzie. Nawet na chwilę nie odwróciłem wzroku. Tylko westchnąłem, aby pokazać że słucham.
-…jesteś pewien, że naukowcy na pewno tutaj będą? Sądzę, że domyślają się zagrożenia z Twojej strony, i specjalnie będą próbowali zrobić Cię w bambuko.
Zmrużyłem lekko oczy. Oczywiście, było to całkiem prawdopodobne, a nawet powiedziałbym więcej – te kilka dni spędzonych w lasach w pobliżu ścieżek transportowych dawało do zrozumienia, że ta możliwość była jak najbardziej realna. Chyba faktycznie będziemy zmuszeni się wycofać. Nawet jeśli tylko na chwilę.
-… Wracamy. Jeśli do tej pory się nie zjawili, to już tego nie zrobią.
Usłyszałem w odpowiedzi jęki rozczarowania ze strony moich ludzi. Jeden z nich, Tsuyo, mężczyzna o budowie ciała i inteligencji trolla, warknął tylko z irytacją i spojrzał między drzewa.
-Pierdolę to! Od kilku dni kręcimy się po tych lasach jak gówno w przerębli! Jeśli zaraz nie przetrącę komuś łba, to mnie krew zaleje.
Krew cię zaleje, owszem, ale dopiero jak sam ci wyrwę krtań – pomyślałem, lecz nie powiedziałem tego na głos.
Tsuyo nagle zamarł i pokazał mi coś. Zbliżyłem się i zmrużyłem oczy, by przyjrzeć się obiektowi zainteresowania olbrzyma. Wskazywał niewielką, otwartą polanę ukrytą między zmrożonymi drzewami, na której obecnie leżała dwójka młodych ludzi, góra dwudziestoletnich. Czarnowłosa dziewczyna o delikatnych rysach i filigranowej budowie ciała oraz brązowowłosy wyrostek, mający na sobie tylko luźne spodnie i bandaże. Wyglądali na odprężonych, rozmawiali o czymś. Zacisnąłem usta, domyślając się czego chciał mój pomocnik. Przypuszczalnie ten cholerny idiota planował po prostu tam pójść i zabić tę parę, ot tak, dla rozrywki. Nie przepadałem za takimi odchyłami – zawsze ich szkoliłem, żeby zachowywali cały swój gniew na Oni no Mori. Sam również starałem się – ku pamięci swojej żony – nie atakować niewinnych, tak długo jak nie będzie to absolutnie konieczne.
-No i? Dwójka młodych ludzi, co w tym takiego niezwykłego?
-Widzieli nas – odparł, sięgając po wiszącą na jego plecach włócznię. Westchnąłem ciężko. Jeśli to jest prawda, niestety zabicie ich będzie koniecznością. Nie mogę pozwolić, by ktokolwiek na wyspie był świadom naszej obecności. Gdyby Yuki się dowiedzieli, że na ich wyspie pojawił się nieznany gang, mogliby zacieśnić ochronę. A nasze istnienie wyszłoby na jaw.
Dziewczyna podniosła głowę i spojrzała w naszym kierunku.
Niestety.
-Zabijcie ich.
Nie trzeba im tego było dwa razy powtarzać. Tsuyo i Riiken ruszyli do przodu, jeden wymierzając włócznią w kierunku leżących, drugi zaś sięgając po zanbato i szarżując prosto na walkę bezpośrednią. Młodzieniec również zauważył atak, i w ułamku sekundy podniósł się do pozycji pionowej. Czarnowłosa dołączyła chwilę później. Mój drużynowy troll miotnął włócznią, a ciemnoskóry zamierzył się wielkim mieczem.
-Fuuton: Juuha Sho!
-Suiton: Suiben!
Z dłoni młodzieńca wystrzelił szeroki strumień powietrza, który po krótkim locie zniszczył lecące yari na kawałki. W tym samym czasie dziewczyna wystrzeliła w kierunku Riikena długi, wąski bicz, który owinął mu się wokół łydki i powalił tym samym na ziemię. Przez ten czas Tsuyo zdołał dotrzeć już do dwójki z gołymi pięściami, lecz ku jego zaskoczeniu dwójka nastolatków bez problemu utrzymała mu kroku, a nawet zdołała powstrzymać jego uderzenia – kruczowłosa była znakomitą wojowniczką na pięści, a młodzieniec skupił się na negowaniu ciosów olbrzyma za pomocą długiego kunaia. Po niewielkiej wymianie ciosów Tsuyo otrzymał silny kopniak kolanem na szczękę. Padł jak długi na ziemię, mając problemy ze wstaniem.
Korzystając z chwili, wkroczyłem na polanę razem z pozostałą trójką przydupasów wziętych przeze mnie na tę misję. Wyglądało na to, że pomimo młodego wieku ta dwójka była całkiem utalentowanymi shinobi, a to oznaczało jedno – moja drużyna będzie musiała się trochę napocić. Skoro zdołali oni bez problemu powalić Tsuyo, oznaczało to że trzeba ich potraktować bardzo poważnie.
Wskazałem na dziewczynę. Jeden z trzech, młodzik o zgrabnym pseudonimie Krzywy, wymierzył w nią kuszę i posłał w jej kierunku stalowy bełt. Usłyszeliśmy krzyk, i nastolatka wylądowała na śniegu z przeszytym udem. Uśmiechnąłem się, oczekując wybuchu gniewu ze strony chłopaka.
Ten jednak nie nastąpił.
Riiken zdołał się już pozbierać i ruszyć ponownie do ataku, wykonując silny młynek za pomocą zanbato. Młodzieniec schował kunai i sięgnął po oręż, wiszący u jego boku. Refleksy światła odbiły się od wysuwanego ostrza, padając na twarz ciemnoskórego, który zmrużył oczy. I głównie przez to spudłował, dając brązowowłosemu czas na odskok i wyprowadzenie kontry za pomocą pchnięcia. Wojownik jednak nie był w ciemię bity – zastawił się szerokim ostrzem tasaka, przyjmując czubek miecza młodzieńca na zgrubienie głowni. Dzieciak jednak nie dał się tym zbić z pantałyku i wyprowadził kopniak, wybijając mojego towarzysza z równowagi i zmuszając go do postawienia kilku kroków w tył.
Przez ten czas zdążyłem się zbliżyć na tyle, by móc przyjrzeć się dokładniej nastoletniemu szermierzowi. Brązowe włosy w nieładzie, mnóstwo blizn na ciele. Dobrze zarysowane mięśnie. I złote tęczówki.
Identyczne jak moje.
Katanę w dłoniach chłopaka również rozpoznałem. Biała skóra na rękojeści, tsuba w kształcie symbolu rodu Yuki. To był bez wątpienia Biały Mnich.
-… Natsume?...
Riiken, widocznie wściekły swoim położeniem w pojedynku, wyskoczył w powietrze i wyprowadził miażdżące uderzenie od góry. Młodzieniec jednak był widocznie szybszy – odskoczył w bok, tnąc gładko w bok agresora.
Ostatnie chwile Yuriko wyglądały identycznie. Tylko w jej przypadku, wroga osłoniły łuski. Łuski, których Riiken nie miał.
Shiroi Sou przeszył ciało Antaiczyka, tnąc głęboko. Ciemnoskóry ryknął donośnie, przeszyty potwornym bólem, zanbato wypadło z jego dłoni, a on sam padł na kolana. Młodzieniec prostym ruchem wysunął miecz i kopniakiem w szczękę powalił wroga na plecy. Następnie spojrzał na mnie. Jego oczy były niczym spowite mgłą. Znałem to spojrzenie.
-Kim jesteście i czego chcecie?
To nie było pytanie. To był widoczny rozkaz. Interesujące, zważając na położenie w którym się znajdował. Musiałem jednak pochwalić jego odwagę i zimną krew, pozwalającą mu kontynuować pojedynek na spokojnie nawet pomimo rany zadanej dziewczynie, najwidoczniej jego przyjaciółce. A może i nawet kogoś więcej, nie wiem.
Uśmiechnąłem się lekko, po czym odwróciłem się do niego plecami, by odejść. Jeżeli to był naprawdę Natsume, nie byłbym w stanie go zabić. Nie jego.
Poczułem przeszywający ból na wysokości przepony. Spojrzałem na swój tors… tylko po to, by ujrzeć sterczące z niego ostrze miecza.
-Zadałem pytanie.
Ten dzieciak naprawdę się w tańcu nie pierdolił.
Aktywowałem Raiton no Yoroi, zmuszając chłopaka do wycofania się. Wysunąłem miecz ze swoich pleców i rzuciłem nim w jego kierunku, tak by wbił się tuż obok niego. Następnie, choć kusiło mnie sprawdzenie jego prawdziwej siły, wycofałem się. Moi towarzysze przez ten czas pozbierali ze sobą Tsuyo i ciężko rannego Riikena i ruszyli w głąb lasu. Wciąż czując silny ból, odwróciłem się w kierunku nastolatka i uśmiechnąłem się lekko.
-Jeszcze się zobaczymy…
W tym momencie wykorzystałem Kumoshin no Jutsu, znikając mu z oczu. Usłyszał jeszcze tylko ostatnie słowo:
-… Natsume.
* * *
Historia Natsumego i Mikoto widocznie zaniepokoiły zazwyczaj spokojną Shirei-kan rodu, Yumi. Pojawienie się grupy silnych wojowników, która ni stąd, ni zowąd ruszyła do szturmu na dwójkę shinobi z zamieszkującego te tereny klanu była zjawiskiem co najmniej niespotykanym. Na dodatek, wnioskując z historii, jeden z nich nie tylko był silnym shinobi, ekspertem Raitonu, to jeszcze znał młodzieńca.
-Jesteś pewien, że nigdy wcześniej go nie widziałeś, Natsume? Wątpię, żeby był w stanie tak po prostu zgadnąć Twoje imię. Takie przypadki po prostu się nie zdarzają.
-Przysięgam, nigdy wcześniej go nie widziałem – odparł młodzieniec, uderzając się w pierś. – Gdybym znał jego tożsamość, to bym jej przecież nie ukrywał.
Yumi była w stanie mu zaufać. Od czasu powrotu po pojmaniu przez piratów, chłopak dość mocno się zmienił – był zdecydowanie bardziej prawdomówny i pracowity, tak jakby uważał że kłamstwo nie jest dobrym rozwiązaniem. Zdarzało mu się czasem zataić jakieś pomniejsze fakty, ale gdy o czymś mówił – mówił to otwarcie. Mikoto również potwierdziła, że na samym polu walki Natsume próbował się dowiedzieć kim ten człowiek był…
-Rozumiem. Będziemy musieli zaostrzyć straż na granicach, liczę też że stworzycie z pomocą naszych rysowników opis wyglądu agresorów.
Natsume i Mikoto skinęli głową jednocześnie.
-Dobrze. A teraz jeszcze jedna kwestia… – liderka Rodu uśmiechnęła się, spoglądając na brązowowłosego. – Mikoto opowiedziała mi wcześniej, że walczyłeś nadspodziewanie dobrze i pomogłeś jej wyjść prawie w całości z walki na nierówną ilość oponentów. Wydaje mi się… że zasłużyłeś na przyjęcie do grona naszych shinobi. Witaj, Uczniu Yuki Natsume.
Natsume uśmiechnął się, wykonując ukłon przed liderką. Spodziewał się tego prędzej czy później, więc nie było to zbyt zaskakujące. Przynajmniej teraz mógł otwarcie się przedstawiać jako shinobi rodu Yuki.
-A to oznacza, że będziesz musiał się udać do Ryuzaku no Taki, zgodnie z decyzją Możnowładców. Oto wytyczne, których masz się trzymać…
I taki właśnie był jego początek.
Początek Kenshiego.



Obrazek


Ukryty tekst. Treść widoczna tylko dla autora wpisu.



Obrazek


Ukryty tekst. Treść widoczna tylko dla autora wpisu.



Obrazek


PRZEDMIOTY PRZY SOBIE (WIDOCZNE):
Ukryty tekst. Treść widoczna tylko dla autora wpisu.



Obrazek


PIENIĄDZE: Klik
PH: Klik
MISJE:
    D - 5
    C - 3
    B - 1
    A -1
    S -
PREZENT OD ADMINISTRACJI: Ranga dziedziny w górę (losowanie 21 VI), trzy techniki ofensywne/wspomagające za darmo (wykorzystano 3/3, otrzymano tu), +50PH (12 PA) konsekwencji, otrzymane tu
Ostatnio edytowano 15 wrz 2018, o 00:40 przez Natsume, łącznie edytowano 124 razy
Avatar użytkownika

Natsume
Mocarz
 
Posty: 1220
Dołączył(a): 11 lut 2015, o 23:22
Wiek postaci: 25
Ranga: Kogō, Shimakage
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=199
GG: 6078035
Multikonta: Natsu

Re: Natsume Yuki

Postprzez TwoFace » 23 kwi 2015, o 23:44

Ukryty tekst. Treść widoczna tylko dla wybranych osób.

Akcept~!
Avatar użytkownika

TwoFace
Administrator
 
Posty: 2108
Dołączył(a): 14 lut 2015, o 11:23
Wiek postaci: 0
GG: 0
Multikonta:


Powrót do Zaakceptowane karty

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość