Kaplica Watatsumi 海神の神社

Kaplica Watatsumi 海神の神社

Postprzez Koala » 2 lis 2017, o 21:38

Obrazek
Kaplica Watatsumi 海神の神社


Dość spora kaplica, ustawiona przy placu na wybrzeżu wyspy, stanowi najważniejszy punkt kultu smoczego boga mórz, Watatsumiego - jednego z najważniejszych, obok Okami no Kamiego, Susanoo i Hachimana, bóstw czczonych przez religijnych mieszkańców wysp. Jest ona zbudowana z różnych gatunków drewna (chociaż zastosowano głównie drewno wyrzucone na brzeg przez morze - cele symboliczne) i ozdobione wieloma płaskorzeźbami, przedstawiającymi różne historie i przypowieści o bogu i jego kontaktach z ludźmi. Codziennie stacjonuje przy niej niewielka grupa mnichów, odzianych w błękitne stroje - jest to specjalnie oddelegowana grupa, zajmująca się kapliczką i utrzymująca ją w dobrym stanie.
Z ważniejszych wydarzeń, o których warto wspomnieć, jest odbywający się każdej wiosny Festiwal Wody, w którym ludzie proszą Pana Wód o pomyślne podróże i bogate połowy, jak również starają się ubłagać boga by nie okazywał gniewu (aby nie było wielu sztormów). Przez trzy dni odbywają się pokazy mnichów ze specjalnym "tańcem rybaka", a miejscowi kucharze i rybacy prezentują świętującym różne dania ze świeżych ryb.
Obrazek
This is a fantasy based on reality
Avatar użytkownika

Koala
Support
 
Posty: 804
Dołączył(a): 12 lut 2015, o 13:07
Wiek postaci: 0
GG: 0
Multikonta: Shikarui

Re: Kaplica Watatsumi 海神の神社

Postprzez Natsume » 11 lis 2017, o 17:26

Spoiler: pokaż


Natsume wybrał się na spacer po mieście, żeby odpowiednio się z nim zaznajomić. Fuyuhana jednak mimo wszystko była osadą znacznie mniejszą niż Hanamura, która była po części planowana jako metropolia - wielkie miasto, które byłoby centrum dla wszystkich klanów wyspiarskich. Dlatego będzie potrzebował kilku takich wędrówek, żeby zapamiętać najważniejsze punkty całego miasta. Miał przy tym deja vu tego dziwnego uczucia, gdy pierwszy raz przeszedł się po osadzie rodu Yuki po zostaniu Shirei-kanem. Dalej nie bardzo był w stanie objąć umysłem to, że to on zarządza tym wielkim miejscem. Tyle dziesiątek ludzi zgodziło się powierzyć swoje życia w jego opiekę. Było to jednak brzemię, ale takie które był w stanie przyjąć. Przecież właśnie takiego zjednoczenia pragnął od czasu zostania porwanym za dziecka, prawda?
Maszerował bez przesadnego pośpiechu, patrząc jak ulice Hanamury pokrywają się śniegiem. Liczne drzewa owocowe - w przewadze wiśnie i śliwy - już dawno zrzuciły liście i miały pozostać w tej formie aż do wiosny. Słupy, budki, dachy, olejowe latarnie - wszystko zaczynało przyjmować białe barwy, ukryte pod puchem. Temperatura spadła poniżej zera, ludzie wokół chodzili już odziani w futra i grube kurty (no, nie licząc członków Rodu Yuki - ci nosili normalne ubrania, może tylko odrobinę docieplone). Były okolice południa, więc nawet mimo chłodu stolica nowopowstałego Cesarstwa tętniła życiem.
Młodzieniec odetchnął lekko i uśmiechając się szeroko, spojrzał w zamyśleniu na niebo. Kochał zimę, i serce samo mu się radowało gdy ta pora roku nareszcie przychodziła. Zwłaszcza, że zima na Kantai była znacznie mniej brutalna niż ta na Hyuo, i można było spokojniej się delektować jej pięknem.
Cóż, jego temperatura ciała i tak była niska nawet jak na Yukiego, więc mróz lodowej wyspy zupełnie mu nie przeszkadzał, ale mimo wszystko.
Zbliżył się do wybrzeża, przyglądając się ludziom kupującym różne podarki i rośliny zimolubne. No tak, zbliżało się święto smoczego boga lodu, Kuraokamiego (lub Okami no kamiego, jak zwał tak zwał), i ludzie chcieli się odpowiednio przygotować. Widok cieszących się przechodni sprawiał, że serce młodego wojownika rosło. Mieszkańcy Kantai zdążyli już zapomnieć o chaosie wprowadzonym przez Novum Ordo, i stopniowo znów mogli się cieszyć spokojnym żywotem. Dokładnie tak, jak miał nadzieję że będą mogli.
W końcu dotarł na placyk, na którym stała kapliczka Watatsumiego, boga mórz. Jakby tak pomyśleć, to przez ostatnie wydarzenia Natsume nie miał nawet za bardzo okazji, by się odpowiednio pomodlić do patronów wysp. Głównie wyznawał piątkę bogów - Kuraokamiego, Hachimana (pana wojny), Watatsumiego, Konohanasakuyę (boginię natury i życia) oraz Fuujina (pana wiatrów). No, jeśli nie liczyć głównej piątki: stworzycieli, Izanagiego i Izanami, oraz trójkę boskiego rodzeństwa: Tsukuyomi z księżyca, Amaterasu z niebios, i Susano-o, pana sztormów. Ostatnimi czasy jednak miał okazję modlić się tylko do Hachimana, jako że jego życie było zdominowane przez wojny i walki, a pozostałych musiał odstawić na dalszy plan. Cóż, będzie musiał im to jakoś odpokutować. A że teraz życie w końcu mogło się uspokoić, to czemu nie zacząć od razu?
Yuki podszedł do niewielkiej kapliczki i złożył ręce do modlitwy. Zamknął przy tym oczy i opuścił głowę.
"Ryuujinie, panie mórz. Ty, który trzymasz w opiece wszystkich mieszkańców wysp. Ja, człowiek niegodny by móc nawet spojrzeć na Twoją kaplicę, odczuwam głęboki wstyd i żal, że nie byłem w stanie kultywować wiary w Twoje istnienie. Chociaż nie powinienem nawet śmieć by o cokolwiek Ciebie prosić, błagam o wybaczenie, mogąc tylko obiecać naprawienie swoich błędów. Jeżeli jednak uznasz, że moje myśli są godne Twej uwagi, chciałbym poprosić o jeszcze jedno."
Na chwilę uniósł głowę i spojrzał na kapliczkę.
"Daj mi umiejętność zrozumienia ludzi, którzy powierzyli mi swoje życie. Spraw, bym umiał chronić ich życia, nie musząc ryzykować ich żyć w wojnach. Nie potrzebuję własnej potęgi ni chwały. Po prostu błagam o mądrość. Nic więcej."
Rozłączył dłonie, otrzepał swoje czarne włosy z puchu i podszedł do puszki na datki, do której modlący mogli składać daniny na utrzymanie kapliczki. Wysunął z kieszeni trochę pieniędzy i umieścił je w skarbonie.
-Chwała Ryuujinowi - powiedział cicho, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego. Następnie cofnął się kilka kroków i po prostu stanął w miejscu, przyglądając się kaplicy.

Dopisuję -100 ryo za datek.
Avatar użytkownika

Natsume
Mocarz
 
Posty: 1341
Dołączył(a): 11 lut 2015, o 23:22
Wiek postaci: 26
Ranga: Nukenin S
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=199
GG: 6078035
Multikonta: Natsu

Re: Kaplica Watatsumi 海神の神社

Postprzez Shijima » 11 lis 2017, o 23:14

Wyprawa B
If you're gonna play the game, boy, you gotta learn to play it right.
Obrazek
1/∞

Świeciło słońce.
Blask otulał twoje policzki, muskał je czułym dotykiem jak dobra matka, której wspomnienie musiało gdzieś utknąć w głowie,
tylko jak głęboko się znajdowało..? Dotyk pieszczotliwy, niczego nie musisz się bać, którym Sol obdarzała każdego,
kto był na tyle odważny, by wyjść z czterech ścian swojego świata i po prostu żyć.
Witaj, Cesarzu, co tym razem przynosisz światu?
Widziałeś życie płynące wraz z każdym następnym ciepłym blaskiem - było zimno, naprawdę zimno, ale to wcale nie sprawiało, że ludzkie serca i dusze skuwane były lodem. O to walczyłeś. O to chciałeś dbać. Ciężar, który grubym płaszczem spoczywał na twoich barkach, otulając całą twoją sylwetkę, przynosił wizje na jawie takie jak ta - całkowicie realne, choć tak nienamacalne,że ciężko było w nie uwierzyć. Zaznałeś kiedykolwiek chociaż jednej z nich? Trzy kobiety siedziały przed domostwem, otulone ciepłymi skórami, ich dłonie pokryte były czerwienią juchy obrabianych ryb, śmiały się, głośno rozmawiały, bo to nie była krew drugiego człowieka. Dłonie, które miały dawać życie, ciała, które nocami tonęły w objęciach mężów, kochanków - jedyni bogowie wiedzą, czy jedna z drugą były wierne. Na pewno przed tym jednym domem ich oczy lśniły ciepłem i radością. Szczęściem. Grupka dzieci tańczyła w kółeczku, śpiewając znane wszystkim kagome,
kagome
, jedna ofiara w środku i tańczące wokół demony - kto dzisiaj miał iść na pożarcie? Nie było to jednak pożarcie wojny. Zwykła, radosna zabawa istot niewinnych, które nie powinny znać cierpienia rozstania z rodzicami, nie powinny kosztować smaku wojny. To jest ten cel? Ludzie, którzy przechodzili ulicami miasta, zakochane pary tuląca się do siebie,
wtuleni w swoje objęciach, zapomnieni przez boski świat - cóż, nic w tym złego. W końcu tenże boski świat zapomniał również o nim. Mijałeś życie tak samo, jak mijała je Sol - wędrowaliście razem, równym krokiem, nie śpiesząc się donikąd,
bo czas jak dotąd pędzący dzisiaj zwolnił. Miałeś za towarzyszkę największą z gwiazd, z pewnością najpiękniejszą i tak samo,
jak żaden z tych ludzi nie był w stanie dotknąć ciebie, tak ty nie mogłeś dosięgnąć Jej. Żadna z modlitw nie mogła tego zmienić.
Masz świętą rację, Cesarzu, ludzie zapomnieli. Pozwolili, by kurz wojenny opadł i nie targali go za sobą niczym ciemiężcy,
zmuszeni do dźwigania ciężaru świata na swoich barkach - brzmi znajomo? A jakże! Nie oznaczało to, że całkowicie wyparli ją ze swojej pamięci. Wciąż pamiętali tragedie, wciąż byli ci, którzy stracili bliskich i którzy tracić będą. Spoglądając na nich nie było sensu zastanawiać się, który z nich będzie następny - patrząc na nich teraz, jak przygotowywali się do święta, można było się jedynie cieszyć, chłonąć ciepło nienamacalne, nie mające nic wspólnego z największą z gwiazd - to był ten rodzaj ciepła, który rozświetlał wnętrze. Pewnie słyszałeś o tej bajce, jestem pewna, że tak! - bajce, w której dumny lew zatrzymał się na szczycie skały, z której rozciągał się widok na całe królestwo. Nie miał już ojca. Nie miał już matki. Pozostało mu dziedzictwo, które nawet trudno dziedzictwem było nazwać. Wywalczył je własnymi kłami i pazurami tylko po to, by każdego ranka móc spoglądać na ten sam obraz - budzący się do życia dzień, wraz z którym budziło się wszelakie stworzenie. Król nigdy nie był królem, kiedy nie miał poddanych. Oto więc i oni.
Jesteś z nich dumny?
Jesteś dumny z siebie?
Minąłeś się z parą, która obejmując się właśnie opuszczała teren kapliczki - cicho w siebie wtuleni, nie zwracający na ciebie najmniejszej uwagi, jakbyś był idealną, zespojoną częścią tego wszystkiego, a nie stanowił byt ponad. Ile osób tak naprawdę cię rozpoznawało? Ile osób mogło zakrzyknąć - padnijcie na kolana! Oto idzie nasz Cesarz! Chyba nigdy nie o to chodziło. Chyba miało być coś więcej. Jeden z mnichów pokłonił ci się, widząc twój datek.
- Zaczyna mnie intrygować, ilu jeszcze ludzi przyjdzie tutaj marnotrawić pieniądze na cześć bóstw, śląc w niebo niewypowiedziane prośby, zamiast rzeczywiście wziąć życie w swoje ręce. - Męski głos dobiegał zza twoich pleców. Melodyjny, przyjemny dla ucha i przede wszystkim - spokojny - był jak tchnienie poranka, tego wczesno-jesiennego, który nie jest pozbawiony jeszcze ciepła, ale już zwiastuje melancholijne deszcze na tle krajobrazu kolorowych liści. Mężczyzna był smukłym, wysokim mężczyzną, o czarnych włosach spiętych klamrą, które opadały na jego plecy i czarnych, spokojnych oczach. Z tej odległości, kiedy stał opierając się o jedno z drzew, nie sposób było odróżnić granic tęczówki od źrenicy. Zdecydowanie nie zaliczał się do tych, którzy kipieli testosteronem, brakowało mu typowo męskich, mocno ciosanych rysów twarzy, były bardziej delikatne, o wysokich kościach policzkowych, skośnych, wąskich oczach, które nawet nie patrzyły na ciebie - spoglądały na tą kapliczkę, którą, zdaje się, przed chwilą obraził. Nie bezpośrednio. Skubaniec wybrał sobie całkiem niezły punkt obserwacji - nie było go widać ze ścieżki, a kiedy już wychodziło się do kapliczki to było się do niego obróconym plecami - on zaś miał wgląd praktycznie na całą okolicę. Dopiero po chwili przeniósł na ciebie spojrzenie, jakby chciał cię zapewnić, że mówił właśnie do ciebie, a nie do przestrzeni, czy... samego bóstwa.


Shijima
 

Re: Kaplica Watatsumi 海神の神社

Postprzez Natsume » 12 lis 2017, o 12:58

Widok tak radosnych twarzy w mieście był zjawiskiem naprawdę niezwykłym. Blizny wojny - przecież jeszcze tak niedawnej - na pewno wciąż tkwiły głęboko w duszach wszystkich tych ludzi. Zwłaszcza, że dla nich takie przeżycia były znacznie bardziej wyniszczające umysł niż dla kogoś takiego jak on. Natsume był wojownikiem, wyszkolonym do zabijania i z duchem przyzwyczajonym do widoku śmierci, zniszczenia i degeneracji. Nawet w najgorszych sytuacjach mógł polegać na swoim mieczu, i razem z nim przebić się do lepszych czasów. A oni? Zwykli obywatele, którzy w większości nigdy nawet nie trzymali żadnego oręża w dłoni, a musieli przeżyć tyle tragedii. Tyle bólu.
Dlatego cieszył się z tego, że potrafili się pozbierać po tych mrocznych czasach.
Ha, można nawet rzec że im zazdrościł. Sam przez prawie dekadę był zamknięty w okowach przeszłości i nie potrafił zrozumieć sensu ludzkiego istnienia. Cóż, wciąż ledwo był w stanie pogodzić się z tym, co wydarzyło się w jego dzieciństwie, gdy miał zaledwie jedenaście lat. Porwanie. Tortury trwające ponad rok, z których wyszedł z setkami blizn na ciele. Zmuszenie do zabicia swojego - być może - jedynego przyjaciela. To właśnie wtedy pierwszy raz użył Hyotonu, i za jego pomocą zabił trzy załogi piratów. Wyrżnął ich jak zwierzęta. A gdy powrócił na Hyuo, spędził resztę swego życia na rygorystycznych treningach, które pozwoliły mu wyjść poziomem ponad prawie całą młodzież swego Rodu. Dlatego, że odrzucił swoje emocje, których się bał. Które przynosiły mu ból. I gdy w końcu zakończył szkolenie, zrozumiał że nie wie nic. Umiał zabijać. Potrafił walczyć mieczem i posługiwać się chakrą. Ale nie był sprawnym człowiekiem. Nigdy nie zaznał miłości, szczęścia, nie miał okazji wykształcić swojej strefy emocjonalnej. Raz, jeszcze w trakcie szkolenia (gdy jego stan ducha był jeszcze poszargany) zaznał bliższego kontaktu ze swoją przyjaciółką, ale nie widział w tym niczym niezwykłego, ani tym bardziej wartego wspominania. Po prostu tego zupełnie nie rozumiał. Był praktycznie maszyną. Może dlatego stał się religijny. Myśl, że jakaś wyższa istota ma opiekę nad ludźmi, dawała mu swego rodzaju ukojenie.
Dlatego zazdrościł tym wszystkim, którzy mieli normalne życie, z rodziną i przyjaciółmi, tak wolne, wypełnione pracą i przyjemnościami. A myśl, że jego akcje mogły im pozwolić na taki żywot, przynosiła mu trochę ulgi.
Spojrzał w niebo, zamyślony, przypominając sobie twarz Daisukego. "Ciekawe, co byś powiedział o tym wszystkim. O Cesarstwie, wojnach i mojej izolacji. O tym marzeniu, aby zmienić wyspy, by dzieci nie musiały cierpieć tego co my. Huh, przypuszczam że pewnie byś mnie wyśmiał. Jak zwykle."
W końcu parsknął śmiechem, rozbawiony. Od kiedy nie musiał sięgać po miecz na każdym kroku, stał się niezwykle melancholijny. Może słowa Mayumi o jego skłonności do "pierdolenia farmazonów" miały jakieś poparcie.
W głębi duszy był dumny z tego, że udało się stworzyć ten kraj. Ale nie śmiał nawet pomyśleć, że to tylko jego zasługa. Nie znosił wywyższać się nad innych. Cesarstwo było wytworem ich wszystkich. Unią. Nie wytworem jednego człowieka. On tylko dał im projekt, a reszta poszła za nim i wprowadziła go w życie. To praca wspólna.
Usłyszał wtedy słowa jakiegoś mężczyzny, stojącego nieopodal kapliczki. Poczuł lekką irytację buńczucznym stwierdzeniem, balansującym na granicy bluźnierstwa. Dość szybko jednak odetchnął i się uspokoił. Nie ma sensu wściekać się z powodu różnych racji. Opinia jak rzyć, każdy ma swoją, cytując mądrych ludzi.
-Zważ na słowa, z łaski swojej - powiedział beznamiętnie, bez groźby ani gniewu w głosie. Obrócił też głowę w kierunku mężczyzny, tak by mogli sobie spojrzeć w twarz. - Nie w mojej gestii jest zmienianie Twojej opinii, ani tym bardziej nie mam do tego prawa. Po prostu z szacunku do drugiej osoby. W zamian proszę o to samo.
Na chwilę zamilkł, po czym dodał:
-Życie daje doświadczenie. Wiara daje siłę. Dlaczego więc nie połączyć tych dwóch?
Avatar użytkownika

Natsume
Mocarz
 
Posty: 1341
Dołączył(a): 11 lut 2015, o 23:22
Wiek postaci: 26
Ranga: Nukenin S
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=199
GG: 6078035
Multikonta: Natsu

Re: Kaplica Watatsumi 海神の神社

Postprzez Shijima » 12 lis 2017, o 14:04

Wyprawa B
If you're gonna play the game, boy, you gotta learn to play it right.
Obrazek
3/∞

Panowanie nad emocjami, hooł..! Tylko parę słów, ledwo jedno mizerne zdanie, więcej nie trzeba, aby krew zawrzała w twoim chłodnym ciele, Cesarzu? Czuły punkt. Każdy taki ma, wystarczy wiedzieć, gdzie uderzyć, w którą część ciała się wpić - masz w dłoniach niewidzialne igły, bierz je i korzystaj. Tymi samymi igłami można skutecznie uzdrawiać, wiedziałeś o tym? I nimi też możesz zbudować zbroje, która nie tylko powstrzyma nadchodzące pociski, ale i zwróci je do tego, kto je wypluwał. No dalej, potrafisz, wykrzesaj z siebie coś więcej niż podrzędną prośbę o szacunek! Małymi kroczkami do celu, najpierw: ochłodzić ogień, aby blada skóra czasem nie nabrała kolorków, żeby chłód pozostał chłodem. Izolacja izolacją. Nie może wychodzić do przodu ten, kto tak długo trwał za linią swojej obrony, w jedynym bezpiecznym punkcie swojej świadomości, chociaż już sam tak na dobrą sprawę chyba nie wiedziałeś, co trzyma cię w miejscu i nie pozwala wychynąć się w przód. Skoro możesz zrobić parę kroków, przejść się po całym mieście, chłonąć ludzkie uśmiechy, to czemu niby miałbyś sam nie brać w tym udziału? Nie nauczysz się biegać nie startując w wyścigu. Nie zaczniesz dobrze władać mieczem, dopóki nie weźmiesz go do rąk. Nie nauczysz się rozumieć, dopóki nie zrozumiesz właściwie.
- Zważam, dobry panie. - Mężczyzna ukłonił się nisko, płynnie niczym morska fala, elegancko. Kpina? Chyba nie.
Nie brzmiał na kogoś, kto kpiłby z takich spraw... zaraz, zaraz, nie brzmiał? Nie wyglądał? Mężczyzna był ci zupełnie obcy, a wydawało ci się, że możesz o nim powiedzieć parę rzeczy - że jest typem filozofa, że szanuje czyjeś zdanie, że nie jest religijny i chyba nie jest stąd. Takie pierwsze wrażenie, każdy na nas takowe wywiera, nic specjalnego, nic nowego.
Nie wzbudzał w tobie poczucia zagrożenia czy niepokoju, mógłby się wtopić w innych mieszkańców i być najzwyklejszym kupcem, tym nie stąd, dla którego wrzucanie datków w darze dla boga było marnotrawstwem. - Czy nie po to jednak bogowie dali ludziom język, by wzajemnie przekonywali się do swoich racji? - Czemu jesteś taki ostrożny? Czemu nie miałbyś wdawać się w tą dyskusję, przekonywać i być przekonywanym? Czy to dlatego, jakie emocje wiązały się z twoją jedyną nadzieją, którą pokładłeś w astralnych bytach? Czarnowłosy wyprostował się, by nawiązać z tobą kontakt wzrokowy, na jego wąskich wargach pojawił się uśmiech, który ciężko ci było zakwalifikować do jakiegoś konkretnego rodzaju, z którego ciężko ci było wyciągnąć emocje - był przyjacielski? Szyderczy? Miły? Uprzejmy? Do głowy przyszło ci jedynie to, że on wie. Tylko o czym? On wiedział - Ty nie. Wrażenie obezwładniające, jednak nie koniecznie w tym negatywnym sensie, twoje sekrety, twoje tajemnice - wszystko tkwiło w bezpiecznym puzderku, to nie tak, że ktoś mógł je nagle, tu i teraz, przeczytać, prawda? - Nie chciałem rozgniewać. To była... jedynie myśl puszczona na wiatr. Może z odrobiną łaski śnieg poniesie ją dalej. - Czyli co, puste słowa? Nie, na pewno nie. W całej idylliczności doznania bóstw i tamtych słów na pewno nie były bez znaczenia... nie mogły być, skoro tak szybko rozpaliły w tobie tak silne uczucia. - Czemu więc wierzyć w bóstwo, które może pomoże, a może nie, miast we własne, namacalne siły? Wszak tych fizycznych miłemu panu nie brakuje. - Byłeś naprawdę chłodny. Spojrzenie, którym obdarzałeś mężczyznę, wyraz twarzy - chłodniejszy nawet od puchu śniegu, który w przypływie błogosławieństwa lśnił jak diamenty.


Shijima
 

Re: Kaplica Watatsumi 海神の神社

Postprzez Natsume » 12 lis 2017, o 14:59

Cóż. Nie był człowiekiem, który aż tak zajmował się dyskusjami. Nigdy tego nie potrzebował. Zazwyczaj po prostu prowadził krótką, uprzejmą rozmowę, bez gróźb czy potyczki na słowa. Gdy coś mu nie pasowało, prosił. A jeśli ktoś dalej uparcie kontynuował, po prostu odchodził. Nie wiedział wiele o ludzkich emocjach, więc zupełnie nie przejmował się "porażką w walce na słowa". Jeśli ktoś odczuwał satysfakcję, że go sprowokował, też niezbyt go to obchodziło. Głównie dlatego, że sprowokowany Natsume po prostu sięgał po broń.
To zwykle wystarczyło, by uciąć pyskówki. Czasem dosłownie.
Dlatego teraz odnalazł pewną wadę zostania Shirei-kanem (nie mówiąc już o Shimakage). Odnoszenie się do broni nie dałoby mu najlepszego wizerunku.
Ech.
-Nie wyglądało mi to na zważanie - odparł bez cienia ironii. - Osoba zważająca na słowa zwykle wyraża swoją opinię tylko o to poproszona.
Wzruszył ramionami, pokazując że jemu tak szczerze nie robiło to różnicy. Jedną cechę mieli wspólną - woleli stać z boku i się przyglądać. Natsu jednak wolał zachować swoje myśli tylko dla siebie, zmarłych i bogów. Głównie dlatego przechadzał się po mieście, nie uczestnicząc w całym tym gwarze - nie czuł, że do niego należał. Stał na uboczu i się przyglądał. Jak zwykle. Tak, jak Cień Wysp powinien.
A kwestia ostrożności? Proste. Połączył słowa Satoshiego ze swoimi wspomnieniami i postawą. Nawet nie chodziło o ostrożność czy nie. Po prostu nikomu nie ufał. Zaufanie doprowadziło go do kazamatów i dała mu setki blizn. Przeżył dwadzieścia lat tylko dlatego, że nigdy w pełni nie wierzył w czyjeś słowa. Po prostu kwestia przetrwania.
-„Ludzie mogą mieć różne opinie: nie musisz zmieniać swojej i nie pozwól by ktoś Cię do tego zmusił, ale i nie wmuszaj swojego punktu widzenia innym” - zacytował urywek traktatu Pax Glacia, stanowiącego dokument pół prawny, pół filozoficzny, a który przedstawiał cechy idealnego wyspiarza pragnącego pokoju. Młodzieniec zwykł odnosić się do praw niż emocji. Te pierwsze były ustalone i znacznie prostsze w respektowaniu. - Mówisz o bogach dającym ludziom język, a sam w nich nie wierzysz, a przynajmniej takie wrażenie odnoszę. Ironia, prawda?
Twarz młodzieńca nie wyrażała innego wyrazu, jak zwykłe zamyślenie. Chociaż po nawiązaniu współpracy z śnieżnymi tygrysami i poddaniu go próbie młodzieniec pogodził się sam ze sobą, to wciąż ciężko mu było wyrażać emocje, które dopiero odkrywał. Dziesięć lat były zasłonięte za ścianą, i teraz dopiero powoli się ich uczył. Dlatego też nie marnował czasu na określanie, co mógł oznaczać uśmiech mężczyzny, gdyż zwyczajnie i tak by tego nie dał rady uczynić.
Na stwierdzenie o sile, młodzieniec westchnął i odwrócił się ponownie w kierunku kapliczki. Na wszelki wypadek wyostrzył słuch i sprawdził, czy ukryte ostrze będzie w gotowości, na wypadek gdyby mężczyzna próbował go zaatakować od tyłu. Wpojone cechy shinobiego-wojownika. Nawet w rozmowie bądź gotowy na walkę. Czy miało to sens? Może nie. Trudno wykorzenić stare zwyczaje.
-Nie wierzę w "namacalne siły człowieka". Są rzeczy, których człowiek nie jest w stanie zmienić. A wolę mieć siłę ducha, niż siłę fizyczną. Tę pierwszą łatwiej utrzymać, tę drugą łatwo stracić. Więzień, przykuty do ściany i smagany kolczastymi łańcuchami, bardzo łatwo traci siłę ciała. Wtedy tylko duch trzyma go przy życiu, i pozwala mu dożyć uwolnienia. Bez siły ducha, człowiek jest niczym. A wiara w bóstwo, które "może pomoże, a może nie", jest w stanie przynieść ukojenie i odporność.
Cóż, to wiedział z własnego doświadczenia. Rok biczowania. Kolce rozrywające skórę i mięśnie. Ciało błagało tylko o śmierć. Gdyby nie wiara, że to tylko test ze strony bogów i poszukiwanie ukojenia, nie powróciłby z tamtej przeklętej jaskini na wybrzeżu. Nikt by tego nie zrobił. Tylko wiara w bogów i wsparcie duchowe przyjaciela utrzymały go przy świadomości. Przyjaciel odszedł. Bogowie pozostali.
Avatar użytkownika

Natsume
Mocarz
 
Posty: 1341
Dołączył(a): 11 lut 2015, o 23:22
Wiek postaci: 26
Ranga: Nukenin S
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=199
GG: 6078035
Multikonta: Natsu

Re: Kaplica Watatsumi 海神の神社

Postprzez Shijima » 12 lis 2017, o 15:57

Wyprawa B
If you're gonna play the game, boy, you gotta learn to play it right.
Obrazek
5/∞

Nigdy tego nie potrzebowałeś? Już najwyraźniej potrzebowałeś, skoro prosiłeś o to samego Boga. Czas przeszły, witaj w świecie dążącym do przyszłości! Tutaj nie żyje się dniem dzisiejszym, tutaj odbierane są prawa do zatrzymania czasu, tutaj wszystko jest jutro, a jutro jest za dwa dni. Nie zliczysz minut, godziny były ledwie błyśnięciami, chociaż nadal byłeś tylko człowiekiem - zdolnym, silnym shinobi, który trzymał w garściach wyspy, ale nadal - człowiekiem, nawet jeśli inni nazwą cię Cesarzem, drudzy Cieniem, a trzeci Miecznikiem - jak dla mnie? Zagubiony chłopiec. Odnaleziony przez bóstwa, o silnej duszy, która ciągle sięgała do ojców w niebiosach, skoro nie posiadałeś tego z krwi i kości. Szlachetnie. Szlachetne było to, że pomimo całego tego syfu nadal potrafiłeś unosić głowę. Spoglądasz na błękitne, chłodne niebo, wiedząc,że byłbyś pomyłką, gdybyś porównywał siebie do władców Mórz, Wiatrów i Słońca, nie dla ciebie niebiańskie pola, ale wiesz? Słyszałam to od ludzi, że tylko ci ze smoczą krwią w żyłach mogą zasiadać na tronie.
Tylko oni zwani będą Cesarzami i tylko oni posiadają błogosławieństwo bóstw nad swoją duszą - pocałunek na skroni, którego pospólstwo nie jest w stanie dojrzeć. Ty potrafisz?
- Co za surowe słowa. - Mężczyzna uśmiechnął się szerzej, łagodnie. Słuchał cię z taką samą uwagę i poświęcał ci jej tyle samo, ile ty jemu. Pierwsze złe wrażenie? Na pewno. W drugą stronę to pewnie też działało - skoro mężczyzna nie wierzył, skoro rzucał takimi tekstami - ciekawe ilu ludzi już wcześniej zaczepił? Pewnie niewielu. Może właśnie przyszło ci spoglądać na krzywe zwierciadło? Nie byliście do siebie podobni wizualnie, pomimo łagodnych rysów, a tu i teraz to nie na niego padać miały błyski flaszy. - Gdyby milczenie było złotem, raczej nie byłoby poetów. - Krzywe zwierciadło - dwa całkowicie różne światopoglądy. Więc i dwie całkowicie inne jednostki? Obserwujesz i wyciągasz wnioski, taka ludzka rzecz - jeśli jesteś wystarczająco bystry to uczysz się na błędach innych i nie popełniasz ich, jeśli trochę mniej czeka cię wiele porażek z myślą: ach, przecież wiedziałem..! Co z tego, że wiesz, jeśli nie potrafisz przekuć wiedzy w praktykę? Drobnymi kroczkami do celu - przesuwasz się cierpliwie, sumiennie, nie poddając, szukając jedynie minimum podparcia w miejscu takim jak to. Przynosi ukojenie. Woda tutaj nie zamarzała, nie całkowicie - będąca w ciągłym ruchu odbijała promienie słońca tak jak śnieg wokół, na swoich załamaniach malując złociste refleksy, szemrała cichą kołysankę do twoich uszu wraz z delikatnym dźwiękiem dzwonków zawieszonych pod dachem kaplicy, do którego zaraz dołączyło ciche nucenie mnichów, kiedy wznieśli swoje pieśni modlitewne.
- Uważasz, Panie, że przymuszam cię do zmiany zdania? - Właśnie, strategiczne pytanie. Tak było? Czy to bajanie na słowach było przymusem, by przystać na zdanie drugiej strony? Czy tu już może dyskusja została przesunięta na linię kłótni, gdzie jeden drugiemu do gardła skakał? - Widzę większą ironię w tym, że osoba zarzucająca mi nie zważanie na słowa, zwraca się do osoby obcej nieformalnie. Aż tak okropne wrażenie sprawiam? - Zapytał delikatnie żartobliwie. Ciągle stał w tym samym punkcie, opierając się barkiem o drzewo. Nie było widać jego rąk, musiał je mieć schowane pod futrem. Chyba że nie posiadał ich wcale. W tych czasach, powojennych czasach, wszystko było możliwe, jeśli o kalectwa ludzkie chodzi.
Stoisz więc tutaj i spoglądasz na kaplicę swojego bóstwa, upewniając się, czy jesteś gotowy do walki, chociaż jeszcze nie tak dawno temu chodziłeś po ulicach miasta i cieszyłeś się z pokoju. Szukałeś wsparcia, by rozumieć ludzi - i upewniałeś się, że zrozumienie to zostanie zabezpieczone przez broń. Stal przynosiła ukojenie - jedyna kochanka, która była ci zawsze wierna. Nawet jeśli opuściła - mogłeś znaleźć kolejną, która jeszcze lepiej będzie przylegała do twych dłoni, która będzie jeszcze czulsza w swoim metalicznym śpiewie niż szum wody, niż dźwięk dzwoneczków poruszanych przez wiatr. Niż sami bogowie. Nie wierzysz w tą siłę, a jednak upewniasz się, że ją masz. Ironia. Ironia.
- Czy masz na myśli, Panie, to, że przykuty do ściany i torturowany, wierzący w swojego brat, siostrę i matkę, nie utrzyma się przy życiu? - To było trochę jak plecenie sieci pająka. Widzisz to? Odczuwasz? Nie. Oczywiście, że nie bardzo. Masz swoje mocne zdanie, przekonanie, swoją wiarę i ostrze przy boku. Dajesz informacje i co dostajesz w zamian? Kolejne pytania? Rozmowa rozmową - potrafiła być przyjemna tak długo, jak długo obie strony czerpały zeń... przyjemność. Kapitan Obvious.


[/justify]

[/quote]
Ostatnio edytowano 12 lis 2017, o 17:32 przez Shijima, łącznie edytowano 3 razy
Shijima
 

Re: Kaplica Watatsumi 海神の神社

Postprzez Natsume » 12 lis 2017, o 16:58

Czy tylko smoki mogą być Cesarzami? Cóż, zważając na to że większość bogów przyjmowała kształt smoków, miało to jakiś sens. Gdyby na to patrzeć, Natsume prawdopodobnie by się do tego nie zaliczał. On nie był Smokiem. On był Tygrysem. Brutalnym, dumnym, gotowym bronić swego do upadłego. Czy Tygrys ma szanse ze Smokami? Trudno było powiedzieć. Na pewno byłaby to walka godna największego widowiska.
-Nie lubię owijać w bawełnę podczas mowy. Jestem wojownikiem - wolę sprawę postawioną jasno i najprostszymi słowami.
Nie chciał się do tego przyznać, ale mężczyzna zaczął mu już naprawdę mocno działać na nerwy. Natsume nie był głupi - widział, że łapie go za słówka i wywraca wszystko do góry dnem, by całkowicie zaprzeczyć logice Yukiego. I młodzieniec byłby to w stanie przyjąć i jakoś to od siebie odsunął, jako że był świadom swojej ułomności emocjonalno-werbalnej i braku umiejętności sprawnego lawirowania w dialogu. To nie to go irytowało.
Irytował go brak sensu tego wydarzenia. Wyglądało to tak, jakby ten facet zapędzał Natsumego w kozi róg, bo po prostu sprawia mu to przyjemność. Czytał z niego jak z księgi, nawet mimo tego że Kenshi prawie niczego nie mówił. Próbował go udusić jego własnymi słowami i wdeptać w pył, bo po prostu mu się to podobało. A coś takiego powodowało, że ściana odgradzająca emocje młodzieńca zaczynała się kruszyć i wyzwalać gniew.
Odetchnął głęboko, starając się z całych sił by nie sięgnąć po Białego Mnicha i dorobić mężczyźnie permanentnego uśmieszku. Utrzymywał opanowanie. Na tyle, na ile mógł. Ciężko było jednak powstrzymać bojowy temperament wyspiarza, nawet u melancholików.
-Do każdego zwracam się nieformalnie. Jak już mówiłem - wolę prostą mowę, bez konwenansów. Prościej prowadzić dialog bez zbędnego "pan, pani"... nieprawdaż? - to ostatnie specjalnie powiedział bez "Pan", pozwalając wypłynąć niewielkiemu uśmiechowi na twarz. I cieszył się, że ten uśmiech nie wyrażał ironii, sarkazmu ani gniewu. Był po prostu zwykłym, spokojnym uśmiechem.
Rozumienie zabezpieczone przez broń również nie było trafnym określeniem podejścia młodzieńca. On po prostu rozróżniał dwa typy rozumienia innych. Pierwszym była empatia - odczuwanie emocji i dostosowywanie się do niej, aby odpowiednio okazać swoje odczucia i zbliżyć się do innej osoby. Drugim typem rozumienia zaś było nie tyle odczuwanie, co czytanie emocji - wypatrywanie tego, co ludzie czują i chcą poczuć, i zwykłe używanie tej wiedzy dla własnych celów. To drugie było brutalniejsze, znacznie bardziej bezduszne. Bardziej pasujące do polityka. Prosił bogów o umiejętność posiadania obu tych cech. Nie spodziewał się jednak, że to on stanie się celem tego brutalnego czytania.
A chyba normalną reakcją na zapędzenie w róg jest ostrożność i przygotowanie na agresję, prawda? Nawet mysz zagoniona do kąta przez kota może w desperacji zaatakować i wykolić mu oko lub przegryźć krtań.
... Do kurwy nędzy. On naprawdę przegrywał mentalnie. Ze zwykłym, szarym przechodniem!
-Nie miałem brata, matki, siostry, ojca ani niczego innego, o kim myśl mogłaby mnie utrzymać przy życiu - odparł na ostatnie słowa. - Dlatego tylko wiarę rozumiem jako wzmocnienie ducha.
Odwrócił się w kierunku mężczyzny i spojrzał na niego. Na twarzy nie wykazywał żadnych emocji, ale jego spojrzenie było zimniejsze od zimowego powietrza w Hyuo.
-Czy możesz mi po prostu powiedzieć, czego ode mnie chcesz? Sprawia ci przyjemność łapanie mnie za słowa i zapędzanie w róg? Nie jestem mówcą i nigdy nim nie byłem, a ta dyskusja prowadzi donikąd. Jeśli coś ode mnie chcesz, to po prostu to powiedz.
Avatar użytkownika

Natsume
Mocarz
 
Posty: 1341
Dołączył(a): 11 lut 2015, o 23:22
Wiek postaci: 26
Ranga: Nukenin S
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=199
GG: 6078035
Multikonta: Natsu

Re: Kaplica Watatsumi 海神の神社

Postprzez Shijima » 12 lis 2017, o 17:32

Wyprawa B
If you're gonna play the game, boy, you gotta learn to play it right.
Obrazek
7/∞

Nie lubię owijać w bawełnę podczas mowy. Jestem wojownikiem - wolę sprawę postawioną jasno i najprostszymi słowami. - Naprawdę? Ty to powiedziałeś? Ty, Cesarz, władca tych krain! Oczywiście, nie musiałeś być cudownym, urodzonym mówcom, większość rzeczy można było załatwić mieczem - zimna stal, już przecież o niej rozmawialiśmy - o tej kochance, co jest tak cudownie chłodna w dotyku. Tak samo chłodna jak ty. Mogłaby być twoją siostrą, nie zmieniłoby to waszej zażyłości. Musze jednak przyznać, że jeśli chciałeś rozśmieszyć bogów, to chociaż jednego ci się udało. Mnie. I tego mężczyznę stojącego przed tobą, czy to czyni nas dwóch? Osoba stojąca przed tobą, z krwi i kości, w którą to krew i kość wierzyć nie chciałeś, duchowe byty były o wiele lepsze, nie mogłeś ich zobaczyć, nie mogłeś się przekonać, czy rzeczywiście pomagają, ile mogą, czy tylko szkodzą (istnieją i mają się dobrze, czasami coś spsocą na drodze śmiertelników) - reasumując: nie mogły cię zdradzić. Zawieść. Skoro wierzysz w nie całym serce i wygodnie dla samego siebie dajesz im poprawkę na bycie omylnymi i kapryśnymi. Jeśli bóg mi nie pomógł, chociaż się modliłem, nie oznaczało to, że nie istnieje - oznaczało to tylko tyle, że najwyraźniej na jego pomoc nie zasłużyłem. Kiedyś w końcu będzie dobrze - i wtedy podziękuję mu za tą pomoc, chociaż prawdopodobnie wcale nie była jego zasługą. Ty jednak prosiłeś. Słałeś niegodne słowa do godnego nieba i niczym ślepiec nie zauważałeś nawet okazji. Skup się, Tygrysie. Taka twoja natura, bo ciężko zaprzeczyć - dzieckiem smoków nie byłeś - by ze smokami nie spacerować ramię w ramię, a stroszyć na nie futro. Pytasz, czy tygrys ma jakiekolwiek szanse w starciu z tymi potężnymi władcami ziem? Przekonaj się. Przecież jesteś wojownikiem. Wywalcz swoją drogę, hej, postaraj się bardziej! Od sukcesu dzielą cię całe mile, chociaż wiem, że wielką satysfakcją byłoby zamknięcie ust tych, co za dużo peplają, mieczem. Do niektórych bardziej przemawiała mowa stali, nie tak dawno skończyłeś pojedynek z jedną z takich osób, by natrafić na kogoś zupełnie innego. Kogoś, z kim wreszcie przegrywałeś. Aaj, prawda w oczy kole! Pewnie dlatego była taka irytująca. Pewnie dlatego tak kuła w duszę.
- Nic nie przeszkadza temu, by twardą stal owinąć miękkością bawełny. - Czarnowłosy to widział. I Ty wiedziałeś, że on to widzi. W dodatku zdawałeś sobie sprawę z tego, że ty, gimnastykując się, zostajesz coraz dalej w tyle - podczas gdy twojemu rozmówcy rozmowa ta nie sprawiała najmniejszego problemu. Pływał w niej jak ryba w wodzie, tak samo naturalnie jak przychodziło oddychanie. - Prostota jest kwestią przyzwyczajeń, Panie. Szacunek nie pozwalałby mi zwracać się do Pana inaczej. - Pokłonił się znów, lecz tym razem był to ukłon płytki, jeden głęboki na powitanie wystarczył. Kim w zasadzie był ten człowiek? Zdaje się, że nie rozpoznawał w tobie Cesarza, inaczej nie brnąłby w tą grę, widząc, że coraz bardziej zaczyna ci ona grać na nerwach. Chociaż może i tak by to robił?
Pękłeś.
Pozwoliłeś informacjom wypłynąć ze swoich ust z lekką irytacją, może nawet z jakimś minimalnym odcieniem żalu, że w ogóle temat ten się pojawił, odsłoniłeś kurtyny swojego życia, przynajmniej ich część. Wszystko to przez zwykłe słowa. Nie zastanawiałeś się nad tym, kim ten człowiek jest - wróg, przyjaciel? Jeden z Yukich? Ranmaru? Zwykły mieszkaniec tej wyspy? Mógł być równie dobrze wrogiem, szpiegiem nasłanym przez ludzi, którym powinieneś poderżnąć gardło, albo którym jeszcze poderżniesz, bo na razie chowali się w cieniu twojego Cienia, nie wychylając nosa. Czekając na odpowiedni moment, żeby uderzyć. Teraz w twoich oczach ten mężczyzna był jednym z tych karaluchów, które powinieneś zmiażdżyć swoim butem. Skoro się wywyższa czas chyba pokazać mu, kto tutaj posiadał prawdziwą siłę. Mężczyzna nic na te słowa nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko łagodnie, zupełnie jakby rozumiał. Jakby ten uśmiech miał się stać balsamem dla poruszonych wspomnień i dla twojej własnej irytacji, ale kiedy zaczyna się już gotować krew to coś takiego może tylko bardziej podjudzić niż uspokoić, czyż nie?
- Sprawdzałem jedynie, ile warte są pieniądze sypane Watatsumiemu na pożarcie, do którego słane są dobre słowa. Który nigdy nie odpowiada, ale tak samo jak do ludzi odpowiadających ludzie ślą pytanie "czego ode mnie chcesz"? - I to już? To miała być twoja odpowiedź? Czy ona cokolwiek z całej tej rozmowy tłumaczyła, w której chyba się już zgubiłeś, której straciłeś sens? Właściwie to o co tutaj chodziło? O to, kto ma rację? O wiarę? O to, czy ten nieznajomy wierzy czy może o to, że zachował się wobec ciebie niegrzecznie, bo próbował zasugerować, że bogowie nie istnieją? - Ten sam bóg, który odebrał rodzinę, by ktoś w niego wierzył. - Okrutne bóstwo. Ale... czy to nie tak właśnie wyglądało? - Gdy trwoga... to do boga.


Shijima
 

Re: Kaplica Watatsumi 海神の神社

Postprzez Natsume » 12 lis 2017, o 18:20

Każde kolejne słowo wychodzące z ust mężczyzny wywoływało u Natsumego tylko większe uczucie goryczy. Nie potrafił pojąć umysłem, jak ten człowiek to robił. Tylko mówiąc i zapętlając swoje słowa wokół umysłu młodzieńca, nie używając żadnych technik czy innej chakry, uplótł na młodzieńca szubienicę i powiesił go ze stalowym ciężarem u stóp. Cóż, zrobienie czegoś takiego z prostym wojownikiem nie było niczym zaskakującym, ale młodzieniec był dość rozczarowany sam sobą. Myślał, że jako osoba bez emocji potrafił wytrzymać więcej niż tylko kilka minut niby bezmyślnego dialogu, by zupełnie go rozbić. Czuł bezsilną wściekłość, której nie chciał uwolnić. Duma nie pozwalała mu przyznać tego, że ten człowiek był silniejszym umysłem. Och, jak łatwo byłoby po prostu go zabić! To by było tak satysfakcjonujące!
...
-Stal jest stalą. Bawełna bawełną.
Wiedział, że jest to aluzja do umiejętności atakowania werbalnie tak, że przeciwnik nawet tego nie wiedział. I miał też świadomość, że mężczyzna dokładnie to robił teraz przeciwko niemu. Co prawda pod tym względem spartolił, bo Natsu był świadomy ataku, ale nie zmieniało to faktu.
Kiedy ten w końcu niebezpośrednio stwierdził, że datek Natsumego i modlitwa Natsumego były zupełnie bezwartościowe, jak również wspomniał o bogu odbierającym rodzinę za wiarę, młodzieniec stracił w końcu nad sobą kontrolę. Zanim nawet się zorientował, jego rysy wyraźnie się zaostrzyły, włosy zmieniły barwę na białą, a ziemia wokół lekko się zatrzęsła od natężenia chakry wydobywającej się z ciała Yukiego. Takie ciśnienie chakry było w stanie powalić na kolana zwykłego zjadacza chleba.
Ten człowiek insynuował, że bóg odebrał mu rodzinę, a teraz cieszył się jego wiarą? W takim razie co jest prawdziwe na świecie? Jeśli nie bogowie, w których wierzył, jeśli nie ciało, jeśli nie duch, to co? Co tu miało sens?
Chakra w końcu ustąpiła, włosy młodzieńca wróciły do normalnej barwy, a ten podszedł do krawędzi skweru i usiadł na nim. Przegrał. Wiedział to, nawet mimo dumy. Został zmiażdżony jak robak. Przez krótką wymianę zdań cały jego światopogląd runął.
-... Jak pan to zrobił? - spytał w końcu. Po raz pierwszy od początku jego głos zadrżał. - Nie robiąc nic, tylko mówiąc, wyczytał pan ze mnie wszystko, czego pan potrzebował żeby jeszcze głębiej wdeptać mnie w pył. Przejrzał mnie pan, tylko mówiąc. Zupełna dominacja.
Opuścił głowę.
-Przegrałem. Nie wiem kim pan jest i dlaczego pan to zrobił, ale... rozumiem.
Zamknął oczy.
-Jeśli nie ma pan wrogich intencji, błagam. Niech mnie pan nauczy tego, co pan zrobił mnie. Tylko opanowując tę wiedzę będę w stanie pogodzić się z porażką. Moi przodkowie i wszyscy bogowie by mnie wyśmiali.
Avatar użytkownika

Natsume
Mocarz
 
Posty: 1341
Dołączył(a): 11 lut 2015, o 23:22
Wiek postaci: 26
Ranga: Nukenin S
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=199
GG: 6078035
Multikonta: Natsu

Re: Kaplica Watatsumi 海神の神社

Postprzez Shijima » 12 lis 2017, o 22:11

Wyprawa B
If you're gonna play the game, boy, you gotta learn to play it right.
Obrazek
9/∞

Wiesz, to mogło być całkowicie proste. Tak jak to, że bawełna była bawełną, a stal stalą, równa trajektoria, po której się wędruje, gdzie nie ma bocznych uliczek, na których mógłbyś zabłądzić - tylko jedna droga, którą wędrujesz ciągle w przód. Wystarczająco proste jak dla ciebie? Nie. Zamiast iść ścieżką błądziłeś wokół - nic dziwnego, nikt jej dla ciebie nie utarł. Nie miała wyznaczonego chodnika, nie była wyłożona kamieniem, po którym mógłbyś stąpać - tylko te pojedyncze ślady stóp w wysokich, dzikich trawach w miejscu, gdzie nigdy nie padał śnieg. W tym królestwie panowała wieczna wiosna. Nie starałeś się nawet wypatrzeć śladów pozostawionych przez tego, kogo miałeś tuż przed sobą, do kogo wreszcie się obróciłeś (nawet nie obnażyłeś miecza, jak cudownie), tak jak daltonista nie odróżni kolorów, a pies nigdy nie zobaczy tęczy w swej pełnej okazałości, tak ty stałeś tu, pozbawiony broni, obnażony, obdarty z własnej skóry. Parę minut temu byłeś pewien, że twoje sekrety są w tym bezpiecznym, zacienionym kącie, że nikt do nich nie dotrze, a teraz spójrz pod swoje nogi - leżały wokół ciebie, rozsypane, całkiem piękne, wcale nie rozrzucone w bezładzie - nie pamiętasz?
Przecież wyciągnąłeś je wszystkie z Puszki Pandory i tutaj ułożyłaś, jedna obok drugiej, nadając im odpowiednie nazwy,
głaskając na do widzenia, tak jak głaszcze się kota - razem z włosem. Nigdy pod włos. I chociaż nie byłeś w stanie dojrzeć rąk swojego rozmówcy, to w tym wszystkim niemal mogłeś być pewien - stoi przed tobą z rozłożonymi ramionami,
bez żadnego strachu, bez żadnych wątpliwości, nie spogląda nawet pod twoje nogi, nie patrzy na to, co pod nimi ułożyłeś -
z grzeczności? Z szacunku, o którym wspominał? Spoglądał jedynie na twoją twarz, na twoje oczy, czasem jego spojrzenie gładko, niczym woda, ześlizgnęło się na dłoń, ramię, zupełnie jakby w momencie zastanowienia, twojego zastanowienia, chciał spojrzeć na biel śniegu, by nasycić nim spojrzenie. Gdzie te wszystkie bronie, które miałeś przy boku, co, Cesarzyku? Gdzie ta twoja siła? Nie chciałeś ufać sile ciała, a kiedy zabrakło siły ducha, w tak zatrważającym tempie, właśnie po nią chciałeś sięgnąć. Czujesz ją? Tą przyjemnie ciepłą krew, która ostudziłaby twój gniew, zmniejszyłaby uraz obdartej skóry, pozwoliłaby ci ją założyć na nowo i pozbierać wszystkie sekrety do puzderka, z którego nikt nigdy nie powinien ich ruszać - w tym ty sam. Widzisz to? Te przyjemnie gasnące oczy, które ugasiłyby twój gniew, zmniejszyłyby ten płomień, który rozprowadzał się po twoich żyłach i docierał do każdej kończyny.
- Na pewno? - Jesteś pewien, że bawełna była bawełną, a stal stalą? Przecież to tylko słowa. Co jeśli nazwę bawełnę mieczem, a miecz - bawełną? Czy róża nadal byłaby różą, gdybym nazwała ją gnojem i nadal pachnęłaby tak słodko? Czy stal byłaby nadal tak samo twarda, gdyby nazywała się bawełną? Nie wiesz nawet, jak potężne psikusy potrafi płatać mózg. Jak nas zmyla, jak mydli nasze zmysły, kiedy tylko poda mu się jakąś sugestię. Bo kiedy powiem miecz, poczujesz jego twardość, chłód, chociaż w pobliżu twojej dłoni będzie tylko kłębek bawełny. Będziesz się obawiał, czy nie ma w niej czegoś ostrego - w końcu... dlaczego miecz? Czemu stal?
Czemu dzika siła..?
Uwolniona gwałtownie chakra sprawiła, że dłuższe włosy gładko zmieniły swoją barwę na czystą biel - była piękna, wiesz? - ziemia zadrżała i tak też drżeć winni śmiertelnicy. Klękajcie przed potęgą boską. Rodził się Tygrys - ten, który nie zwykł gryźć dłoni, która z włosem gładziła - pamiętasz? Mówiłam przecież, jak głaszcze się koty. Ten sam, który odgryzał ręce wyciągnięte do niego z bronią, z kijami - ze wszystkim, co mogłoby zaszkodzić jemu bądź jego stworzonemu dziecku -
masz swą Górę, drogi Byakko, wyhodowaną własnoręcznie, stworzoną kamień po kamieniu, niemal z zupełnych zgliszczy,
więc broń jej godnie. Żeby zaś obronić ją musisz najpierw uchronić swoją dumę. Powietrze trzęsło się w oczach, nabierało fizycznego wymiaru, którego można było posmakować, który można było dojrzeć, niebezpieczeństwo wkradało się do mózgu, mnichowie przestali śpiewać, ale nawet tego nie słyszałeś. Tak jak nie wiedziałeś, że wbili w ciebie zaniepokojone,
wystraszone spojrzenia, jak cofnęli się niepewnie, chociaż z tej odległości raczej nie mieli szansy poczuć twojej energii.
Mężczyzna uniósł lekko brwi - w zdziwieniu? Zainteresowaniu? Chyba obie z tych rzeczy - chyba - bo ciągle przeczytanie jego myśli było dla ciebie zupełną niemożliwością. Ty miałeś w swojej Puszcze Pandory swoje sekrety.
On sam był Puszką Pandory.
Pewnym było jedno - wywarło to na nim wrażenie. Tylko... jakie? Ściągnął lekko brwi, zupełnie jakby analizował to, co się dokładnie dzieje. Nie drgnął. Nie ruszył się nawet o krok, nie odsunął się od drzewa, nie próbował cofnąć - ciągle stał w tym samym miejscu, marszcząc brwi zaraz po ich uniesieniu, przestając na moment oddychać. Krótka chwila, która mogła się skończyć tragicznie w skutkach. Kto wie, może oszczędziłbyś wielu ludziom cierpień, gdybyś zdecydował się na ten krok zabicia tego mężczyzny? Może. Pewnie nigdy się tego nie dowiesz.
Zdecydowanie większe wrażenie wywarło na nim to, co powiedziałeś po tym, kiedy się uspokoiłeś - jaka szkoda, że nie mogłeś tego dojrzeć, tego zdziwienia, że opuściłeś akurat spojrzenie, ach! Mężczyzna oderwał nawet ramię od drzewa, przyglądając ci się z nową uwagą. Widzisz, Przyjacielu - rozwiązania siłowe każdy może stosować, nie było to niczym nowym.
Tylko prawdziwy Cesarz potrafi przyznać się do porażki, by uczyć się nie tylko na błędach innych, ale i na swoich.
- Proszę... nie pochylaj głowy. - Spójrz, jak gwałtownie obróciły się role. Nagle nawrót do tryby grzecznościowego, co? - Zaimponowałeś mi, Panie. Nie spotkałem jeszcze osoby, która potrafiłaby spojrzeć porażce w oczy i wyjść do niej z ręką.- Dziwne? Być może spotkał, może kłamał? Może. To wszystko mogło być kłamstwem, zwykłą grą - nawet jeśli było - to chciałeś się jej nauczyć. - I żaden ze mnie Pan. Na imię mi Akihiro, Panie. - Pokłonił się znów głęboko. - Jestem jedynie skromnym podróżnikiem. Zapewniam, że nie miałem żadnych wrogich intencji. - Och, czyżby? Chyba tak. Gdyby mężczyzna chciał zapewne mógłby to pociągnąć o wiele głębiej, o wiele boleśniej, o wiele dalej. To wydawało się dla niego zwykłą pogawędką, którą urządza się przy herbatce. - Proszę więc nie błagać, nie ma takiej potrzeby. Szanuję ludzi, którzy wychodzą naprzeciw swoim słabościom i bardzo chętnie pomogę Panu w walce z... paroma z nich. - Uśmiechnął się znów łagodnie. - Jednak tylko na stopniu przyjacielskim. Jestem za młody i piękny na mistrzowanie. - Przymknął oczy, uśmiechając się pod nosem.


Shijima
 

Re: Kaplica Watatsumi 海神の神社

Postprzez Natsume » 13 lis 2017, o 16:05

Spoiler: pokaż


Teraz, gdy emocje już trochę opadły, Natsume nawet nie bardzo wiedział, dlaczego aż tak łatwo się uniósł gniewem. On, który uważał się za człowieka spokojnego i innego, niż większość jego wyspiarskich pobratymców. Temperamentu jednak nie dało się oszukać. Tkwiła w nim siła, której sam nawet nie bardzo był świadomy, której sam się obawiał. I dopiero teraz, gdy się rozejrzał, zauważył że jego nagły przypływ gniewu przeraził kilku bogu ducha winnych przechodniów. Młodzieniec sarknął cicho, kręcąc głową ze zniesmaczeniem do samego siebie. Naprawdę, znakomity obraz przyszłego władcy teraz sobą prezentował...
Byakko? Raczej nie. Święty biały tygrys nie pozwoliłby na tak bezsensowny pokaz siły i ostrzenie pazurów na kogoś, kto nawet nie zasłużył na jakąkolwiek agresję. Ten człowiek, Akihiro, tylko stał i mówił. Nie zrobił niczego, żeby sprowokować człowieka do ataku. A jednak Natsume dał się zapędzić w kąt i sprowokować.
Nie był Tygrysem. Na pewno nie był Smokiem. Był po prostu człowiekiem. Ułomnym, pełnym porażek i negatywnych cech. Przynajmniej był tego świadom - oznaczało to tyle, że wiedział nad czym pracować.
-Gdyby nie porażki, nie byłbym tu gdzie jestem. Są one lepszym nauczycielem niż zwycięstwa. Niż duma. Najważniejszym jest umieć wyzbyć się dumy i przyjąć naukę do serca. - przymknął oczy, uśmiechając się lekko. - Z tym pierwszym wciąż mam problemy, niestety. Ale z czasem może uda mi się przezwyciężyć i to.
Podniósł się z pozycji siedzącej i zbliżył się do mężczyzny. Po drodze skłonił się przed mnichami, opuszczając też wzrok. Tak zwany żeński ukłon, wyrażający skruchę i szacunek. Wojownik powiedziałby, że wystawiający szyję na atak, lecz to też była część piękna tego gestu. Umiejętność okazania gotowości na przyjęcie kary.
-Błagam o wybaczenie. Nie powinienem był się tak unieść, zwłaszcza w pobliżu kaplicy.
Gdy w końcu stanął obok Akihiro, ukłonił się ponownie, tym razem normalnym ukłonem - z twarzą skierowaną w stronę rozmówcy, patrząc na niego swoimi złotymi oczami.
-Yuki Natsume. Będę zaszczycony, mogąc współpracować... rzecz jasna, na stopniu przyjacielskim - dodał z lekkim uśmiechem.
Avatar użytkownika

Natsume
Mocarz
 
Posty: 1341
Dołączył(a): 11 lut 2015, o 23:22
Wiek postaci: 26
Ranga: Nukenin S
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=199
GG: 6078035
Multikonta: Natsu

Re: Kaplica Watatsumi 海神の神社

Postprzez Shijima » 13 lis 2017, o 19:48

Wyprawa B
If you're gonna play the game, boy, you gotta learn to play it right.
Obrazek
11/∞

Akihiro widział każdą z tych emocji - wiesz, było ci z nimi o wiele bardziej do twarzy, niż z tym lodem, którym się obkuwałeś, żeby... żeby co właściwie? To przecież nie do końca tak, że coś konkretnego chciałeś tym osiągnąć - ta osowiałość po prostu była, spokój bardzo względny, banalny do zerwania jak banalnie dziecko potrafiło złamać zapałkę w rękach, bez najmniejszego wysiłku - inna kwestia kto był tym dzieckiem trzymającym zapałkę. Bo to, że zapałką byłeś Ty, było całkowicie jasne. Szybko zapłonąłeś, zająłeś się jasnym, intensywnym płomieniem, wcześniej sypiąc z siebie iskry, kiedy siarka tarła o ostrą krawędź pudełka i równie szybko zgasłeś. Ostygłeś. Tylko czarny kraniec badyla świadczył o tym, że cokolwiek się tutaj działo - tu, w twoim wnętrzu. Tu - w twojej głowie. Szkoda tylko, że przy okazji tego dziania się w twojej głowie ten mały świat wokół ciebie zakosztował ciepła tego ognia. I tak mężczyzna widział każdą tą emocję, najpierw jak w tobie wzbierają falą, a potem jak opadają i rozbijają się na skałach twojego własnego ja, bo ta burza, chociaż potężna, nawet nie musnęła sylwetki Akihiro - przynajmniej ta mentalna, bo z tą fizyczną, jak wspomniałam, to zupełnie inna bajka. Nie odtrącił cię przez to wahanie. Byłby to szczyt bezczelności - najpierw sprowokował, a potem kazał pocałować się w zadek? Ha! Tylko czy to na pewno on sprowokował?
- Czy gdybyś jednak poniósł porażki tam, gdzie poniesione zostały zwycięstwa, również stałbyś w tym konkretnym punkcie? - Zastanów się, zastanów, zastanów.
To gra, chłopcze i jeśli chcesz w nią grać, musisz grać w nią dobrze.
- Hmm... pewien mądry człowiek powiedział, że najważniejszym jest zdawać sobie sprawę z własnych ułomności. - Łatwo zbłądzić, zapędzić się za daleko. Wszystko dla ludzi, lecz wszystko z umiarem - kiedy gonisz za ideałami bez opamiętania... co ci pozostaje z życia? Herbata w pustym domu? Zwierzęcy towarzysz leżący przy zimnym fortepianie, bez którego to towarzysza pustka stałaby się tam wszechobecnym, pogrążającym gościem? - Wiem, że nic nie wiem. Potem, jak słusznie to ująłeś, pozostaje jedynie ciężka praca i nauka na błędach... i sukcesach. Taki jak ten dzisiejszy. - Nazwij mnie szalonym, ale ja w tobie dzisiejszego dnia widziałam zwycięzcę. I Akihiro też to widział. Stąd takie, a nie inne słowa. Nie zawsze wygraną musi być ta, w której przeciwnik zostaje pokonany. To ciężko zauważyć, wiem, ale spójrz - pokonałeś najcięższego z wrogów.
Samego siebie.
Fakt, był to zupełnie bezsensowny pokaz siły. Wybuch, lecz to już ustaliliśmy, czyż nie? Ustalimy dokładniej kawałek niżej, wedle złotej zasady (Ty, zdaje się, te zasady bardzo lubisz), że każda akcja rodzi swoją reakcję. Efekt domina, który często nie chce się zatrzymać i ciągnie za nami jak smród po gaciach.
Mnichowie spoglądali na ciebie ze strachem. Gdybyś tylko mógł usłyszeć bicie ich serc wiedziałbyś, że uderzają bardzo mocno, walą jakby chciały uciec z żeber, a brak zrozumienia był ich najmniejszym problemem. Największym było to, że widzieli w tobie zagrożenie. Już się nie modlili, chociaż może właśnie w ich umysłach biegła jedna z modlitw, jedna z wielu próśb,by niewidzialne bóstwo ich wysłuchało. Cokolwiek się tam działo - mogłeś się wstydzić, że w ogóle do tego doprowadziłeś.Ty, Niewzruszony! Jeden z mnichów wyprostował się, opierając dłoń na swojej klatce piersiowej na wysokości serca, przypomniał sobie właśnie, że powinien oddychac i uświadomił, że jeszcze nic nie wybuchło, a wszystko wskazywało na to, że do tego wybuchu jeszcze daleka droga. Tak naprawdę w oczach tych mężczyzn nic na to nie wskazywało, wręcz przeciwnie. Należało zachować minimum pozorów, nie żeby mnich jakoś bardzo potrzebował utrzymać niewzruszony wizerunek, spoglądał na ciebie niepewnie, tak samo niepewnie się pochylił, nie opuszczając z ciebie spojrzenia.
Nic dziwnego. Wystarczyło, żebyś na moment zmienił się w dzikie zwierze, a już pojawiały się oceny. Nikt tu nikogo fizycznie nie wytykał palcami, lecz, mój Bracie, zagalopowałeś się o parę kroków za daleko! Zostanie ci wybaczone i zapomniane,
w końcu nikomu krzywda się nie stała. Płakanie nad rozlanym mlekiem nikomu jeszcze nie służyło.
Akihiro nie odpowiedział od razu. Podszedłeś do niego, ukłoniłeś się i spojrzałeś na niego złotymi oczyma, które pięknie współgrały z bladą, mleczną skórą (jaka szkoda, że poczęstowaną tyloma bliznami) i kontrastowały z ciemnymi pasmami włosów. Odezwał się dopiero po chwili.
- Dlaczego uznałeś, że nie wierzę w bogów? - Zapytał w końcu.


Shijima
 

Re: Kaplica Watatsumi 海神の神社

Postprzez Natsume » 13 lis 2017, o 22:50

-Wątpię - odparł na pytanie, czy gdyby los potoczył się inaczej, wciąż skończyłby dokładnie w tym miejscu w którym był, z takimi umiejętnościami jakie posiadał i pozycją, na której się znajdował. Na to pytanie był w stanie odpowiedzieć bez zawahania. - Prawdopodobnie byłbym teraz martwy. A gdybym jakimś cudem przeżył, nie potrafiłbym nawet połowy tego co teraz potrafię i miałbym inny charakter. Zapewne byłbym bardziej butny. Nie potrafiący pogodzić się ze sprzeciwem z czyjejkolwiek strony. - wzruszył ramionami. - Zresztą, kto wie? Nie mnie gdybać. Na pewno wszystko byłoby inne, ale nic więcej nie potrafię powiedzieć.
Na chwilę odwrócił głowę i spojrzał na niebo, wypatrując opadającego śniegu. Dziwne, że w zimie łatwiej odnaleźć słońce niż to piękne zjawisko.
-Doświadczenia z tych porażek nie da się zastąpić. Chociaż wielu rzeczy żałuję, wolę się pogodzić i iść dalej, niż gdybać.
Po przeproszeniu mnichów młodzieniec stanął nieopodal wędrowca, poprawiając pas z przypiętymi doń dwoma mieczami. Tak jak powiedział, tak też planował zrobić. Niepotrzebnie się wściekł, wyciekła z niego chakra. Przestraszył parę osób, przeprosił. Zdarzyło się, cóż zrobić. Teraz po prostu zrozumiał, że musi popracować trochę bardziej nad kontrolą własnych emocji, i nauczyć się odpowiednio zrozumieć samego siebie. Jeśli to nastąpi, następnym razem nie da się tak łatwo wytrącić z równowagi. Kolejna nauczka na przyszłość, może trywialna, ale nawet taka miała szansę przynieść coś dobrego. Zresztą, nigdy nie negował wartości czegoś drobnego, nawet na pierwszy rzut oka bezużytecznego. Nawet mała bombka mogła zawalić mur, mała iskra rozpalić pożar. Małe błędy mogły przynieść duży zysk.
Jeśli się umiało z nimi pogodzić.
Mężczyzna zadał następne pytanie, chcąc dowiedzieć się, czemu Natsume uznał go za kogoś niewierzącego. Młodzieniec podrapał się po potylicy, zastanawiając się nad właściwą odpowiedzią. Chociaż, czy takowa istniała? Po prostu kierował się przeczuciem, co innego można powiedzieć?
-Cóż, powiedziałeś że ludzie, dając datki bogom, marnotrawią pieniądze. A później stwierdziłeś, że ludzie powinni wziąć sprawy w swoje ręce, zamiast prosić o pomoc istoty wyższe. Są to typowe argumenty ludzi bez wiary w istnienie bogów, więc taki wniosek wysnuł się sam.
Avatar użytkownika

Natsume
Mocarz
 
Posty: 1341
Dołączył(a): 11 lut 2015, o 23:22
Wiek postaci: 26
Ranga: Nukenin S
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=199
GG: 6078035
Multikonta: Natsu

Re: Kaplica Watatsumi 海神の神社

Postprzez Shijima » 13 lis 2017, o 23:27

Wyprawa B
If you're gonna play the game, boy, you gotta learn to play it right.
Obrazek
13/∞

- W takim razie czy na pewno porażki są lepszymi nauczycielami od zwycięstw? - Klamerka została domknięta i tym razem bez wydłużania i wielkich ekscesów powrócona po ledwo dwóch zdaniach na swoje miejsce. Nauczycielem dobrym była matka czy ojciec? Ona nauczy cię miłości, delikatności, pokarze piękno świata, On nauczy, jak być mężczyzną, jak przekazywać rodzinie autorytet, jak dbać o tą miłość i delikatność, by chronić je własnym ciałem i duszą. Któregokolwiek z nich było nauczycielem lepszym? Jasne, można powiedzieć bo tak się mówi. Czepiać można się wszystkiego, ale przecież nie na tym życie polega, by wkurzać wszystkim wokół swoim pseudo-wymądrzaniem się. I nie o to też chodziło Akihiro. Pytał z zainteresowaniem, pozwolił, by ta emocja była widoczna zarówno na jego twarzy, jak i subtelnie wyczuwana w głosie. Był ciekaw sposobu rozumowania, twojego sposobu rozumowania - i jednocześnie pokazał ci to, co zrobił w poprzedniej rozmowie, w bardzo łopatologiczny sposób. Tak i był ciekaw, czy wyłapiesz ten niuans. W pewien sposób mogłeś go oskarżyć o to, że cię testuje - od samego początku rozmowy wbijał w ciebie szpileczki, żeby zobaczyć, jak do nich zatańczysz, jak tym razem drygniesz, takie przynajmniej wrażenie odebrałeś, dodatkowo trafił w twój czuły punkt - bo w religię.
- Pozwolisz, że zaryzykuję stwierdzenie... Zamknięty i wyobcowany bardziej niż pogodzony. - Błędy proszę poprawiać na bieżąco! W końcu nie istnieją ludzie nieomylni, a Akihiro pozwalał sobie na polemizowanie na bardzo lekkim gruncie. Przynajmniej dla niego był lekki. Nietrwały, chwiał się, łatwo było się w nim zanurzyć, zapaść, nie należało się tego stanu obawiać. Nie był zły. Mężczyzna mógłby się obawiać co najwyżej tego, że stracisz cierpliwość do tego rozkładania twojej osoby na czynniki pierwsze, chociaż prawie niczego nie powiedziałeś. Aż chciałoby się oskarżyć Akihiro o to, że znał cię jeszcze zanim tutaj przyszedłeś, poznał dokładnie każdą twoją stronę i teraz tylko się zgrywał.
- Masz rację, to typowe argumenty przeciętnych mówców. - Powiedział tak po prostu, tak... wprost. Aż szok, że tak potrafił. Okazuje się, że plątanie wszystkiego nie było jego manierą - było po prostu cenną umiejętnością, którą bawił się jak chciał - i robił słowami z umysłami ludzi wokół dokładnie to, czego chciał. Przerażająca moc, która nie kosztowała żadnej energii. Zazwyczaj takimi osobami można się było tylko brzydzić, nie uważasz? Wszyscy polityce, zdradzieckie szuje, manipulanci i oszuści - zbyt wielu takich było, a każdy jawił się negatywnym obliczem - przynajmniej... sporo ich było,
bo przecież nie każdy był stricte zły, przekreślony z samego faktu bycia politykiem. Sam poznałeś kilku wartościowych ludzi,
którzy w tym siedzieli. - Popełniłeś błąd, zakładając od razu, że jestem przeciętnym mówcą. Byłeś przegrany już na starcie. - Od pierwszego kroczku, kawałek po kawałku - tutaj zaczynała się cała magia, cały czar, który na ciebie narzucił. - Drugim błędem było okazanie słabości względem tego tematu. Nawet jeśli udawałeś obojętnego - słowa cię zdradziły. Były atakiem. Tylko że ten atak wręczył mi do dłoni twój miecz, a ciebie zostawił bezbronnego. - Wiedziałeś to, prawda? Czułeś to. Błąd nie został popełniony w środku - on musiał istnieć już gdzieś na początku. Gdzieś tam został postawiony fałszywy krok. - Złapałem go więc i zrobiłem z niego użytek. - I to jak przerażająco trafny! - To ciągle taka sama walka, panują tu takie same zasady jak na polu bitwy. Czytasz z każdego ruchu przeciwnika, każdego napięcia mięśni, każdego dźwięku i najmniejszego drgnięcia zmarszczki mimicznej i błysku w oczach. Obchodzisz przeciwnika z każdej strony i nakłaniasz, by się zaprezentował. Im więcej ci pokarze, tym więcej broni ci wręczy. Wiele osób lubi mówić, że wszystko tutaj jest kwestią umiejętności, a ja na przekór lubię powiedzieć, że sporo w tym łutu szczęścia. Tylko że szczęściu w życiu trzeba pomagać. Przychodząc tutaj i widząc osobę modlącą się do boga wiedziałem, że osoba ta nie może być niewierząca - i prawdopodobnie ukłucie w punkt wiary będzie trafne. - Kiedy tak się tego słuchało, rozłożonego na czynniki pierwsze, wydawało się to banalnie proste, czyż nie? Tak zatrważająco oczywiste... że to aż szok, że na coś takiego da się złapać.


Shijima
 

Następna strona

Powrót do Hanamura

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron