Rynek

Re: Rynek

Postprzez Miwako » 20 lis 2018, o 15:08

Stając się głową ryjówkowego stada Miwako przyjęła na siebie obowiązki, z których pierwszym i najważniejszym było wykarmienie czterdziestki czworonożnych nicponi. Babcia owszem, zgodziła się na nowych lokatorów, jednak to kunoichi musiała wziąć za nie odpowiedzialność - domowa spiżarnia nie została dla nich otwarta, a jedzenie kosztowało. Nie chcąc naruszać oszczędności na wyposażenie ninja dziewczyna zmuszona była do podjęcia się jakiejś odpłatnej pracy, nawet jeśli na dworze było zimno, ona natomiast wcale nie należała do asów jeśli idzie o sztukę shinobi. No ale jeśli planowała opuścić osadę - a wkrótce zapowiadało się na festiwal w Seiyamie - musiała po prostu zadbać o zgromadzenie dla ryjówek odpowiedniej ilości zapasów. Bez tego babcia nie pozwoli jej wyjechać, to zaś było absolutnie nie do przyjęcia.
Tak więc Miwako znalazła się na rynku Nawabari, rozglądając się za jakąś pracą dorywczą. Po cichu liczyła na to, że Hotaru będzie mieć dla niej jakieś zadanie, namiot wróżbitki stał jednak pusty. Nie można jej winić, mrozy nie zachęcały do wyściubiania nosa z cieplutkich mieszkań. Jasnowłosa radziła sobie jak mogła, ciepłą odzieżą i szalikiem, choć jako shinobi wykształciła sobie jako taką wytrzymałość i nie była podatna na ujemne temperatury tak jak większość mieszkańców. Nie to, żeby całkiem nie czuła chłodu, ale ciepłe kimono i szalik wystarczyły, by spacerowanie po uliczkach nie było dla niej nieprzyjemne.
- Witajcie. Jak się macie? - zagadnęła do dwóch ptaków, które przelatując ponad placem zatrzymały się i zawisły przy dziewczynce, machając skrzydłami.
Dziewczyna sięgnęła do torby za pasem i z leżącej tam bułki oderwała dwie szczypty, które to po chwili podała zwierzętom. Zadowolone podziękowały, przyjęły poczęstunek i pofrunęły dalej, zostawiając kunoichi z uszczuplonym nieco drugim śniadaniem. Wytarła dłonie w chusteczkę i kontynuowała swój spacer, zdecydowana kręcić się dookoła aż dostrzeże kogoś w potrzebie lub po prostu zrobi się ciemno.
Obrazek
Avatar użytkownika

Miwako
 
Posty: 160
Dołączył(a): 15 paź 2018, o 18:20
Wiek postaci: 14
Ranga: Doko
Link do KP: viewtopic.php?f=32&t=6501
Multikonta: Suzu

Re: Rynek

Postprzez Kaze Tetsu » 20 lis 2018, o 21:39

Obrazek

Spoiler: pokaż

Czy wiesz, co mówi... ?
[Miwako- misja rangi D]
1


Rynek. Miejsce zgromadzeń tłumów i wiecznego pośpiechu. Pomiędzy poszczególnymi miastami różnią się głównie wielkością i dostępnymi towaru. Wszędzie zabiegana rzeka ludzi, którzy suną zabsorbowani swoimi codziennymi sprawami. I tym, żeby jak najszybciej uciec z zewnątrz. Pogoda nie sprzyja wszak spacerkom po mieście, nie o tej porze roku. Czasem tak bardzo, że nie zwracają uwagi na nic w około. A może nie chcą zwracać uwagi? Znacznie wygodniej jest odwrócić się od zapłakanej dziewczynki, która nagabuje przechodniów mówiąc niewyraźnie przez łzy. Owa dziewczynka podbiegła do Ciebie. Miała nieco ubrudzone ubranie, twarz napuchniętą od płaczu, oraz łzy rozmazane na policzkach. Złapała Cię za rękaw i pochlipując zapytała.
- Przepraszam. Nie widziałaś może Pana Sabi? - ledwo dało się zrozumieć jej słowa, które tonęły w potoku wylewanych łez.

A co ty zrobisz? Pozwolisz by poniósł Cię nurt ludzi? Czy raczej wprost przeciwnie, staniesz niepokornie naprzeciw wszystkim? Dziewczynka czekała na Twoją reakcję. Tłum zaś nie czekał na nic, wymijając was obie łukiem, tak jakby ktoś postawił wokół niewidzialną barierę. Ot kolejna przeszkoda na jego drodze. I tak jak to bywa, rzeka po prostu opłynęła ją po bokach.
Avatar użytkownika

Kaze Tetsu
 
Posty: 151
Dołączył(a): 27 maja 2018, o 16:07
Wiek postaci: 17
Ranga: Dōkō
Krótki wygląd: Czarne, sterczące włosy, dobrze zbudowany, całkiem wysoki. Heterochromia oczu, jedno białe, jedno czarne Ubrany w czarny płaszcz.
Widoczny ekwipunek: Płaszcz, torba, rękawiczki bez placów, dwie kabury na broń na udach.
Link do KP: viewtopic.php?f=32&t=5614&p=86122#p86122

Re: Rynek

Postprzez Miwako » 20 lis 2018, o 22:24

Tłumy nie przeszkadzały Miwako, nawet jeśli zdecydowanie bardziej wolała relaksujące chwile z czarką herbaty w dłoniach, gdzieś na uboczu. Przyjemnie było dać się pochłonąć masie, stać się częścią czegoś większego, gdzie nikt nie jest indywidualnością ani nie wyróżnia się w żaden sposób. Kunoichi bardzo lubiła to uczucie bycia zwyczajną, nawet jeśli w każdej chwili mogło prysnąć. Co złego jest w maskach, które pozwalają nam stać się kimś lepszymi, niż faktycznie jesteśmy? Po co je zdejmować, skoro udawane piękno daje tyle samo dobrych rzeczy, co naturalne, zaś odsłonięta brzydota... jest po prostu brzydotą.
- Nie znam pana Sabi - odpowiedziała Miwako bez mrugnięcia okiem, nieprzejęta zupełnie łzami dziewczynki.
Z drugiej strony jednak uważała, że ktoś dorosły powinien zainteresować się zgubionym dzieckiem. Jasnowłosa przyjrzała się jej odzieniu i policzkom by ocenić, czy mała odziana jest dostatecznie ciepło, choć wolałaby brudaskowi nie użyczać własnego odzienia. Miwako bardzo dbała o swoje stroje, taka prawda. Brudne dziecko mogło mieć nawet niechcianych lokatorów we włosach, kunoichi na samą myśl miała ochotę wyszarpnąć rękaw i odsunąć się ze dwa metry. Nie ruszyła się jedank, a widząc, że nikt się dzieckiem nie interesuje, westchnęła ciężko i podała jej chusteczkę wyciągniętą zza pasa. Śnieżnobiała, miękka, obszyta złotą niteczką. Oddana na zmarnowanie, bo wolała nie dostawać jej z powrotem.
- Kim jest pan Sabi? Jeśli wiesz gdzie mieszka albo czym się zajmuje, mogę ci pomóc go odnaleźć - zdecydowała, choć wcale nie miała na to ochoty.
Była jednak osobą, która potrafiła się poświęcić i zrobić coś wbrew sobie, jeśli to pozwoli jej uchodzić za lepszą, niż faktycznie była. Dobra reputacja to podstawa, tak mówiła mama. Niech babcia będzie dumna gdy sąsiadki przyjdą na ploteczki i wspomną, jaka to jej wnusia jest zaradna i pomocna. Wzorowa obywatelka, o! Pompując swoje ego Miwako czekała na jakąś odpowiedź ze strony smarkuli, najlepiej taką z możliwie dużą ilością dobrych informacji. Skoro i tak kręciła się po Nawabari, mogła też i pomóc, a przy odrobinie szczęścia jeszcze się to zwróci.
Obrazek
Avatar użytkownika

Miwako
 
Posty: 160
Dołączył(a): 15 paź 2018, o 18:20
Wiek postaci: 14
Ranga: Doko
Link do KP: viewtopic.php?f=32&t=6501
Multikonta: Suzu

Re: Rynek

Postprzez Kaze Tetsu » 25 lis 2018, o 10:44

Obrazek

Spoiler: pokaż

Czy wiesz, co mówi... ?
[Miwako- misja rangi D]
3


Dziewczynka bez zastanowienia wzięła chusteczkę i otarła zasmarkaną i zapłakaną buzię, po czym wystawiła rękę z chusteczką w Twoją stronę. Widząc tylko wyraz szczerego wzburzenia schowała brudny kawałek materiału do kieszeni w jej płaszczyku. Całkiem solidny, chociaż nic szczególnego w nim nie było. Całe jej odzienie było dość praktyczne, tak to najlepsze słowo do jego opisania. Wykonane całkiem nieźle, ciepłe jednocześnie wyglądające zupełnie zwykle. Sześciolatka, bo na tyle wyglądało dziecko, wyraźnie ucieszyła się gdy zaczepiona osoba wyraziła chociaż chęć pomocy. Zaczęła podskakiwać w miejscu i cieszyć się, po czym z jej ust wyleciała prawdziwa salwa opisów.
- Pan Sabi? On zajmuje się głównie polowaniem. I dotrzymuje mi towarzystwa. I ma takie ładne wąsy. I piękne włosy w kolorze rdzy.
Dziewczynka wpatrywała się w Ciebie wielkimi oczyma pełnymi nadziei. Nikt nie zwracał na was większej uwagi. Rzeka ludzi dalej was mijała, płynąć w swoją stronę.
Avatar użytkownika

Kaze Tetsu
 
Posty: 151
Dołączył(a): 27 maja 2018, o 16:07
Wiek postaci: 17
Ranga: Dōkō
Krótki wygląd: Czarne, sterczące włosy, dobrze zbudowany, całkiem wysoki. Heterochromia oczu, jedno białe, jedno czarne Ubrany w czarny płaszcz.
Widoczny ekwipunek: Płaszcz, torba, rękawiczki bez placów, dwie kabury na broń na udach.
Link do KP: viewtopic.php?f=32&t=5614&p=86122#p86122

Re: Rynek

Postprzez Miwako » 25 lis 2018, o 14:57

Oczywiście. Miwako zdawała sobie sprawę, że chustkę przeznacza na zmarnowanie, ale widok ten i tak dość mocno ją zniesmaczył. Kiedy szczeniara wyciągnęła umazany smarkami materiał w stronę Miwako, żaden mięsień nie drgnął na twarzy blondynki, w środku jednak zadrżała cała. Nie, żeby sama nigdy nie miała kataru, z wyższością jednak pomyślała, że nie zdarzyło jej się doprowadzić sytuacji aż do takiego stanu. Oczywiście w tym wieku zawsze miała obok siebie rodziców albo służącą Kyoro, na to jednak przymykała oczy.
- Zatrzymaj, może się jeszcze przydać - poradziła uprzejmym tonem, jakby chodziło jej tylko i wyłącznie o dobro zapłakanej dziewuszki.
Wspomniała kartę, którą tego ranka wyciągnęła ze swojej talii, Królowa Mieczy nie powiedziała jej jednak zbyt wiele na temat tego, co może na nią czekać, z pewnością jednak dotyczyło kobiety. Mogło chodzić o młodą kobietę? Taką... bardzo młodziutką? Przyjrzała się małolacie, z ulgą odnotowując, że nie trzeba jej dodatkowo otulać własnym odzieniem. Z drugiej strony nie było co szukać raczej domostwa czy miejsca pracy tego całego pana Sabi, skoro prawdopodobnie byli po prostu na spacerze, a dziewczątko zwyczajnie się zgubiło. Najlepszym wyjściem było stanąć w najbardziej widocznej części rynku, dobrze też brzmiało podpytanie strażników, czy przypadkiem nikt nie szuka zguby.
- Nazywam się Miwako. Pomogę ci, ale musisz przestać płakać. Wyczyść sobie buzię, a ja ci pokażę sztuczkę. Zobacz - dłonie złożyła kolejno do trzech pieczęci, Pies, Świnia i Baran, po czym puffnęło i otulona została chmurką dymu.
Nie była pewna, czy zadziała, rzadko miała okazję korzystać z ninjutsu. Kunoichi to z niej była bardziej z tytułu niż zdolności, a jeszcze dwa lata temu nie miała pojęcia, co to jest chakra ani jak z niej korzystać. Nie wychowano ją do bycia shinobi. Uczyła się jednak pilnie i dlatego dziewczynka zobaczyła przed sobą nie Miwako, lecz chłopca o niebieskich włosach i złotych oczach. Jego twarz była jednak tak samo obojętna jak blondynki, był też niewiele tylko od niej wyższy.
- To wciąż ja, ale możesz do mnie mówić onii-san, dopóki nie skończymy. Wskakuj na barana, to będzie twoja misja. Rozglądanie się za panem Sabi - wyjaśniła, przykucając przed dziewczynką tak, by ta wdrapała się na jej przemienione techniką plecy - I daj mi znać, jeśli zobaczysz jakiegoś strażnika. Strażnicy też się przydadzą - wyjaśniła spokojnie chłopięcymi ustami.
Właściwie nie musiała zmieniać postaci, w żaden sposób nie przybliżało ich to do odnalezienia pana Sabi. Miwako jednak nie chciała być widziana w takich okolicznościach. Panienka powinna być drobna i słaba, niestety blondynka jeszcze nie okręciła sobie wokół palca nikogo, kto by nosił ciężary za nią. Przybranie innego wizerunku wydawało jej się w tej sytuacji najlepszym wyjściem.

Ukryty tekst. Treść widoczna tylko dla wybranych osób.
Obrazek
Avatar użytkownika

Miwako
 
Posty: 160
Dołączył(a): 15 paź 2018, o 18:20
Wiek postaci: 14
Ranga: Doko
Link do KP: viewtopic.php?f=32&t=6501
Multikonta: Suzu

Re: Rynek

Postprzez Ichirou » 1 gru 2018, o 17:50

Wyprawa rangi C
Shikarui
1/x


Nawet jeśli pies po paru latach został spuszczony ze smyczy, to i tak ciągnęło go do starej budy, co?
Ile czas minęło od jego ostatniej wizyty w Nawabari? Czy coś w wiosce od tego czasu zdążyło się zmienić? Czy te zmiany faktycznie dotyczyły samej osady, czy wynikały z tego, że lawendowe oczy teraz zupełnie inaczej patrzyły na świat?
Okolica nie doznała żadnej wizualnej metamorfozy. Układ Nawabari pozostał praktycznie taki sam. Ot, przybyło pewnie kilka budynków, niektóre zostały odremontowane, a jeszcze inne nadgryzł ząb czasu. Społeczność też nie uległa zmianie, z poprawką rzecz jasna na naturalny rytm narodzin i śmierci. Fakt, Jūgo zostali zdziesiątkowani, ale przynajmniej tyle, że konflikt z Uchihami dobrnął już kresu. Całe szczęście, że ostatnia wojna w Karmazynowych Szczytach ominęła ten region.
Ludzie szybko zapominali o starych zabaweczkach i podobnie było z Shikaruiem, choć ten mógł znacznie lepiej pamiętać swoje dawne wizyty w tej osadzie. Z pewnością gdzieś tu wciąż znajdowało się przynajmniej kilka osób, które wykupiło młodzieńca na tymczasowy użytek, ale na ten moment Sanada mógł czuć się względnie anonimowy.
Mógł próbować odciąć się od nieprzyjemnej przeszłości, zerwać kontakty ze swymi bliskimi w najbardziej brutalny sposób, ale krew była krwią, a jej więzy były nierozerwalne.
Nawet jeśli uciekał przed swoją przeszłością, to ta i tak go w końcu dogoniła.
Czy przechadzał się akurat jedną z uliczek, przystanął przy jakimś obiekcie, czy może przycupnął gdzieś na boku - nie ważne. I tak w którymś momencie poczuł dyskomfort, który nie był tylko wynikiem skrajnego przewrażliwienia, lecz spojrzeń, które były wlepione w jego plecy zbyt długo niż powinny.
Dwóch gapiów stało kilkanaście metrów i namiętnie omawiało półszeptem jakieś sprawy. Zapewne nawet i bez tego prędzej lub później czarnowłosy shinobi skorzystałby ze swoich zdolności, by upewnić się co do otoczenia. Mając więc czyiś wzrok na plecach, uczynił to po prostu prędzej.
Mężczyźni mieli około trzydziestu lat, aparycją i strojem wpisywali się w absolutną przeciętność tutejszej społeczności. O ile Shikarui nie odwrócił się do nich i nie spojrzał na nich bezpośrednio, kontynuowali swe gapiostwo i toczyli dalej cichą rozmowę.
- ...te, no mówię, że to on, tylko mu tego łańcucha brakuje - szepnął jeden z nich.
- Że niby te popychadło? A bo ja wiem, ze dwa razy go widziałem jak go ten gość przez ulicę prowadził. Chłopie, kiedy to było... Pewien jesteś? Co by tu robił?
- A bo ja wiem, ale z miesiąc temu słyszałem, jak ktoś pytał o niego w Doki.
- Jak to ten dzieciak, to wolę się nie wtrącać. Cholera wie, co odpitoli, skoro zerwał ze smyczy.
- Tiaaaa...
Zaraz po tej wymianie słów odwrócili się i ruszyli dalej ulicą, zmieniając przy tym rozmowę na jakiś inny, bardziej prozaiczny temat.
Avatar użytkownika

Ichirou
Mister Zimy
 
Posty: 3108
Dołączył(a): 18 kwi 2015, o 18:25
Lokalizacja: Atsui
Wiek postaci: 29
Ranga: Kogō
Krótki wygląd: Chodzące piękno.
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=320

Re: Rynek

Postprzez Shikarui » 1 gru 2018, o 19:04

Jego Przyszłość i Przeszłość miały twarz niewinnej dziewczyny, która spędzała całe długie dni nad książkami, pochłonięta czytaniem ich do tego stopnia, w której nie dostrzegała świata. Jej niewinne, wielkie, błękitne oczy były błękitem obłoków, czyste i całkowicie klarowne. I nikt tak naprawdę nie wiedział, co siedziało w jej głowie. Ten sam, stary stołek, ten sam pokój, do którego wpadało mętne światło przez zakurzone szyby, te same stosy, tylko z dnia na dzień przekładane, kiedy sięgała po lektury, ale gdzie i kiedy - nie wiedział nikt. Jej bezruch był już uświęcony. Jej spokój był sakramentem. I jeśli Ona była jego Śmiercią, on był wabionym przez nią Wiatrem. Nie można było jej pokochać, przecież była Nieobecna. Nie można było jej nawet pokochać, przecież zupełnie porzucała. Jeśli była środkiem kręgosłupa nie dało się jej też znienawidzić i nie można było jej wyrwać - tak jak raka, który wżera się w komórki i rozrasta coraz bardziej i bardziej… Taka była jej moc, jej wola i jej prawo - brała dokładnie to, czego chciała i potrzebowała. Trzymała przy swoim boku słoik i wabiła go raz po raz, a on nie miał innego wyjścia, jak do niej przyjść. W ten sposób zapełniała jego dnie, a dni zamieniła w całe lata. Zamykała wtedy wieko, kiedy już prześlizgnął się przez jej palce i kazała czytać razem ze sobą - w zupełnym bezruchu. Spoglądać na swoje życie z boku, a nie na wprost. Więziła. Był jej więźniem i choć nie mógł jej kochać - kochał ją. Padał przecież do jej kolan, bo uwielbiał błękit jej oczu, falowane włosy i dołeczki na policzkach, kiedy się uśmiechała i gdy strzelała focha. I chociaż nie mógł jej nienawidzić - nienawidził ją. Szalał przecież, aż w końcu rozbił słoik. Nie wiem, może to było w okolicach października? W jedną z tych jesiennych nocy, które dłużyły się i rozciągały, bo słońce nigdy nie miało zawitać na firmamencie. Chowało się za chmurami, by nie podglądać, by nie oglądać. Brzdęknął wściekle metal o podłogę tego wieka, które tak lubiła za nim zamykać, ale nie było krwi na podłodze - była tylko ta na jego rękach. To nie ona zbierała odłamki szkła, które rozbił - to on sprzątał po tym, co zrobił. Układał pozrzucane księgi, zbierał te kartki, które wyrwał z jej lektur. A ona? Ona wtedy siała mak. Rzucała na wiatr drobne, czerwone płatki, które przypadać powinny na maj, a wśród których z drobnych nasion wyrosnąć miało całe czerwone pole. Kwiaty, które wypiją rozlaną krew nigdy nie będą pachnieć już tak samo, wiedziałeś o tym? Ach… może to już rzeczywiście była wiosna, skoro dał się jej ukoić, niosąc jej wolę, jej głos i jej włosy? Zostawiając ją samą w tym pokoiku, uważając, że wolność to to, co zawsze mu się należało.
Więc co tutaj robił?
Przecież kręgosłupa nie dało się wyrwać. Więc i on nie wyrwał Jej. Tak samo jak nie w geście ludzkim było walczenie z przeznaczeniem. Więc oto i było jego przeznaczenie - pusty pokój po Niej i zapomniane, zakurzone książki. Chyba spodziewał się ją tutaj spotkać. W miejscu, gdzie wskazywała mu kierunek, gdzie jej gesty kolibały nim tak jak wiatr przesuwał liśćmi zdartymi siłą z koron drzew. Teraz droga była niepewna. Udeptane trakty nie były tak samo twarde, budynki tak samo pewne, ludzkie twarze nie wyglądały tak samo. I wiesz, moja Śmierci? Poza tym rzeczywiście nic się tutaj nie zmieniło.
Chyba nie tak wyobrażał sobie tę wizytę w Mieście Duchów. Nie było żadnego ducha, choć przecież poznał tu Śmierć na pamięć - byli żywi, były nowe budynki, były uśmiechy i zupełny spokój mieszkańców, spośród których nie dało się odróżnić ninja od przeciętnych mieszkańców. Osłonięty czarnym materiałem ubrań, które chroniły przed chłodem, taki anonimowy, taki… żaden. Obcy w mieście. To nie powitań i nie wytykań palcami się spodziewał, było dokładnie tak, jak myślał, że będzie - przynajmniej w kwestii tego, że nikt się jego osobą nie przejmie. Nie spodziewał się również zastać popiołów - przecież trzy lata to nie było tak wiele, więc… skąd to wewnętrzne, podświadome uczucie, że czegoś tu brakuje? No dalej, Śmierci, gdzie jesteś? Cisza i spokój, tylko pusty pokój. Jakiś błąd w obsadzie wdarł się do tego scenariusza i sprawiał, że każdy krok był ostrożniejszy. Paradoksalnie! Przecież ci, którzy pozbyli się towarzystwa Śmierci powinni być radośniejsi! Tylko jak? Ona była centrum niepokoju i zdrady. Ona też była tą, która przyniosła ukojenie.
I widzisz, Przyjacielu, takim sposobem rozumiało się, że ze światem było wszystko w porządku - tylko ludzie jakieś kurwy…
Odbijające się domostwa i ulice Nawabari w lawendowej tarczy oczu przynosiły ze sobą wspomnienia i obrazy tego, co już minęło - i nie napełniały go trwogą ni gniewem. Coś rozpraszało wnętrzne i kłębiło cień w głębi niego samego, ale spokój był całkowicie realny. Spokojne były też oczy, które zalała czerwień, kiedy poczucie bycia obserwowanym było zbyt silne, żeby je zignorować i dać się zapomnieć. Rozluźnienie, którego doświadczył przy Asace, zniknęło wraz z postawieniem pierwszego kroku w stronę Nawabari - nie dopiero po przekroczeniu jego granic. Teraz czujność stała na czubkach palców i skradała się kątami, gotowa wrzeszczeć jak banshee wyciągnęta z zatopionego grobowca. Na razie tylko delikatnie kuła. Wciskała igiełkę w kark - tak grały struny czujności. I w końcu sprawiły, że obrócił spojrzenie w stronę nieznajomych. Czy znajomych?
Pierwsze pęknięcie pojawiło się na słoiku obrośniętym makami, które miały wiatr łagodzić.
Nienawidził, kiedy ktoś wgapiał się w niego. Nienawidził, kiedy ktoś go obserwował. Tutaj nie było czego lubić. Tu można było tylko nienawidzić. Wszystkie komórki jego ciała stanęły na baczność. Ktoś pytał? Kto? KTO?! Omiótł wzrokiem otoczenie, nader szybko, i od razu pozbył się szkarłatu zalewającego tęczówki. Paskudny robal tłoczący jego wnętrze poruszył się u podstawy żołądka, jeżył włos na karku. Nawet małe kotki walczyły przyparte do ściany - a on właśnie poczuł się jak tygrys, którego tropią łowczy. Nawet jeśli miał silne łapy i potrafił stąpać cicho - łowca był łowcą, znał swoje sposoby, miał swoje psy gończe. Nie było silnego ponad silnych, kiedy ci na szczycie łańcucha pokarmowego ruszali w pogoń.
Założył kaptur na głowę i ruszył szybszym krokiem przez ulicę. Przebywanie tutaj dłużej mijało się z celem. Musiał namierzyć tablicę ogłoszeniową, upewnić się, że jego twarz nie wisi w rubryce poszukiwanych, potem odwiedzi starowinkę i tyle go widzieli. Albo i nie widzieli.
Obrazek

Sweet thing, lay down
Let me show you cold dirt, this ground, this life, it haunts you.
Avatar użytkownika

Shikarui
 
Posty: 1763
Dołączył(a): 6 lut 2018, o 18:25
Wiek postaci: 22
Ranga: Wyrzutek A | Lotka
Krótki wygląd: -Czarne, dłuższe włosy
-Lawendowe, jasne oczy
-Średniego wzrostu
Widoczny ekwipunek: Łuk, kołczan ze strzałami, płaszcz, torba na tyłku, kabura na prawym udzie, wakizashi przy lewym boku i za plecami na poziomie pasa, średni zwój, mały zwój przy kaburze,
Link do KP: viewtopic.php?p=73144#p73144
GG/Discord: Angel Sanada#9776
Multikonta: Koala

Re: Rynek

Postprzez Ichirou » 2 gru 2018, o 00:39

Wyprawa rangi C
Shikarui
3/x


Och, zdziwiony? Wydawałoby się, że jest niewidzialny. Że krew jego rodziny już dawno wsiąknęłą w glebę i zniknął po niej ślad. Że on sam rozpłynął się w powietrzu, odszedł w zapomnienie, przestał istnieć właściwie dla wszystkich, skoro i tak wcześniej dla innych był po prostu nikim.
Może więc to była po prostu pomyłka. To byłoby najłatwiejsze i zarazem najlepsze wyjaśnienie. Tylko czy przewinęło się przez tą wioskę wiele czarnowłosych popychadeł? Ile z nich zapadało w pamięć na tyle, by później skojarzyć ich wygląd na ulicy?
Shikarui nie zamierzał kreować wokół siebie sztucznej strefy komfortu i snuć wytłumaczeń, które uspokajały ducha. Był zbyt wyczulony na punkcie swojej osoby, a raczej zbyt przezorny, by zignorować nawet małe ryzyko. Postanowił więc sprawdzić tablicę ogłoszeń,znajdująca się tuż obok ryokanu Doko.

Mógł odnieść wrażenie, że właśnie ma kontakt pierwszego stopnia z czarną magią. Treści przedstawione na tablicy były bowiem z jego perspektywy niesamowicie enigmatyczne. Wiedział, że to właśnie tutaj wywieszane jest wiele mniej lub bardziej istotnych informacji. Ba, widział te komunikaty, ale co z tego, skoro nie potrafił ich za nic zrozumieć. Mógł właśnie spoglądać swoimi smutnymi ślepiami na informację, że za jego głowę wystawiono nagrodę miliona Ryo, albo że w wiosce panuje teraz cholera i w związku z tym należy podjąć odpowiednie środki ostrożności. Tak czy inaczej, cokolwiek tam było, pozostawało dla niego tajemnicą. Jego odbiór przekazu utrwalanego na piśmie był ograniczony do poziomu nierozgarniętego dzieciaka - sprowadzał się jedynie do obrazków. A co tak właściwie mógł ujrzeć narysowanego na wystawionych tam ogłoszeniach? Jakieś cycki, które dorysował dowcipny nastolatek? Owszem. Jego podobiznę? Niee, jej tam nie było.
Były za to dwa wilki wrysowane w okręgu na podobieństwo znaku ying-yang. Wprawdzie rysunek nie był wykonany przez profesjonalistę, jednak zawierał na tyle szczegółów i detali, by czarnowłosy młodzieniec miał pewność, co reprezentuje. Ród Sanda.
Najwyraźniej zostało po nich coś więcej niż wsiąknięta w glebę krew.
Na kartce z symbolem rodziny nie znajdowało się nic więcej. Żadnych tajemniczych liter lub innych wskazówek. Sam papier był już lekko podniszczony przez warunki atmosferyczne. Choć tablica miała swój nieduży, drewniany daszek celem ochrony znajdujących się pod nim ogłoszeń, to i tak przy tutejszych wiatrach nie sposób można było uniknąć zacinającego pod kątem deszczu lub śniegu. Karteczka była więc bardzo nietrwała, rozsypywała się podczas gniecenia między palcami. Ile mogła tu wisieć? Z pewnością minimum kilka dni, może tydzień, dwa. Może więcej - Shikarui nie był przecież specjalistą w tej dziedzinie, by dokonać dokładnej oceny.
Avatar użytkownika

Ichirou
Mister Zimy
 
Posty: 3108
Dołączył(a): 18 kwi 2015, o 18:25
Lokalizacja: Atsui
Wiek postaci: 29
Ranga: Kogō
Krótki wygląd: Chodzące piękno.
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=320

Re: Rynek

Postprzez Shikarui » 2 gru 2018, o 02:00

Minęły trzy lata, odkąd był tutaj ostatni raz. Trzy? Więcej? To już chyba ze cztery. Czy mógł mówić, że cokolwiek się zmieniło od tego czasu? Bo to miejsce nie zmieniło się wcale. On to jednak inna sprawa. Przestał być skórą naciągniętą na kości, przestał przytykać nos do ziemi, bojąc się unieść wzrok w okolice kolan, podczas gdy tak bardzo chciał spoglądać w niebo. Tacy jak on musieli trzymać głowę nisko, inaczej za szybko mogli ją stracić. Mimo to, kołysany przez Historię w ramionach, co była mu jak Morfeusz, pozwalając prześnić każdy kolejny tydzień i każdy kolejny rok, nie bardzo mógł odnaleźć zmiany, które byłyby w jakikolwiek sposób satysfakcjonujące. Widział je, zanim przekroczył bramy miasta, a teraz? Teraz podmuch zimy strącił z niego jakiekolwiek ich resztki razem z peleryną niewidzialności, w którą chciał się przystroić. Dowiedzenie się o tym, że w pokoju, w którym, jak ci się wydawało, wyłączyłeś światło, pozamykałeś wszystkie drzwi, a okna dawno tutaj zabito, jesteś całkowicie widzialny, bo ktoś rzucił w ciebie promieniem słońca, który nie pozwalał się skryć, było mocnym uderzeniem w rzeczywistość, której nie mogłeś kontrolować. Heh, jakbyś kiedykolwiek mógł. To ta Śmierć, która zawsze się bawiła jego kosztem. To nic, to nic. Czasem dobrze wiedzieć, że wszystko tu było po staremu. Nie zmieniło się miasto, nie zmienili się też ludzi. On również miał nie ulegać żadnym zmianom.
Przesuwał oczami po kolejnych literkach, cyfrach, znakach, jakichś symbolach, które maźnięto tłustym atramentem to tu, to tam. Mógł tylko udawać, że czytał - i tak to wyglądało. Wszystkie były tak samo tajemnicze na swój sposób, ale czarna magia, jak wszystko, co zakazane - przyciągało do siebie jak nic innego. Potrafił poświęcać długi czas na wpatrywanie się w napisy, których nie był w stanie rozczytać, czasem był w stanie rozpoznać pojedyncze znaki, które zupełnie niczego nie zmieniały, bo i tak nie był w stanie rozszyfrować reszty. Domyślić się całości? Nie, akurat błyskotliwość nie należała do jego najmocniejszych stron. Ani pomysłowość. Snuły się więc przed nim informacje i historie, które można było złapać w dłonie i zlepić z nich całkiem ładnego bałwana, albo tory kolejowe, na których można będzie klęknąć i liczyć na to, że zaraz znajdzie się chociaż kawałek bliżej Boga. Każda z nich miała swoje własne przesłanie, choć - ponoć większość była po prostu pusta. Bo jej zgubił się kot, a tamten potrzebował pomocy przy przeprowadzce. Nikt tu nie napiszę: daj mi po prostu umrzeć. Przede wszystkim: nic z tego nie miało znaczenia, kiedy dwa wilki wyruszały na żer - jeden po to, by pożreć światło, ciągnąc za sobą ciemność, drugi po to, by pożreć ciemność - a ciągnął za sobą światło.
Sanada sięgnął do symbolu i zerwał go jednym szarpnięciem, uważając, by papier nie rozmiękł mu się w palcach. Nie chciał, by nie było po nim czego zbierać. Tamte historie nie należały do niego, ta? - niemal, jakby był głównym bohaterem swojej opowieści, ale wiedział aż za dobrze - był ledwo krótkim epitetem, który wpisywano między znaki do ksiąg o prawdziwych bohaterach. Ta przeźroczystość, która już na samym starcie, została mu tu wytknięta - zdaje się, że musiał przestać jej ufać. Przecież dlatego palce mocniej zacisnęły się na zamalowanym świstku, a szczęki mocniej zacisnęły. Pierdolony symbol, koszmar śniony na jawie przez tyle lat, który gonił za nim, prześladował go tak, jakby ktoś wypalił mu go na wewnętrznej stronie powiek. Teraz przynajmniej nie bolał już tak, jak kiedyś. Jak się masz, tato? Wszystko dobrze? Mam nadzieję, że po drugiej stronie odnalazłeś pokój przy boku matki. Przecież te słowa nigdy nie mogły paść z jego wąskich warg.
Otworzył drzwi do karczmy, wchodząc do środka. Przyjemnie ciepłe powietrze zachęcało do odetchnięcia. Zdrowo wymalowane rumieńce na jego policzkach niemal zapiekły, kiedy temperatura uległa gwałtownemu wzrostowi. Te same krzesła, te same stoliki, ta sama podłoga, tylko jakby bardziej wytarta. I te same, smutne oczy? Nikt ich nigdy nie nazwał smutnymi. Płonęły furią rodzącą się z bezsilności, nienawiścią i gniewem. Potem zaczęły gasnąć, bo ile można walczyć? Od narodzin głuchoniemy - nie ważne, jak głośno krzyczał, nikt i tak nie słyszał. Nie krzyczał więc wcale. A teraz? Zimne, bezduszne, zupełnie obojętne. Lecz smutne? Ten smutek dawno przerodził się w apatię.
- Kto wywiesił ten symbol przed karczmą? - Położył kartkę na blacie karczmarza. Nie powinien się tym interesować, to jasne. Logicznym było jak najszybsze wyniesienie się stąd, tym bardziej, że niektórzy najwyraźniej mieli aż za dobrą pamięć. Im lepszą pamięć mieli oni, tym mniejszym stawał się on. Złoty środek został zagubiony. Chyba gdzieś właśnie pośrodku.
Obrazek

Sweet thing, lay down
Let me show you cold dirt, this ground, this life, it haunts you.
Avatar użytkownika

Shikarui
 
Posty: 1763
Dołączył(a): 6 lut 2018, o 18:25
Wiek postaci: 22
Ranga: Wyrzutek A | Lotka
Krótki wygląd: -Czarne, dłuższe włosy
-Lawendowe, jasne oczy
-Średniego wzrostu
Widoczny ekwipunek: Łuk, kołczan ze strzałami, płaszcz, torba na tyłku, kabura na prawym udzie, wakizashi przy lewym boku i za plecami na poziomie pasa, średni zwój, mały zwój przy kaburze,
Link do KP: viewtopic.php?p=73144#p73144
GG/Discord: Angel Sanada#9776
Multikonta: Koala

Re: Rynek

Postprzez Ichirou » 2 gru 2018, o 23:56

Wyprawa rangi C
Shikarui
5/x


W twarz młodzieńca buchnęło nie tylko kontrastujące z tym na zewnątrz, ciepłe powietrze, ale też szczypiący w oczy dym. To ktoś wrzucił niedawno do kominka świeżo ściętej sosny, która nieco przykopciła wnętrze przybytku i nadała mu charakterystyczny, żywiczny zapach.
W środku było trochę gości, ale w żadnym wypadku nie można było mówić o szczególnie dużym ruchu, a co dopiero o tłoku. Było tu zarówno paru miejscowych jak i przyjezdnych, ale to nie na klientów Shikarui zwrócił uwagę. Czarnowłosy chłopak od razu ruszył w kierunku prowadzącego ten lokal osobnika, by wypytać go o dość enigmatyczną wiadomość związaną z rodziną, która praktycznie przeszła już do historii.
- Dzień dobry - odpowiedział dosadnie rosły mężczyzna, mający na karku przynajmniej z czterdzieści lat, o dłuższych, związanych w kitkę na wpół ciemnych, na wpół siwych włosach. Jego sposób wypowiedzi był swego rodzaju odwołaniem do kultury, której przybyszowi brakowało.
Mimo wszystko spojrzał na podniszczoną kartkę, która znalazła się na blacie. Zmarszczył brwi, spojrzał to na Shikaruia, to ponownie na kartkę, potem łypnął czujnym okiem na gości w lokalu, aż w końcu wrócił spojrzeniem na Sanadę.
- Ma na imię Shuichi. Zjawia się tu raz na jakiś czas, całkiem regularnie. Zawsze pyta o kilka osób. I pyta też o to, czy ktoś pytał o ten znak - odrzekł oschle, ruchem głowy wskazując na kartkę leżącą na stoliku.
- Szuka cię, ale to już chyba wiadome, co. Więcej w sumie nie mogę powiedzieć, bo nie mam już co. Tyle wiem, tylko tyle mi powiedział. Chwilę go już nie było, więc obstawiam, że zjawi się na dniach. Tak jak zwykle. Skoro tak wypytuje zawzięcie, to pewnie o coś ważnego chodzi, ale nic mi już do tego.
Na ten moment rozmowa została przerwana pojawieniem się jakiegoś klienta, który opróżnił zawartość kufla i miał ochotę na poprawkę. Karczmarz rzecz jasna zrealizował zamówienie, a potem wrócił do niewychowanego chłopaka.
- Jak chcesz na niego poczekać, to możesz tutaj. Mamy wolne pokoje, nocleg płatny z góry. To jak będzie? - Gospodarz rzecz jasna chciał ubić interes i zyskać trochę grosza na przybyszu. Jeżeli jednak Shikarui nie był zainteresowany, to po prostu wrócił do swoich spraw, uznając rozmowę za zakończoną. Gdyby jednak zdecydował się na nocleg w Ryokanie, to oczywiście za odpowiednią opłatą otrzymał kluczyk, informację o lokalizacji pokoju i kilka innych, bardzo zwięzłych wiadomości czysto organizacyjnych.
Avatar użytkownika

Ichirou
Mister Zimy
 
Posty: 3108
Dołączył(a): 18 kwi 2015, o 18:25
Lokalizacja: Atsui
Wiek postaci: 29
Ranga: Kogō
Krótki wygląd: Chodzące piękno.
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=320

Re: Rynek

Postprzez Shikarui » 3 gru 2018, o 11:08

Czarnowłosy przymrużył nieco oczy, zamrugał, czując jak do tych wdziera się suchość powietrza i zapach bardzo dobrze mu znany. To nie tak, że tylko w tej karczmie ogrzewali tym jednym, konkretnym drewnem. Przyjemne ciepło otuliło, jak otulają ramiona ojca - znasz to uczucie? Tęsknisz do tych ramion, chociaż już jesteś dorosły, wspominasz je, chociaż już właściwie nie ma do czego wracać i koniec końców zamieniasz je na inne - takie, które są w stanie ochronić cię równie mocno, równie stanowczo i które nie wydadzą na zło tego świata, które zalęgło się pod twoim łóżkiem. Dobrze, że Shikarui zwykł spać na matach. Pod jego łóżkiem śniłyby bestie, z którymi walki nikt nie podjąłby się na jawie. Uciekaliby przed nimi i we śnie. Pierwszy moment zderzenia z powietrzem wyrównał temperaturę jego ciała i przesunął dreszcz, jeden z tych przyjemnych, po karku, zmuszając wręcz do poruszenia palcami, by je rozluźnić i upewnić się, że oddech ciepła dotrze do każdego zakamarka kończyn, ułatwiając krwi krążenie po organizmie. Zimy nie były łagodne w tych terenach - to jedno wiedział aż za dobrze.
Powinien spodziewać się czegoś konkretnego po zadaniu tego pytania. Pominięciu grzecznościowych zwrotów, kiedy wypalił prosto z mostu, żądając właściwie wyjaśnień, bo nie padło żadne magiczne “proszę”, albo “czy mógłby pan..?”. Powiedz mi. Po prostu mi powiedz, miejmy to za sobą, przecież chcesz tego ty, tak samo mocno chcę tego ja. Może bardziej prawdopodobna wydawała mu się zwyczajna odpowiedź: “a skąd mam wiedzieć”? Mężczyzna był karczmarzem, a nie zleceniodawcą, który odbierałby i przyklepywał każdą z karteczek wywieszonych na tablicy przed jego przybytkiem. Nie wiem, zostaw mnie, spierdalaj jak najdalej - bo tak na dobrą sprawę ostatniej rzeczy, jaką się po tych mieszkańcach spodziewał, to to, że padną z ich ust słowa “wszystko będzie dobrze”, jak magiczne zaklęcie, co ma łagodzić wszystkie rany i uspokajać niespokojnego ducha. Oszukiwanie samego siebie było rzeczą dość prostą, ale tu wyrastało do rangi problemu - nie zełże własnemu odbiciu w lustru, że nie boi się tych mieszkańców. Przeklętego miejsca, co cierniami wrastało w jego ciało, przytrzymało nogi, wgryzało się w oczy, zapełniało płuca żywicznym dymem, by ciężej było oddychać. Tak więc - czy czegoś się spodziewał?
Na pewno nie słów, które go zmroziły i kolejnym dreszczem nawiedziły jego ciało. Tym razem tym bardzo zimnym, bardzo nieprzyjaznym i bardzo negatywnym. Umysł zaczął pracować na najwyższych obrotach. Shuichi? Kto to? Skąd był, kim był i dlaczego wywieszał ten przeklęty symbol przed karczmą, który był płomieniem - on był tylko ćmą, która płomieniowi nie mogła się oprzeć. Niewolnik swojej Małej Śmierci, która wabi Wiatr. Nie kojarzył tego imienia, ale przecież było mnóstwo ludzi, jakiś dalszych krewnych, którzy mogli szukać zniesławionych, wyklętych uciekinierów od siedmiu boleści. Skoro jednak ten obrazek tyle czasu tam wisiał, to chyba jednak nie aż tak zniesławionych..? Dawne bolączki przemijały, a ludzie zapominali - więc dlaczego akurat tutaj musieli, do cholery, pamiętać? Pierwszym odruchem była chęć podkulenia ogona - i bieg. Tak szybki, jak biec mógł tylko wilk wypuszczony z klatki, który nie chce się już nawet oglądać za ludzi z kijami. Jak szybko mknął tygrys po gęstwinach dżungli, żeby oddalić się od smrodu człowieka. Drugi odruch nadszedł wraz z następnymi słowami. Skulenie się. Otworzenie szerzej lawendowych oczu, nie było za plecami ściany, bo nie było zapędzania w kozi róg. Wraz z tym brakowało odruchu, żeby rzucić się do przodu i rozszarpywać wszystko, co zagradzało drogę. On cię szuka - rozumiał aż za dobrze. Nie kogoś innego, nie było mowy o pomyłce - konkretnej lawendy, konkretnego cwaniaczka, który chociaż nigdy nie został zapisany do cudownej księgi rodu Sanada, chwalił się tym nazwiskiem, kto został przygarniętym przybłędą przez ród, który miał, o zgrozo!, tak dobre serce! Tak pełne miłości, że nie odmawiał psu, który wykładał się na wycieraczce pod drzwiami!
Nawet nie drgnął, kiedy jakiś klient zabrał na moment uwagę karczmarza, który teraz niemal rozmywał się przed jego oczami. Jak daleko możesz sięgnąć tymi lawendowymi oczami? Nie sięgał teraz nawet do krańca własnego nosa. To nie chaos się w nim zalągł. Trzecim odruchem było zatrzymanie się i zrozumienie. Bieg nie miał sensu, kiedy nie wiesz, przed czym uciekasz. Za łatwo wtedy wpaść w sidła, zostać zagnanym w pułapkę, panika nigdy nie przywodziła niczego dobrego, chociaż… chyba było przed czym panikować. Nie wiedział, jak wyglądała teraz sytuacja, czy jednak tamta starowinka nie przekazała wszystkim, co tu się stało - wiedział za to od samego początku, że może żałować zostawienia jej przy życiu. Ktoś więc mógł go szukać, z dalszych krewnych, w ramach zemsty. Ale w takim razie - lepiej pozbyć się zagrożenia, skoro łowca ma sam do siebie przyjść. Widzisz, znam prawdę starą, prawdę puszczy szeptaną przez brzozy i bzy, a ta ocierała się o ciało i mówiła, że jeśli chcesz złapać bestię - sam musisz się bestią stać. W każdym słowa tego znaczeniu. Na pewno byli tacy szaleńcy, którzy gotowi byli zamienić swoją krew w zimną stal - bo właśnie ta płynęła w żyłach ostatniego Sanady.
- W porządku. - Wyciągnął odpowiednią ilość ryo i położył przed karczmarzem, odbierając kluczyk do pokoju. Parę dni… wcale go nie zbawi. Tych parę dni… może się naprawdę okazać wartymi czekania.
Udał się do swojego pokoju, żeby zostawić tam swoje rzeczy - te, których nie będzie potrzebował przy sobie w czasie najbliższym. Jak na przykład - duży zwój, w którym miał zapieczętowane rzeczy na drogę. Umył się, przebrał i wyruszył załatwić główną sprawę, dla której w ogóle się tutaj pofatygował - odwiedzić usypane kurhany, których kopanie zdarło mu skórę z rąk swojego czasu.
Obrazek

Sweet thing, lay down
Let me show you cold dirt, this ground, this life, it haunts you.
Avatar użytkownika

Shikarui
 
Posty: 1763
Dołączył(a): 6 lut 2018, o 18:25
Wiek postaci: 22
Ranga: Wyrzutek A | Lotka
Krótki wygląd: -Czarne, dłuższe włosy
-Lawendowe, jasne oczy
-Średniego wzrostu
Widoczny ekwipunek: Łuk, kołczan ze strzałami, płaszcz, torba na tyłku, kabura na prawym udzie, wakizashi przy lewym boku i za plecami na poziomie pasa, średni zwój, mały zwój przy kaburze,
Link do KP: viewtopic.php?p=73144#p73144
GG/Discord: Angel Sanada#9776
Multikonta: Koala

Re: Rynek

Postprzez Ichirou » 3 gru 2018, o 22:43

Wyprawa rangi C
Shikarui
7/x


Shikarui nie drążył tematu, ale może to dobrze dla niego. Właściciel przybytku nie wyglądał na kogoś, kto miałby złamać się pod naporem paru słów i zmienić swoje stanowisko. Przekazał tyle, ile miał powiedzieć. I nic więcej. Sprawa wywieszonego na tablicy symbolu rodziny Sanada została więc w gruncie rzeczy wyjaśniona, ale jej miejsce zajął nowy, wcale nie mniej enigmatyczny temat. Chodziło rzecz jasna o to, kim był wspomniany Shuichi i czego tak naprawdę chciał od chłopaka o lawendowych ślepiach.
Wybrał czekanie, więc czekał. Ryokan nie zapewniał co prawda luksusów, ale ogólny poziom zakwaterowanie był całkiem przyzwoity lub przynajmniej akceptowalny, zależnie od przyzwyczajeń i wygodnictwa ciemnowłosego przedstawiciela… no właśnie kogo? Jūgo? Ranmaru? Uchiha? Zarówno był jak i nie był członkiem każdego z tych klanów, tak jakby nie mógł znaleźć swojego miejsca na świecie. Tak jakby nie było dla niego miejsca.
Czasem los lubi płatać figle, kreować zbiegi okoliczności i krzyżować ze sobą drogi osób, które w teorii krzyżować się nie powinny. Tym razem jednak obyło się bez cudu. Nie wparował teraz do karczmy żaden Shuichi, ani też nikt nie zapukał w drzwi pokoju czarnowłosego, kiedy ten oddawał się kąpieli.
Nie wydarzyło się nic. Po dość mocnym, nieoczekiwanym akcencie na początku wizyty Nawabari nadszedł czas kompletnego marazmu. Było tak, jak właściwie powinno być. Nikt nie zwrócił uwagi na Shikaruia. Chłopak stał się cieniem tak samo, jak Sanada stali się cieniem historii Jūgo.
Minęły cztery dni, choć równie dobrze mogło minąć drugie tyle, bo przecież niewiele to zmieniało w życiu dwudziestolatka, które zastygło w oczekiwaniu na tajemniczego gościa. Za oknem było wciąż chłodno i biało, a dym z paleniska, zamiast uciekać kominem, wciąż dość często wracał do wnętrza lokalu. I szczypał w oczy, ale do tego zdążyło już się przywyknąć. Tak samo jak do niesamowitej bierności.
Z marazmu mogło wybudzić nadejście pewnej persony, choć nie nastąpiło ono z dużym hukiem. Przez te kilka dni przez ryokan przewinęło się już trochę różnych gości i przenikliwe śledzenie każdego z nich było bezcelowe. Stąd też właściwy osobnik zjawił się dość niepostrzeżenie. Wkroczył do w przybytku, zamienił kilka słów z karczmarzem, a ten wskazał mu subtelnym gestem czarnowłosego znajdującego się w środku. Jeżeli młodzieńca nie było, gospodarz kazał poczekać przybyszowi, aż ten się zjawi.
Tak czy inaczej, jeżeli tylko odnalazł chłopaka o lawendowych ślepiach, zbliżył się spokojnie do niego i odrzekł cicho.
- Shikarui Sanada, tak? Ja jestem Nijima Shuichi, syn Saki. Już zwątpiłem, że cię znajdę… - zrobił krótką pauzę, ale nie na tyle długą, by dać szansę młodzieńcowi na rozgadanie się. - Mam sprawę, a teraz już nawet dwie. Tyle, że do omówienia w jakimś cichym miejscu - wyjaśnił dość zagadkowo, potem już milknąć na dłuższy okres. Raczej nie był skory do udzielania jakichkolwiek wyjaśnień tutaj, wśród postronnych.
- Achhh, wziąłbym jeszcze coś ciepłego do żarcia na wynos. Trochę skostniałem, muszę przyznać - dodał, jeżeli czerwonooki się zgodził. Tym razem zabrzmiał już nieco swobodniej, a przez jego twarz przemknął nawet drobny uśmiech.
Wygląda dość młodo jak na kogoś, kto podawał się za syna Saki. Na pierwszy rzut oka nie miał bowiem więcej niż trzydzieści lat. Drobna siwizna, wkradająca się na brąz długich włosów i delikatne zmarszczki pod oczami zdradzały jednak, że mógł mieć nieco więcej.
Avatar użytkownika

Ichirou
Mister Zimy
 
Posty: 3108
Dołączył(a): 18 kwi 2015, o 18:25
Lokalizacja: Atsui
Wiek postaci: 29
Ranga: Kogō
Krótki wygląd: Chodzące piękno.
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=320

Re: Rynek

Postprzez Shikarui » 4 gru 2018, o 01:42

Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował, było robienie tutaj jakiejkolwiek burdy i zwracanie na siebie uwagi. Zresztą on i burda? Niee. To tak nie działało. Shikarui nie należał do rasy lwów, które głośno ryczą, trzęsą swoją grzywą i zanim dojdzie do jakiegokolwiek starcia to prężą się, żeby pokazać, jacy to groźni nie są. Zwierzęcą rzeczą było stroszyć się, kiedy wyczuwasz zagrożenie i zwierzęcą również pokazywanie się z jak najlepszej strony, ale on zdołał pojąć cenną lekcję, że mimo wszystko - jest bardziej człowiekiem, niż zwierzęciem, więc nic co ludzkie, nie powinno być mu obce. Cholera, przecież to drugie opanował już za młodu. Fałszywość, dwulicowość, kłamstwo, które łatwiej było mu wypowiedzieć niż prawdę. Gładko przesmykające po gardzieli, bo nie było żadnej bariery, która zabroniłaby mu się wydawać na powietrze. On się nie stroszył - wolał udawać martwego lub tego najsłabszego w stadzie. Kiedy przeciwnik cię niedocenia, jakoś łatwiej się z nim… rozmawiało. Co najwyżej mógłby przystawić się w ten miły i kulturalny sposób do karczmarza, ale nawet o tym nie pomyślał, kiedy rozmowa została zakończona. Jego myśli dryfowały po niespokojnych wodach, w których nie można było zobaczyć własnego odbicia. Widział jedynie odbicia tych, którzy od dawna nie stąpali po tym świecie. Nie byli źli, nie byli złowrodzy - nie bał się ich, bo trup, zimny, dawno rozłożony, nie miał takiej mocy, żeby rozszarpać żywego. A mimo to mieli taką moc, żeby nie pozwalać spać po nocach. Nie rozcinając skóry - przecinali wnętrze. Możesz mieć najbardziej pilne i uważne oczy na świecie, być najlepszym medykiem - nie dostrzeżesz tych ran i nie uda się ich zaleczyć chakrą. Na to potrzebne było osobne lekarstwo, które powoli zażył.
Ciężko mówić o “pełnym” wykorzystaniu tych paru dni, jakie tu spędził. Odwiedził kurhany, które, samotne w lesie - jak stały, tak stały. Porośnięte więdnącą, gnijącą trawą, a nie niezapominajkami, jak to sobie wyobrażał. Pochłonięte już częściowo przez śnieg. Rozlał na jeden z nich sake, tak jak wypadało uczcić zmarłych - na ten jeden, bardzo konkretny. Niech ziemia twardą mu będzie i niech gnije w najniższych odmętach królestwa Tsukuyomi. Opuszczone ziemie cieszyły się pustką, nikt raczej kurhanów nie odwiedzał, bo i po co? Szczeźli tak, jak żyli w ostatnich latach - samotnie. Potem udał się do grobowca, który już nie był na takim totalnym zadupiu, schowanym bogowie wiedzą gdzie (a wiedziała tylko dwoje). Grób Kansho-in usypano tam, gdzie zwykło się chować członków rodziny. Tutaj, choć obecnie żadnego odwiedzającego nie było, widać było, że ludzie przychodzili. Do swoich krewnych, do bliskich, niektórzy zostawiali jedzenie ku czci zmarłym, inni tylko udeptali kilka dróżek, jeszcze inni posypywali kurhany płatkami kwiatów, odgarniając z nich śnieg. Grób Kansho-in był całkowicie zarośnięty, bo i nie było komu o niego dbać. Silne chwasty wystawały nawet z warstwy śniegu, która zdążyła napadać. Widzisz? Wszyscy widzicie? Marzenia naprawdę się spełniają, mamo. Jeśli tylko wystarczająco pragniesz, jeśli tylko chcesz - och, tylko czemu musisz przez to poświęcać wszystko? Siebie, syna. Życia wszystkich, których kiedyś uznałabyś za drogich. Czarnowłosy odgarnął z kopca śnieg i pozrywał co większe chwaściska, usuwając je na bok. Czemu, po co? Z tęsknoty, z szacunku, z umiłowania? Widzisz, tam nie kryło się zupełnie nic. W tej spokojnej, podobnej temu śniegowi tafli, zamarzniętej od wielu lat. Sztormy przeminęły, a po każdej burzy nadchodzi błogi spokój. Taki, który pachniał ozonem. Taki, który nigdzie nie pasował. Ułożyłby się tutaj, na tej zimnej ziemi przesiąkniętej trupim jadem, wśród tej bieli - czerń i krystalicznie jasna lawenda. Tutaj by pasował. Mając nad głową zachmurzone, szare niebo, a pod sobą królestwo, w którym nie rządziła ani rozpacz, ani radość.
Zapach ziemi i zgniłych roślin osiadł na nim całym, kiedy w końcu skończył, spoglądając na czysty kurhan, na którym nawet nie rosły żadne kwiaty. Pojedyncze, które może przez przypadek, samodzielnie się zasiały, zmarły już jesienią. Lub wyrwał je teraz, bo chwast chwastem - czasem trudno odróżnić dobre ziarno, a lepiej zapobiegać, niż leczyć. Nie prezentowało się to wcale lepiej. Było jeszcze gorzej - teraz naruszone, jakby wściekłe psy próbowały rozkopać swoimi pazurami to miejsce, żeby dorwać się do tej, która od dziesięciu już lat śniła w spokoju. Otrzepał dłonie i przysypał nieco nagrobek śniegiem. Jeszcze gorzej. Napluta biel, przemieszana z błotem - dowód tego, że czasem nic nie może zostać wykonane zbyt dobrze. Nawet jeśli tego bardzo chcesz. Jeśli bardzo tego pragniesz.
Kolejne dni minęły jak mgnienie. Kiedy on przesuwał się bokami uliczek, przyglądając twarzom, budynkom, gdy odwiedził miejsce, które kiedyś było jego “domem”, zanim Sanada go opuścili. Teraz była to tylko ruina. Zarośnięta, zaniedbana, ale nadal nieźle się trzymała. Nosiła ślady włamań. Powybijane okna, przełamane drzwi. Każdy chciał się nachapać, tylko nikogo nie było do roboty. Ludzkie aż do bólu. To nie był marazm. To był czar, który na niego narzucono i pozwolono zamienić się z pośmiewiska w cień. Tego zawsze chciał - żeby przestano go zauważać i wytykać palcami. Żeby przestano się wgapiać.
Kiedy ten, co wywabił tygrysa z legowiska, przyszedł do karczmy, Shikarui był u siebie w pokoju. Robiąc zupełne nic, przyglądając się wolnemu opadaniu płatków śniegu za oknem, wsłuchując w buzujący w kominku ogień, który rozświetlał wnętrze. Czekał. W tym mieście obcych, w których szczekające psy odprowadzały przechodniów, a człowieka tak łatwo było ukraść.
- Wejść. - Obrócił się w kierunku drzwi, kiedy karczmarz do nich zapukał. Już tu jest. Czarnowłosy przyjrzał mu się czerwonymi ślepiami, zanim w ogóle ruszył się z miejsca, kiedy już karczmarz wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Chyba nie tak sobie go wyobrażał - tego Shuichiego. Z drugiej strony też nie tak wyobrażał sobie swoją całą wizytę tutaj - od początku i wielkich marginałów, po same szczególiki, dla niego nader istotne. Kiedy wyszedł z pokoju, zamykając drzwi na klucz, jego oczy były już barwy lawendy.
Zszedł na dół, kierując wzrok od razu na niego. Tak i ich oczy się spotkały na jednym torze - po raz pierwszy. Pokłonił się przed znajomo-nieznajomym. Przed kimś, kogo nie znał, kogo pierwszy raz widział, a kto swoją obcością i celem wizyty - odstręczał. Jakikolwiek cel by to nie był. Nie było więc rozgadywania się. Była kompletna cisza i skinienie głową w odpowiedzi. Zaraz… syn Saki? Ta treść dotarła do niego bardzo powoli, ale i bardzo dosadnie. Przekreśl odstręczenie i weź nową kartkę. Zaczniemy wszystko jeszcze raz. Od nowa.
- Wynajmuję tu pokój. Jest wystarczająco odosobniony. - Zaproponował gładko, nie komentując nawet tekstu o chęci zamówienia czegoś i skostnieniu, bo i co go to obchodziło? Nieistotna wstawka.
Obrazek

Sweet thing, lay down
Let me show you cold dirt, this ground, this life, it haunts you.
Avatar użytkownika

Shikarui
 
Posty: 1763
Dołączył(a): 6 lut 2018, o 18:25
Wiek postaci: 22
Ranga: Wyrzutek A | Lotka
Krótki wygląd: -Czarne, dłuższe włosy
-Lawendowe, jasne oczy
-Średniego wzrostu
Widoczny ekwipunek: Łuk, kołczan ze strzałami, płaszcz, torba na tyłku, kabura na prawym udzie, wakizashi przy lewym boku i za plecami na poziomie pasa, średni zwój, mały zwój przy kaburze,
Link do KP: viewtopic.php?p=73144#p73144
GG/Discord: Angel Sanada#9776
Multikonta: Koala

Re: Rynek

Postprzez Ichirou » 4 gru 2018, o 21:56

Wyprawa rangi C
Shikarui
9/x


Shuichi też zmierzył wzrokiem nowopoznanego, ale zrobił to bardzo subtelnie i bez przesadnego świdrowania spojrzeniem. Ot, przyjrzał się po prostu osobie, której szukał cholera wie jak długo. Otrzymana odpowiedź była satysfakcjonująca, więc na nią skinął głową.
- Brzmi sensownie. To co, też chcesz coś do jedzenia? - rzucił swobodnie, a potem ruszył do karczmarza, by zamówić jakieś ciepłe jadło - jedną lub dwie porcje, zależnie od odpowiedzi czarnowłosego. Tak czy inaczej, nie zamierzał pójść na górę z pustymi rękoma, więc Shikarui musiał chwilę poczekać. Przynajmniej tyle, że potomek Saki wziął to, co było już gotowe, czyli jakąś gęstą zupę, czy raczej gulasz z mięsem, makaronem i paroma innymi rzeczami. Ot, gorący, solidny posiłek, który powinien pokrzepić nawet solidnego chłopa.
- Jakoś wcześniej matka mi o tobie nie wspominała ze szczegółami. W sumie to wciąż szczegółów nie mówiła, no ale chciała cię spotkać… - oznajmił w drodze do kwatery Sanady. Wesoły ton pod koniec tej wypowiedzi zanikł i chyba nawet zamienił się w lekki smutek? Przygnębienie?
Nie rozwijał jednak tematu, póki nie weszli do środka. Tam mężczyzna odstawił miskę (lub dwie), a potem zdjął płaszcz. Zaraz po tym zasiadł na wolnym miejscu i zabrał się za jedzenie, wtrącając jedynie grzecznościowe “smacznego”, jeżeli dwudzeistolatek również miał teraz jeść. Dopiero po chwili konsumpcji postanowił podjąć dalszą rozmowę.
- Z matką jest coraz gorzej. Objawy są co prawda słabe… No, przynajmniej były słabe kiedy ostatni raz ją widziałem, ale mam nadzieję, że nie pogorszyło się jej przez ostatnie tygodnie. To przez swój stan i obawę przed rychłą śmiercią zapragnęła cię zobaczyć. Tyle wiem, że przez jakiś czas się tobą zajmowała, że coś was łączy. A ja nie mogłem jej odmówić, nie spełnić jej prośby… Nie miała pojęcia, co się z tobą teraz dzieje, ale obiecałem jej, że cię odnajdę i przyprowadzę do niej. - Tutaj zrobił sobie przerwę nie tylko na kilka kolejnych kęsów posiłku, ale też i przyjrzenie się reakcji chłopaka oraz wysłuchanie ewentualnej odpowiedzi. Był ciekaw, czy Shikarui jest skłonny odwiedzić Saki i spełnić - być może - jej ostatnią wolę ponownego spotkania z nim.
- Ale to jest dopiero pierwsza sprawa, choć ona właściwie cię nie już nie dotyczy. A może dotyczy? Nie wiem, prawdę mówiąc łapię się już wszystkiego, bo czasu coraz mniej. - Westchnął ciężko, kręcąc głową z niezadowoleniem. - Jej choroba nie jest tak zwyczajna, jestem tego pewien. Próbowałem wszelkich normalnych metod, ale doszukując się w przeszłości mojej matki genezy tej choroby, odkryłem coś dziwnego. Zbieżność jej przypadku z kilkoma innymi. I wszystkie je łączył medyk, który lata temu odwiedzał różne rodziny Jūgo. Chcę go odnaleźć. Tu chodzi nie tylko o Saki, ale o wszystkich mających jej krew -mnie, moją siostrę i siostrzenicę. Obawiam się, że to może być dziedziczne. Siostra od zawsze była chorowita… - Westchnął po raz drugi i zrobił krótką przerwę, ale już nie na kontynuowanie posiłku, ale zebranie myśli.
- Zatruwam ci głowę cudzymi sprawami, ale uznałem, że jeśli Saki jest ważna dla ciebie choćby w połowie tak, jak ty dla niej, to powinieneś o tym wiedzieć. Jeżeli chcesz, zaprowadzę cię do niej od razu, albo wskażę przynajmniej drogę. Nie chcę jednak odciągać się od zadania, które sobie wyznaczyłem. Wydaje mi się, że jestem blisko dorwania tego skurwiela.
Posiłek przed nim już ostygł, za to on sam lekko zagotował.
Avatar użytkownika

Ichirou
Mister Zimy
 
Posty: 3108
Dołączył(a): 18 kwi 2015, o 18:25
Lokalizacja: Atsui
Wiek postaci: 29
Ranga: Kogō
Krótki wygląd: Chodzące piękno.
Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=320

Re: Rynek

Postprzez Shikarui » 5 gru 2018, o 00:10

Kolejne skinięcie głową, będące potwierdzeniem. Skoro już ten, który go tak długo szukał, oferował, że mu postawi jedzenie, to czemu nie. Bo mogło być zatrute? Bo mogło go uśpić? Już jeden odważny próbował ułożyć go do snu i wychujać przy okazji. Po czymś takim człowiek robił się podwójnie ostrożny. A przynajmniej powinien, bo nie dał się zwariować. Gdyby ktokolwiek chciał go tutaj otruć, sposobności już były, pojawienie się jednego człowieka, który zresztą znał karczmarza, nie powinno tego zmienić. Chyba że ten chciał napawać się cierpieniem? O, takich zwyroli też było niemało. Spoglądał na ręce karczmarza, kiedy ten nakładał im jedzenie - z jednego gara, jak dwóm braciom! Nie było w tym niczego podejrzanego. Odebrali zamówienie i powlekli się na górę, do pustego pokoiku, w którym na zaścielonym łóżku leżało czarne, poskładane kimono, a o bok łóżka opierał się wielki zwój. Bardzo dbał o to, żeby jego strój nie odsłaniał blizn na szyi i przedramionach. Wysoki stan kołnierza i materiał obwiązujący przedramiona, by przytrzymać szersze zazwyczaj rękawy i nie pozwalać im na odsłanianie pewnych sekretów, które zbyt często zwracały uwagę. Krzesełka były dwa przy stoliku, miejsca dla każdego, nawet jeśli pokój nie był zbyt wielki, bo składał się z łóżka, tego stołu z krzesełkami i jednej szafy - tyle. Ktoś, kto był tylko przejazdem, więcej nie potrzebował.
- Nie opowiadała szczegółów? - Dopytał, niemalże kurtuazyjnie, możnaby rzec. Nie było w tym za grosz uprzejmości, była jedynie delikatna ciekawość i próby wybadania gruntu, na jakim stał. Bo był grząski, na pewno bardzo grząski, ale przyłapywał samego siebie na tym, że chciał spijać kolejne słowa z ust tego człowieka. Więc chyba jednak nie taka delikatna ta ciekawość, co? Z jednej strony naprawdę nielubił, kiedy ktokolwiek go szukał, z drugiej ten człowiek był synem kobiety, która była dla niego ważniejsza od matki, z trzeciej - mógł kłamać. Mógł być kłamcom, który właśnie wyłożył karty na stół, a on, jak skończony idiota, za nie złapał. W końcu Saki mogła naprawdę wszystkim rozpowiedzieć, ale jeśli tak, to raczej nikt nie czekałby z rozkazem aresztowania, albo przynajmniej wystawienia za nim listu gończego. Jego twarz zapewne wisiałaby na tablicy w rubryczce “poszukiwani”. Tymczasem był tylko () symbol jego klanu. Poczekał, aż mężczyzna usiądzie, zdejmie z siebie płaszcz i ogólnie mówiąc - rozgości. Wszak był w gościach, jakby na to nie patrzeć. Następne słowa naelektryzowały niemal włoski na jego ciele. Chciała cię spotkać. Kolejne przyłapanie, jakże niedobrze, niedobrze..! Mocniej uderzyło jego serce i gdyby miał ogon, to pewnie właśnie zacząłby nim zamiatać na boki. Na szczęście go nie miał, chociaż jeśli jego rozmówca był bystrym obserwatorem, to na pewno mógł zobaczyć przebłysk w jasnych oczach. Jeszcze kilka niejasnych, niesprecyzowanych słów i ktoś, kto latami potrafił czekać na jedno rzecz, jedno wydarzenie, straci cierpliwość - a to było naprawdę wielkie osiągnięcie. Sanadzie baardzo rzadko zdarzało się znużyć oczekiwaniem na cokolwiek, jeśli tylko warto było na to czekać, rzecz jasna. Jeśli mu na czymś zależało. Bał się tego spotkania. Cieszył się na nie i jednocześnie się go bał. Ba - sądził, że tylko zerknie, co u niej, że nie będzie się jej pokazywać, żeby nie przeżyć najgorszego z możliwych scenariuszy - odtrącenia. Skazał Saki na życie z wielkim ciężarem na barkach. Nie czuł się z tego powodu winny. Nie mógł czuć się winny. Nie mógł czuć się źle z tym, co zrobił.
Nie zrobił przecież niczego złego.
Co? Słyszał bardzo wyraźnie, co zostało powiedziane, a jednak to pytanie zadźwięczało w jego głowie. Co on powiedział? Że z Saki jest gorzej? Łyżka, którą już wsadził do gulaszu, zamarła w bezruchu, jak jego ręka, jak jego sylwetka, kiedy wpatrywał się niemal cielęcym wzrokiem w Shuichiego. Powieki mocniej mu się otworzyły, przez dłuższy moment nie mrugał, nie rejestrując słów. Nie przyswajając faktu, że ta kobieta była już stara, miała swoje lata, a to, jak kazano jej żyć… na pewno jej stanu nie polepszało. Więc miał swoją reakcję. Przerwaną ciszą, bo czarnowłosy nawet nie wpadł na to, żeby zapytać, co jej dolega, czemu jej się pogorszyło, co się dzieje i dlaczego, do kurwy nędzy, nie trwa przy niej i jej nie pomaga, skoro, kurwa, jest z nią źle?! Świat się wyłączył. Albo się pomylił.
Pisk w uszach.
- Zaprowadź mnie do niej. - Powiedział niemal bez wyrazu, wyłagodniałym, cichszym głosem. Jego furtka do kobiety, która… miała umrzeć? Czy to próbował zasugerować ten mężczyzna? - Sugerujesz, że ktoś celowo zaszkodził jej zdrowiu? - Medyk, który odwiedzał rodziny Jugo, huh..? Sanada również mieli swojego medyka, ale… zacisnął palce mocniej na łyżce, nim całkowicie ją puścił. Kompletnie stracił apetyt.
Obrazek

Sweet thing, lay down
Let me show you cold dirt, this ground, this life, it haunts you.
Avatar użytkownika

Shikarui
 
Posty: 1763
Dołączył(a): 6 lut 2018, o 18:25
Wiek postaci: 22
Ranga: Wyrzutek A | Lotka
Krótki wygląd: -Czarne, dłuższe włosy
-Lawendowe, jasne oczy
-Średniego wzrostu
Widoczny ekwipunek: Łuk, kołczan ze strzałami, płaszcz, torba na tyłku, kabura na prawym udzie, wakizashi przy lewym boku i za plecami na poziomie pasa, średni zwój, mały zwój przy kaburze,
Link do KP: viewtopic.php?p=73144#p73144
GG/Discord: Angel Sanada#9776
Multikonta: Koala

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Nawabari (Osada szczepu Jūgo)

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość